KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Rozumiał duszę alkoholika

Wiktor Osiatyński

 
 

Jako filozof, profesor Józef Tischner nauczył mnie otwartości na drugiego człowieka. Człowiek nie jest skończony – mówił Tischner – dopełnia go inny. A zatem człowiek się staje sobą w dialogu i w uczestnictwie. Tylko między ludźmi mogą istnieć i nabierają sensu prawda, wolność, dobro. Warto więc tego dobra szukać i przysparzać.

To nie była tylko filozofia. Pamiętam pierwsze osobiste spotkanie z Józefem Tischnerem, w polskim kościele w Los Angeles, w 1986 roku. Przyszło dużo ludzi. Zgorzkniałych, zdesperowanych, czasem pełnych złości do tego, co się wówczas działo w Polsce. Ale ksiądz Tischner nie narzekał, mówił z nadzieją o tym, co się w Polsce dzieje między ludźmi; o wierze, o solidarności, która przetrwała, o umacnianiu się społeczeństwa. Mówił o tym, że w każdych warunkach można dzielić się z innymi sobą i nieść posłanie dobroci.

Dwa lata później, pisząc rozprawę na temat altruizmu, poprosiłem profesora Tischnera o szerszą wypowiedź na ten temat. Ku mojemu zdumieniu powiedział, że teraz akurat jest zmęczony własną dobrocią i chciałby nauczyć się odmawiać. Odróżniać prośby wzniosłe od egoistycznych, których zawsze jest więcej. Ustalać własne priorytety i realizować je niezależnie od tego, czego świat od nas, niego, żąda. Można było wyczuć, że wtedy właśnie Tischner chciał więcej pisać. I to pragnienie realizował z coraz większą doskonałością – niemal aż do samego końca.

Kilka lat później, gdy poszukiwałem wyjścia z poczucia pustki duchowej, ksiądz Józef nie pouczał mnie, nie doradzał niczego (może prócz tego, bym czytał mistrza Eckharta), ale starannie mnie wysłuchał, uznał za ważne moje rozterki, a przez samą akceptację tych wahań i u mnie samego wypełnił wielką część pustki. Przy innych okazjach, gdy rozmawialiśmy o posłudze trzeźwości, którą co roku pełnił na Podhalu, zadziwiał mnie niezwykle rzadkim wśród nie wtajemniczonych rozumieniem duszy alkoholika oraz potrzeby odpowiedzialności i „twardej miłości”, bez której człowiek uzależniony nie może wziąć we własne ręce swego losu.

Ksiądz profesor Tischner imponował mi swoją żywotnością, zmysłowością i duchowością. Nie były one wobec siebie zaprzeczeniem, lecz dopełnieniem. Słuchając niedawno śmiechu Dalajlamy, który uważa właśnie zdolność do śmiechu za warunek rozwoju duchowego, natychmiast pomyślałem o Tischnerze. I to nie o tym pełnym życia i witalności sprzed czterech lat, ale już walczącym ze śmiertelną chorobą, jakim widywałem go w Londynie i w Krakowie. Już nie mówił, już pisał odpowiedzi na kartce, ale mimo to wciąż jeszcze rozmawiał z drugim, i nie opuścił żadnej okazji, żeby się razem z innymi śmiać. Bo ksiądz Tischner nie tylko niósł posługę duszpasterską, nie tylko był wielkim filozofem i wspaniałym eseistą, nie tylko nauczył wielu ludzi myśleć, ale także zarażał ludzi wokół siebie zdolnością do spontanicznej radości, do śmiechu. To dziedzictwo jest równie cenne jak tamte.

 

 

Autor jest prawnikiem i dziennikarzem, konstytucjonalistą (współtwórcą Konstytucji RP).

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl