|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Rozpacz jest negacją
Barbara Skarga
Mówi
się, że nie ma ludzi niezastąpionych. To nieprawda. Są bowiem wśród nich tak
bogaci w swej twórczości i w społecznym oddziaływaniu, że nikt nie zdoła zająć
ich miejsca. Kto może zastąpić księdza Józefa? Nie wyobrażam sobie.
Nie pamiętam, kiedy go spotkałam po raz pierwszy. To
było przed osiemdziesiątym rokiem na jakiejś półprywatnej ponurej w tonie
konferencji, na której mówił o nadziei. Reagowano żywo na jego słowa, bo
brzmiały ożywczo w tej mętnej wodzie owych czasów, choć były to słowa ujęte w
formie uczonego referatu. Później był u mnie parokrotnie na seminarium, ja u
niego w Krakowie, i tak zawiązywała się filozoficzna przyjaźń. Jego pisarstwo
stało mi się bliskie przez swą otwartość, nie pozwalając się zamknąć w żadnych
dogmatycznych opłotkach, przez wyraz nieustannego zaciekawienia tym, co było w
filozofii nowe – wszak on pierwszy w Polsce pisał o Levinasie. Podziwiałam jego
zdolność dlo nawiązywania dialogu, nawet z tym, co mu było obce, rozumienie
inności. Kiedy przypominam sobie niektóre z nim rozmowy, uderza mnie dziś ta
niebywała jedność tego, co pisał, z tym, co czynił, i z tym, jakim był na co
dzień, nie tylko w rzeczach wielkich, ale także w tych na pozór małych.
Bliskość rodzi się przez rozmowę, rozmowę, o której on sam tak pisał: „A jednak
zadajesz mi pytanie i ja na nie odpowiadam. To zdumiewające. Ze zdumienia wobec
tego faktu rodzi się wielka filozofia – filozofia rozmowy... Po pytaniu i po
odpowiedzi – w ogóle po rozmowie – nie jesteśmy już tacy sami, jacy byliśmy
przedtem. Coś sobie zawdzięczamy...” Co można dodać do takich słów? One
wystarczają.
Mówił zresztą świetnie. Nie dziwię się, że na jego
wykładach gromadziły się tłumy młodych i nie tylko młodych ludzi. Siadano przed
katedrą na podłodze, ciśnięto się w ławkach, aby tylko słuchać. A później ten
dar kaznodziei i wykładowcy został mu odebrany. Nie mogłam się z tym pogodzić.
Kim był jako filozof? Jego twórczości nie da się
zamknąć w szufladkach. Zajrzałam do odpisów moich niegdyś sporządzonych oficjalnych
opinii z okazji otwarcia przewodu o nadanie mu tytułu profesora zwyczajnego PAT
oraz w sprawie nadania mu tytułu doktora honoris causa w Uniwersytecie Łódzkim.
Obie te moje opinie, bardzo zresztą pochlebne, wydały mi się dziś suche i
banalne wobec tego wszystkiego, co już teraz o nim wiem, wobec ostatnich
książek, które napisał, wobec ostatnich artykułów. Jest faktem, sam zresztą do
tego się przyznawał, że najbliższą mu była fenomenologia i hermeneutyka, ale i
tu przełamywał schematy. Pascalowska idea, że człowiek nie jest stworzony do
posiadania absolutnej prawdy, że zobowiązany jest całe życie jej szukać,
towarzyszyła mu od najwcześniejszych lat. „Głębia Objawienia – pisał – jest tak
wielka, że byłoby zuchwałością, gdyby się chciało ją wyczerpać”. Z tej postawy
rodził się sprzeciw wobec spekulatywnego, dogmatycznego tomizmu, wobec wąsko
pojętej racjonalności, wobec filozofii „naukowej”, sformalizowanej i pustej.
Chciał filozofii żywej, skupionej na człowieku, a może ściślej na byciu
człowieka z człowiekiem w ich egzystencjalnym dramacie. Myślę, że ten dramat
głęboko odczuwał, tę samotność monady ludzkiej, która nie zawsze umie trafić do
drugiego człowieka. Cała jego twórczość jest jakby nieustanną próbą zrozumienia
innego i trafienia do jego myśli, do jego zamkniętej osoby. Tak też działał,
wpierw z wielką nadzieją, później wkradały się słowa nie tyle zwątpienia, co
smutku. To był dla niego bolesny fakt, że monada tak łatwo zatrzaskuje okna, że
inność staje się dla niej ciężarem nie do zniesienia. On chciał monady
otworzyć.
Nie
mogę spokojnie myśleć o jego chorobie. Ten otwarty na innych człowiek został
skazany na zamknięcie. Pokonywał je z nieprawdopodobnym hartem ducha. Wciąż
pisał. Wciąż się nie poddawał. Kto dziś wie, co to znaczy hart ducha? Samo
słowo zagubiło się gdzieś w słownikach. A wszakże tego hartu stał się żywym
przykładem. Hart to pokonanie rozpaczy, to nadzieja, choć już zapewne nie ku
temu światu skierowana. Pisał więc, jakby przewidując własny los: „Rozpacz jest
negacją – negacją radykalną”. I dalej: „Rozpacz sięga głębiej, dotyka samego
dna osoby. Co jej mówi?... O tym, że jest zła... Kto wybiera rozpacz, wybiera
logikę fatum. Kto wybiera wyzwanie, wybiera łaskę nadziei... Wyjście w stronę
nadziei dokonuje się przez Innego. Oto Ten, komu powierzam swą nadzieję”.
Autorka jest filozofem, profesorem w Instytucie
Filozofii i Socjologii PAN.
|