|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Filozofia jest rozmową
Jan Andrzej Kłoczowski OP
W pierwszym okresie ostatniej choroby ksiądz Tischner
napisał w liście do studentów filozofii Papieskiej Akademii Teologicznej w
Krakowie: „Człowiek myślący myśli nie tylko dla siebie, ale w jakiejś mierze, a
może nawet przede wszystkim, dla innych. Husserl mówił, że filozofowie są
»funkcjonariuszami całej ludzkości«. Oni to ustalają swoisty »wzorzec«
myślenia, właściwy danej epoce. W tym wyraża się ich poczucie odpowiedzialności
za los człowieka jako homo sapiens. I nie ma w tym żadnej megalomanii. Po
prostu jest, jak jest”.
Na czym ten „wzorzec myślenia” miałby polegać?
Filozofia to medytacja i komunikacja zarazem. W pracy filozofa jest coś
rzetelnie medytacyjnego, jeżeli jest ona poszukiwaniem jak najbardziej
źródłowego kontaktu z rzeczywistością, aby potem uchwycić sens tego najbardziej
podstawowego doświadczenia. Powiedział kiedyś Tischner: „Mój krajobraz
fundamentalny bierze się z gór i trochę z szumu Dunajca”. Wpatrywać się w góry,
wsłuchiwać w szum rzeki to właśnie ta medytacja, która sprawia, że z umysłu
tryska żywa myśl. Ale nie każde wpatrywanie się i nie każde nasłuchiwanie jest
medytacją filozoficzną, trzeba do tego ogromnego skupienia i odwagi prawdziwej
prostoty, aby to, co pozornie jest tylko obrazem i szumem, przemówiło głosem
zwiastującym tajemnicę...
Być filozofem to także stale poddawać swoje myślenie w
wątpliwość, to stale kwestionować. W „Listach do studentów” Tischner bardzo
mocno to podkreśla: filozofii się uczysz, jeżeli ostrze krytyki potrafisz
skierować przeciwko sobie samemu. Medytacja, obok kontemplacji, ma wymiar
krytyczny, czy raczej samokrytyczny. Taki wymiar medytacyjny pracy filozofa
jest warunkiem oryginalności jego nauczania i jego pisania. Myśl Tischnera jest
oryginalna, bowiem jest to myśl źródłowa, jest radykalna, bowiem jest
krytyczna.
Mimo że pisał o górach i Dunajcu, najbardziej
źródłowym doświadczeniem filozoficznym Tischnera było doświadczenie drugiego
człowieka. Nieżyczliwi mu ludzie mówili, że fascynuje się nowinkami, że sprowadza
na nasz grunt jakieś prowizoryczne i modne teorie. Nic bardziej fałszywego – w
tekstach myślicieli, których poznawał w czasie długich i rzetelnych studiów i z
którymi się zmagał, znalazł język, którym by mógł wypowiedzieć to najbardziej
źródłowe doświadczenie.
Tu otwiera się drugi – obok medytacji – wymiar
filozofowania, wymiar komunikacji. Filozofia jest rozmową i wątek ten przewija
się na kartach Tischnerowskich rozpraw nieustannie. Rozmawia z Platonem,
Kartezjuszem, Heglem, Heideggerem, Lévinasem. Rozmawia nie po to, aby
streszczać, jak to się czyni na użytek studentów pierwszego roku, Tischner
rozmawia, aby sprawdzić swoje myślenie, aby znaleźć nową perspektywę, w której
pojawi się człowiek. Jak ma się to myślenie źródłowe do myślenia krytycznego?
Sądzę, że jest to jeden z najbardziej podstawowych problemów współczesnej
filozofii. Tomy rozpraw metodologicznych, krytyczne traktaty i pisma
rozlicznych „mistrzów podejrzeń” skutecznie podważyły prostą umiejętność
kontaktu z rzeczywistością. Ricoeur, mistrz hermeneutycznej refleksji, mówił o
konieczności odnalezienia „nowej naiwności”. Gdy wczytuję się w karty „Sporu o
istnienie człowieka” czy „Filozofii dramatu”, najbardziej oryginalnych, czyli
źródłowych książek Tischnera, odnajduję tam nie tylko ślady, ale całe pokłady
tej „nowej naiwności”.
Wzorzec myślenia jest w filozofii Józefa Tischnera
bardzo mocno związany z podjęciem odpowiedzialności za człowieka jako homo
sapiens. Nie ma to być filozofowanie zamiast człowieka, ale dla człowieka; nie
ma to być poddawanie mu gotowych klocków, z których ma ułożyć obraz świata i
swojego w nim miejsca, ale ma to być otwieranie głowy i przygotowanie do
samodzielnego myślenia. Pamiętam jeden z jego wykładów, w którym mówił, że
myślenia nie można nikogo nauczyć, myśleniem trzeba zarażać.
Myślenie wierne człowiekowi prowadzi do ponownego
odkrycia myślenia o Bogu, jednakże za to odkrycie trzeba płacić surową cenę
poważnej pracy myślowej, oznaczającej gotowość odejścia od gotowych sformułowań,
jeżeli prowadzą do nieporozumień. Myśleć w obrębie wiary, to wciąż na nowo
stawiać pytanie o to, kim jest Bóg i kim jest człowiek, czym jest wolność –
„mamy dwie perspektywy wolności: w jednej Bóg oznacza ograniczenie wolności, w
drugiej oznacza otwarcie na wolność. Czym jest wolność, że jednym zamyka drogę
do Boga, a innym tę drogę otwiera? I kim naprawdę jest Bóg?” („Spór o istnienie
człowieka”).
I jeszcze jedna myśl. Nie znam wśród naszych
współczesnych myślicieli nikogo, kto byłby tak opętany myśleniem o Polsce. Od
„Chochoła sarmackiej melancholii” (to pierwszy esej ze „Świata ludzkiej
nadziei”) po eseje z lat 90. – bije z jego tekstów namiętna miłość. Namiętna,
ale nie ślepa, gorąca, ale krytyczna, poszukująca także dla myślenia o Polsce
„wzorca myślenia”. Ten, który zrobił najwięcej, aby przyswoić naszemu myśleniu
to, co najbardziej wartościowe we współczesnym myśleniu religijnym, był
jednocześnie jak najbardziej swojski, najbliższy temu, co bliskie i kochane, co
wyrasta z tej ziemi. „Tygodnik” drukuje w tym numerze wspaniałe zdjęcie,
ukazujące go kroczącego po gorczańskiej łące: jak on mocno trzymał się ziemi,
jak pewnie po niej kroczył, jak ją czuł... Ziemię, tę ziemię... A ponieważ czuł
tę ziemię, to za swój obowiązek uważał czuwanie nad myśleniem ludzi, którzy po
tej ziemi chodzą, na tej ziemi żyją.
Autor jest filozofem religii, profesorem PAT.
|