|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Miałem przyjaciela
Andrzej Kudasik
Wszystko zaczęło się bardzo dawno temu od znajomości,
zawartej na obozie harcerskim w osadzie Płazówka koło wioski Kościelisko. On,
starszy o 4 lata, był obozową szychą-zastępowym, a może drużynowym, dziś już
tego nie pamiętam, ja zwykłym druhem. On nosił już krzyż harcerski, ja miałem
dopiero złożyć ślubowanie. Pod jednym względem byliśmy jednak sobie równi:
obaj, jako ministranci, służyliśmy codziennie do Mszy świętej, którą
rozpoczynały się codziennie zajęcia obozowe. To było latem 1947 lub 1948 r.
Słowo „znajomość” należy rozumieć tak: ja znałem Józefa Tischnera, bo to o nim
mowa, i darzyłem szacunkiem, jakim zwykł darzyć przełożonego – podwładny, On –
wątpię by w ogóle zwrócił wtedy na mnie, szkraba, uwagę.
Potem przyszedł czas na znajomość wieku dojrzałego:
spotkania towarzyskie u wspólnych przyjaciół, a następnie wspólna działalność w
Związku Podhalan, zwłaszcza od momentu, kiedy, trochę za moją przyczyną, został
Kapelanem stowarzyszenia (1981 r.). Ważną rolę odegrało to, że brat księdza,
Marian, obecnie profesor Akademii Rolniczej w Krakowie, był moim kolegą
klasowym w Liceum Ogólnokształcącym im. Seweryna Goszczyńskiego w Nowym Targu
(Józef Tischner szkołę tę ukończył egzaminem maturalnym w 1949 r.)
Znajomość, właściwie nie wiadomo kiedy, przekształciła
się w serdeczną przyjaźń. Odwiedzałem Go wraz z żoną w Łopusznej – w bacówce,
którą wybudował na Polanie Szumalowej. On w drodze z Krakowa do Łopusznej
wpadał do naszego domu. Zwykle, siedząc wygodnie w fotelach i popijając kawę,
rozmawialiśmy na tematy polityczne. W porze obiadowej wesoło pogwizdując
wchodził prosto do kuchni i tam jedliśmy razem obiad. Odpowiadała Mu atmosfera
domowa – zawsze oponował, gdy żona chciała obiad podać do pokoju. Lubił być
traktowany jak wszyscy domownicy i wydaje mi się, że nie przepadał za
ceremonialnymi przyjęciami. Traktowaliśmy Go więc jak domownika, członka
rodziny.
Żył naszymi sprawami, a my Jego, zwierzał się z
kłopotów, czasami prosił o pomoc w jakiejś sprawie – normalnie – jak to zwykle
bywa w rodzinie. Dawał ślub naszym synom: Marcinowi i Bartkowi i uczestniczył w
ich góralskich weselach.
Kochał muzykę góralską i mógł jej słuchać godzinami.
Pamiętam, że na weselu Marcina kilka godzin spędził siedząc obok muzyki
góralskiej (kapeli) Władysława Trebuni Tutki z Białego Dunajca, którego potem
uwiecznił w „Historii filozofii po góralsku” jako Platona. Słuchał jak gra i
uśmiechał się. W czasie pamiętnych Mszy św., odprawianych w każdą pierwszą
niedzielę sierpnia obowiązkowo musiała być góralska muzyka i góralski śpiew.
Kiedy raz jechałem z Nim samochodem do Krakowa, przez całą drogę towarzyszyła
nam muzyka góralska, nagrana na taśmie magnetofonowej. Skomentował to krótko:
„e, co sie bedziemy męcyć godaniem”.
Kochał nie tylko muzykę góralską. Kochał także górali.
Kochał i jak niegdyś Kazimierz Przerwa Tetmajer – stawiał na piedestale.
Pewnego razu ośmieliłem się zwrócić Mu uwagę: „Siedzis se w Krakowie i nie
syćko widzis. Za duzo nos chwolis. A przecie tyn pije i bije, hań tyn pazerny
grabi pod siebie kielo sie ino do, nawet kradnie, tamta zostawiła chłopa i
dzieci, pojechała do Ameryki, siedzi z innym i ani myśli wracać, tyn juz 5 rok
procesuje sie o miedze, tamta zaś wadzi sie co wiecór z sąsiadką”...
A Józek na to: „Wiys Jędruś, syćko to prawda, ale
przecie kozdy z nik – to artysta – tyn co syje portki, tyn co robi kyrpce, tyn
co stawio chałupe i co rzeźbi, i co pise wiyrse, co gro na gęslak i co piyknie
spiywo”...
Za co kochał górali?
Za ich umiłowanie „ślebody”, czyli wolności, że nie dali
się do końca zniewolić komunizmowi (na Podhalu nie było spółdzielni
produkcyjnych), że nie ma wśród nich „homosowietikusów”, że są pracowici, zaradni,
przywiązani do tradycji, religijni.
Józef umiał z nimi rozmawiać i tym zdobywał ich
miłość. Wszędzie, gdzie tylko się pojawił, uważany był za swego. „Nas Ksiądz
Jegomość” – mówili. A w Łopusznej był po prostu Józkiem. Kiedy przejeżdżał czy
przechodził przez wioskę, witano Go z radością. Jego – profesora, naukowca o
światowej sławie, pozdrawiano bardzo zwyczajnie: „Cześć Józek, witoj, co tam u
ciebie, zdrowyś? „On – zadowolony, że tak Go traktują – odpowiadał po góralsku.
Umiał w trudnej chwili dodać otuchy, pokrzepić. Uczył
i wychowywał. Dawał przykład postępowania. Zanim został Kapelanem Związku
Podhalan, w wielu podhalańskich kościołach muzyka góralska była nieznana
(odnosiło się czasami wrażenie, że zakazana). Dzięki Józefowi Tischnerowi
słychać ją obecnie w czasie nabożeństw, powoli staje się nieodłącznym elementem
kościelnego ceremoniału.
To samo dotyczy gwary. Przed Tischnerem nie było na
Podhalu księdza, który mówiłby kazanie gwarą, nawet jeżeli był rodowitym
góralem. Wielu księży uważało, że mówienie Słowa Bożego gwarą – to rzecz niestosowna.
Józef Tischner to zmienił: śmiało używał gwary w czasie kazań głoszonych nie
tylko w Łopusznej, ale także w Ludźmierzu, Groniu, Bukowinie, Zakopanem i
innych wioskach. Za jego przykładem poszli inni księża. Teraz chodzi tylko o
to, by stało się to zwyczajem.
Co ja zawdzięczam Józkowi? Wiele, bardzo wiele. Dzięki
niemu inaczej patrzę na świat, inny jest mój stosunek do ludzi, inna, bo jakby
mądrzejsza, moja wiara.
Kiedy zachorował, bardzo długo wierzyłem, zwłaszcza po
przeczytaniu notatki o tym, że rak krtani jest w 98 proc. uleczalny, iż z tej
biedy wyjdzie obronną ręką. Przeszedł dwie operacje i dwukrotne silne naświetlanie,
więc rak, myślałem, powinien zostać całkowicie zniszczony. On takich złudzeń
chyba nie miał i powoli przygotowywał do przejścia w „inny, lepszy świat”.
Dzielnie znosił wszystkie wynikające z choroby dolegliwości, ale ból był coraz
większy i doszło do tego, że już chciał przejść w ten inny lepszy świat. I
przeszedł. Tylko dlaczego tak szybko? Już brakuje mi spotkań z przyjacielem,
rozmów z nim, uśmiechu, rad, filozofii życiowej. Mijają dni, a ja wciąż nie
mogę się pogodzić z tym, że pisząc o nim, muszę używać czasu przeszłego.
Autor jest emerytowanym nauczycielem. Wydał kilka
książek o Podhalu, Sokrates w „Historii filozofii po góralsku” ks. Józefa
Tichnera.
|