KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Będzie żył w ludziach

Wanda Szado-Kudasikowa

 
 

Każdy, kto się urodził, musi umrzeć. Takie prawo. Tylko że nigdy o Nim nie myślało się tymi kategoriami. On, Król Życia, uśmiechnięty, radosny, mądry.

Był wszędzie. W kościele i w aulach uczelni, na spotkaniach z młodzieżą w szkołach i na polanie pod Turbaczem. Na progu bacówki wśród modrzewi, które zda się dopiero zasadzone, dziś ocieniają dach na zielono, i w Hali Olivii. W Wiedniu w Instytucie Nauk o Człowieku, w Castel Gandolfo i w redakcji „Tygodnika”. W studiu telewizyjnym i w Łopusznej przy dworku Tetmajerów. W Szkole Teatralnej i na Konkursie Potraw Regionalnych w łopuszniańskim GOK-u.

Towarzyszył zespołowi Łopuśnianie w ich występach i pilnował prawdy góralskiej przy powstawaniu filmu „Legenda Tatr”. Szukał greckich filozofów po góralskiej dziedzinie.

Przy biurku, pochylony nad kartką, gdzie swoim równiutkim, kaligraficznym maczkiem (jeszcze przed erą komputerów!) utrwalał myśli i zasłuchany na weselu w nuty muzyki góralskiej.

Człowiek renesansu. Otwarty na świat, na życie, jak nikt inny rozumiejący drugiego człowieka. Toteż był powiernikiem naszych trosk, niepewności i lęków, ale i radości, i chwil szczęścia – z którymi biegliśmy do Niego.

Otwierał góralskie festiwale: w Żywcu – Górali Polskich, w Sączu – Święto Dzieci Gór. Mówił pięknie. I ciągle On – Wielki Uczony – uczył się człowieka. Tego dużego i małego. Powtarzał za Liebertem: „Uczę się ciebie, człowieku”. Nawet wtedy, gdy ten człowiek boleśnie go ranił. Wybaczał. A myśmy uczyli się od Niego, czerpaliśmy wiarę i dobroć, prostowali przy Nim pochylone ciężarami życia plecy.

Z gwizdaniem juhaskim i wesołymi iskierkami w oczach wchodził do naszego domu oznajmiając, że: „ksiądz, baba i sracka przychodzom znienacka”. Kawalarz, facecjonista, kpiarz, który jak nikt inny potrafił śmiać się najpierw z siebie, a potem z innych.

Tkwił cały, On, Obywatel Świata – w góralszczyźnie. Pławił się w pięknie gwary, muzyki, zachwycał chłopską filozofią, umiłowaniem ziemi, natury. Znał problemy ludzkie, ich słabości i grzechy. Rozumiał je i wybaczał. Pamiętam, jak podczas kręcenia filmu „Siedem grzechów głównych” sam był wstrząśnięty szczerymi aż do bólu wynurzeniami nieszczęśnika-pijaka. On taki był. Jemu można było powiedzieć wszystko. Zawierzyć. Żenił naszych dwóch synów. Pięknie mówił o Rodzinie, o budowaniu nowego Domu, góralskiego – od węgłów po krokwie. Dodawał otuchy, darował uśmiech: „Przypotrz się Morcin: Ociec płace, Matka płace – trzymoj ze sie choć ty”. Modlił się u Matki Boskiej Ludźmierskiej o ratowanie życia mojego męża po groźnych zawałach. Wymodlił, uprosił.

Tak bardzo chcieliśmy Mu się odwzajemnić błagając o ratunek. Inne jednak były zamierzenia Boże.

Jeszcze w chorobie uczył nas modlitwy i cudownego obcowania z Bogiem w czasie najpiękniejszych chyba Mszy św. naszego życia.

Mimo bólu i żalu jesteśmy szczęśliwi, że na swej drodze życiowej dane nam było spotkać tak Wielkiego Człowieka. Jeśli jest w nas jakiś okruch dobra, to niechybnie zasługa to Józia – Przyjaciela – ks. prof. Tischnera.

Oddamy Go podhalańskiej ziemi, ale zostanie w ludziach, muzyce, śpiewie, gwarze i daj Boże mądrości ludzi gór. Spod Turbacza, jak co roku, poleci nuta Tischnerowska:

 

zatonie, zatonie piórecko na wodzie

ale nie zaginie nuta o ślebodzie.

 

On juz pławi sie – wierzymy – w prawdziwej, Niebiańskiej Ślebodzie.

Dejze Panie Boze – dej!

 

 

Autorka jest poetką, opiekunką nowotarskiego zespołu „Śwarni”, współpracuje z „Tygodnikiem Podhalańskim”. Ksantypa w „Historii filozofii po góralsku” ks. Józefa Tischnera.

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl