|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Idzie o honor
KS. JÓZEF TISCHNER
Kazanie wygłoszone 22 I 1994 r. do członków redakcji
„Tygodnika” w kościele pw. św. Trójcy w Łopusznej
Moi drodzy, znajdujemy się w kościółku, którego
początki sięgają połowy XV wieku. Tryptyk, który znajduje się w głównym
ołtarzu, powstał mniej więcej 40 lat po bitwie pod Grunwaldem. Ściany tego
kościoła pochodzą z przełomu XV i XVI wieku. Droga krzyżowa – wiek XVIII.
Dzwony zostały ulane mniej więcej w czasie pierwszego rozbioru Polski. Trzeba
rzec, że to miejsce jest miejscem przesyconym modlitwami – modlitwami stuleci.
Kościół ten, jak zresztą również inne kościoły na Podhalu, ma tradycje
zbójeckie. Mówi się, że jakiś udział w ich budowaniu mieli zbójnicy; mieli taki
honor, coby Panu Bogu kościół postawić. I wtedy kościół powstawał z ducha
pokuty: najpierw były grzechy, potem była pokuta, a potem z tego się brał
kościół. Widać, że kościoły te były budowane jakby bardziej na ludzkich
niecnotach niż na ludzkich cnotach. Bo, jako się już rzekło na początku tej
Mszy św., górole specjalnego talentu do cnoty nie mieli. Wręcz przeciwnie,
kosztowała ich ona więcej jako innych. Ale mieli talent do pokuty.
Mając to wszystko na uwadze, pomyślałem sobie dziś, że
istnieje jakieś takie głębokie pokrewieństwo pomiędzy rzemiosłem zbójeckim a
rzemiosłem dziennikarskim. Jak się tak dobrze przyjrzeć, to rzemiosło podobne,
tyle że jedni ciupagami, a drudzy piórami. I to było tak: jak–żeś był ze
zbójnikiem dobrze, to ci wszystko sło dobrze, ale jak byłeś ze zbójnikiem źle,
to niech cie ręka Bosko broni! I z dziennikarzem podobnie: jak-żeś z nim
dobrze, to dobrze, ale jakeś z nim źle, ej! to niech cie ręka Bosko broni.
Weźmy takiego Samka, zbójnika ze zbójeckiej izby. Mioł
sprawe przed śmiercią z diabłem i aniołem. Anioł był przy Samku jak dobry
dziennikarz. Co diabeł hipkoł po dusze zbójnika, to anioł przed diabłem ją bronił.
Ale, jak umioł argumentować, jak umioł przekonywać – to skoda godać!
Posłuchojcie:
„– Prziśli po mojom duse. Wtoz tu będzie mocniejsy?
Diabeł powiada: Duso ludzka – mojaś!
A anioł zaroz: Nie twoja, ba moja!
– Moja!
– Nie twoja!
Zaczęli się wadzić.
– Krad! – powiada diabeł”.
A teraz posłuchojcie, co dobry dziennikarz mu powie:
„Złodziejstwo hłopsko rzec. Nie ukradnie ten, co nie
potrefi”.
Zaś diasek hipko i swoje:
„– Pił”.
A co mu taki dziennikarz odpowie?
„– To za swoje. Cyś mu pozycoł?”
Widzicie, jak on ładnie wszystko na dobre obraco? A tu
jesce więksy grzech przychodzi! Diasek godo:
„– Rad dziewki widzioł, kie parobkiem beł.
– Dy byś je i ty rod widzioł, kieby cie jino fciały!
Nie bój się!”
Widzicie, kielo worce dobry dziennikarz? Jak anioł.
Diaboł zaś:
„– Nie spowiadoł się jus cosi ze trzy roki”.
A zaś „Tygodnik Powszechny” na to:
„– To księdzowa sprawa, nie twoja. Jest hań proboszcz
w Łopusznej, to jego sprawa!”
A zaś diaboł swoje:
„– Kie się ozezłości, klnie.
– E to na tobie! Dobrze robi.
– Świętym nie dowierzo!!!”
A co na to „Tygodnik”?
„– Tak tys oni jemu. Wiem dobrze, bo my towarzysia, a
tyś ku nim za podogonie!” – Za przeproseniem, tak pedzioł.
I widzimy, jak to jest, kie dziennikarz z kim dobry.
Ale jak zaś zły, to mi się przypomina zbójnik Nowobilski z Białki. Kie chodził
na zbój, to on i inni wypatrywali, „na kogo by tu hipnąć”. I dziennikarz
podobnie: wypatrzuje, na kogo zastawić sieć. I suko słabego punktu, słabego
miejsca. No to, jak już dopadli tóm karcme, to sukali, ka karcmorz mo „słabe
miejsce”. Kie naśli, to Nowobilski przypiekoł. I dziennikarz podobnie:
przypieko, to z tej, to z tamtej strony. A Nowobilski fajke przy tym kurzył, bo
– powiado – „coby mu nie śmierdziało”. Zaś dziennikarz... Kawe pije. Roz tak,
roz tak. Ale jak już swojego dopnie, to... Jak Nowobilski: kie pieniądze wziął,
to skocył do stajni, podoił krowy i świeżego mleka dzieciom karcmarza zostawił,
coby wiedziały, że „miały do cynienia z cłekiem”. Tak jest i z dziennikarzem:
na końcu zrobi wszystko, coby ludzie wiedzieli, że „mieli do czynienia z
człowiekiem”.
A tu przychodzi potem czas spowiedzi. Poczekajcie, bo
mi się kasi zapodziała ta spowiedź...O, już jest. Na stronie 188 u Tetmajera:
„Jak się Józek Smaś pojechoł wysłuchać”. Nie będę się rozwodził, ale co trza,
to powiem. Słuchojcie: „Kraść-ek krad, alejek wse hudobnym dał z rabunku”.
Dziennikarz podobnie: „Co się ta pisało, to się pisało, ale się zawse z
mizernego honorarium koniak postawiło”. „Anik ta nigda we swojej strónie nie
zbijał, ba ka inégdej, po Wengrak”. I podobnie dziennikarz: we „swojej stronie”
on jest jakiś taki cieplejsy, ale na obcych – pies! I dalej: „Bić-ek bił, alek
się nigda na słabego nie zruwoł”.
O, to jest duży honor dziennikarza: on ci ta nigdy na
słabsego nie hipnie ino na mocniejsego. To mu trza przyznać. A dalej było tak:
„Nie pokłamołek nikogo, nie zdradziyłek nikogo, wsejek
wierności dotrzymywoł, co my co ka ukradli i sowali, cy się na bitke smówili,
cy cosi kajsi. Nigdyjek towarzisów, cy przy dzielbie po rabunku, cy przy świstakak,
nie krzywdził, jescek ze swojego dołozył, jak to biédne było. Pić-
-ek pił, ale s tego skody nijakiej nie bywało, ba
jesce karcmorz zarobiéł. Zabić człowieka, to jek zabił, ale przez potrzeby nie,
a tu, sami dobrze wiécie, zbójnik nie ma wiele casu przy rabunku. I jus nie
bacem, cy ta dwok cy trzok, bo to béło dawno. Pote mi sie jus nie trefiło kiela
cas. Telo na nie tyk grzyhów; mało, nie duzo”.
Tak się końcy kozdo spowiedź zbójnika i dziennikarza,
ze jakby tak jedno z drugim porównać, to więcyj wyjdzie dobra jako zła. „Mało
tego, nie duzo”. Niby prowda.
I teroz przychodzi do pokuty. Jakby nie było,
zapokutować trza. I tu mi się przypomina pokuta Gadei i Jasia Polankowego,
którą im zadał ks. Stolarczyk. „Gadeja i Jaś Polankowy pośli do wielkanocnej
spowiedzi. ksiądz ich wyspowiadał i zadał im pokute: trzy razy na kolanach
obejść koło kościoła i na koronce odmawiać. Tomek schowoł kapelus pod dzwonami,
wyjął koronke z torbki i zacął pokute. A były baby i śmioły się z nich. Jak to
baby. Jaś Polankowy uciók, bo się wstydził, a Gadeja chodził na kolanach,
scyrze się modlił i kie już poobchodził, korunke schowoł, wziął kij i zaczął
baby bić. Baby w krzyk. Ksiądz przylecioł ku kościołowi z plebanie, co się to robi,
ze taki pisk. E, coz ty Tomek robis? – Baby bijem – pedział Tomek. – Bo co one
się ze mnie śmioć bedom, kie jo się nie wstydziył źle robić, to jo się nie
bedym wstydziył pokutować”. To tyz jest dziennikarskie. Tu trza pedzieć, że i
zbójnik, i dziennikarz mają swój honor. Kie sie nie wstydzieli źle robić, to
się ta nie bedom wstydzić pokutować. A co na to ksiądz Stolarczyk? „E to bijze,
Tomek, bij”.
Tak więc trza rzec, że wszystko końcy się na honorze.
Sprawa zbójnika i sprawa dziennikarza – ta sama: honor. I do czego zmierzam?
Cymu Wam to wszystko gadam? Gadam, bo ten kościółek wymaga remontu. Będziemy tu
zmieniać podstawę pod tryptyk, odnawiać polichromię, trza będzie niedługo dach
pokryć gontami. I chodzi o honor. Nie, nie o pieniądze – to znaczy o pieniądze
też, ale najpierw o honor. Jak kto mo honor, to dla niego pieniądz – to nic. Ja
sobie tak myślę, że jak ten kościół jest trochę zbójecki, to mógłby być też
dziennikarski. Byłoby to honorowe, jakbyście wy te swoje pióra przy okazji
wypróbowali: chcecie odnawiać Polske, zacznijcie od tego kościoła.
Z
pieniądzami jest tak: my tu w Łopusznej nie dziadujemy, ino chcieliby my się
podzielić z Wami tym nasym honorem. Wy nóm nazganiocie troche dutków, a my Wóm
przysporzymy honoru. Zbójeckiego. Wiekuistego.
Z honoru Wasego i Czytelników będzie dach. A gonty na
dachu muszą być dubeltowe. No bo jak się pokryje jedną warstwą, to te grzechy
przeświecajom. To też nie żałujcie na dubeltowy gont. A reśte nasze majstry
zrobią.
Widzicie teroz, po co jo Wos tu zaprosił. Sprawa jest
całkiem jasno: chodzi o honor. Amen.
Ks. Józef Tischner
|