KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Kto straszy, ten się boi

Zofia Katarzyna Morstin

 
 

Przeglądam kalendarz z 1997 roku. Skrótowo notowane sprawy i terminy Wielebnego (tak Go nazywaliśmy, choć nie był „wielebnością”; ksiądz profesor – brzmiało zbyt oficjalnie, proszę księdza – nijako, wydawało nam się, że w słowie wielebny mieści się jakaś nuta serdeczności) – w styczniu i lutym sześć wyjazdów do Warszawy, dwa do Katowic, po jednym do Wrocławia, Krotoszyna, Kielc, Bolesławca i Brzeska. Do tego telewizja, wywiady, spotkania, studenci, sterty poczty i telefony, telefony... („My po Księdza Profesora przyślemy samochód – przywieziemy i odwieziemy”. „A cóż to ja, paczka jestem? Sam przyjadę, tylko powiedzcie gdzie i kiedy”). Wiecznie w drodze, kiedyś nawet wyczarterował samolot, żeby zdążyć udzielić ślubu w obiecanym terminie. „Honor jest droższy od pieniędzy” skwitował pytanie, ile to kosztowało. Czasem mówiło się w redakcji – może szkoda Jego czasu... lepiej, żeby pisał... Ale sami zawracaliśmy mu głowę „na okrągło”. Kiedy rano, zanim jeszcze redakcja się „zaludniała”, rozlegał się w sekretariacie Jego tubalny głos, natychmiast wszyscy zbieraliśmy się wokół. Pytaliśmy Go o wszystko. Jego celne komentarze do wydarzeń politycznych bardzo często przywracały proporcje, porządkowały hierarchię wartości: „obrazili Matkę Boską, ale przeprosić muszą przeora”. Przychodziliśmy też z codziennymi utrapieniami: „Chcesz pokierować dziećmi? Pokierować to nie znaczy zapanować. Nie rozkazuj, nie strasz. Kto straszy, ten się boi”.

Starałam się pomagać Mu w planowaniu terminarza. Odsyłać pocztę, umawiać lub odwoływać spotkania. Często rano zastawałam na biurku liścik z informacją, że właśnie wyjechał i trzeba odwołać lub przełożyć jakieś spotkania. Kiedy ktoś pytał o księdza Tischnera, moi redakcyjni koledzy często mówili: zaraz poproszę siostrę Morsztyn – żartowali, że nie wypada, by księdzu profesorowi pomagała zwykła sekretarka. Ale Wielebny wiele razy mówił: „pochwoliłbym cie, aleś ty do chwolenia nie nawyknienta”. „Tak jak i Wielebny Ksią±dz Jegomość” – odcinałam się.

Ostatni raz odwiedziłam Wielebnego w grudniu ubiegłego roku. Zaniosłam najnowszy numer „TP” i kolejną porcję poczty, która przychodziła na adres redakcji. Myślałam, że tylko zostawię... poprosił, bym pomogła przejrzeć i posegregować. Odłożył osobno listy, na które trzeba odpowiedzieć. Oczywiście ostatni numer „TP” miał już przeczytany: „polityka b. dobra” powiedział-napisał.

 

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl