KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

 
Pół wieku „Tygodnika Powszechnego”

Wiara na wietrze

 
 

Wymaga się od nas, abyśmy jednoznacznie pokazali, że potrafimy nie tylko zapewniać ludziom szczęście wieczne, ale również zaprowadzać ład i pokój na ziemi. Szczególnym tematem egzaminu stała się nasza zdolność do myślenia na tym świecie i z tym światem. Czym jest myślenie w duchu Ewangelii? Czym w ogóle jest myślenie?

 

W liście apostolskim „Tertio millenio adveniente” Jan Paweł II pisze, że w przeddzień czekającego nas przełomu wieków powinniśmy zrobić „historyczny rachunek sumienia” z popełnionych w przeszłości win: „Gdy zatem zbliża się ku końcowi drugie tysiąclecie chrześcijaństwa, jest rzeczą słuszną, aby Kościół w sposób bardziej świadomy wziął na siebie ciężar grzechu swoich synów, pamiętając o wszystkich tych sytuacjach z przeszłości, w których oddalili się oni od ducha Chrystusa i od Jego Ewangelii i zamiast dać świadectwo życia inspirowanego wartościami wiary, ukazali światu przykłady myślenia i działania, będące w istocie źródłem antyświadectwa i zgorszenia”. Rzecz ciekawa, Autor wymienia tu obok „grzechu działania” także „grzech myślenia”. Na czym ten grzech polega?

Wydaje mi się, że dziś – z okazji jubileuszu „Tygodnika Powszechnego” – nadarza się szczególna okazja do refleksji nad znaczeniem myślenia w życiu wiary. Cokolwiek by się rzekło na temat historii „Tygodnika”, jedno jest pewne: jego obecność oznacza w polskim katolicyzmie obecność szczególnego stylu myślenia, w którym „życie z wiary” rodzi głęboką odpowiedzialność za całą narodową kulturę z polityką i gospodarką łącznie. Gdy polski inteligent sięga dziś po „Tygodnik”, to między innymi po to, by spotkać tam chrześcijaństwo myślące.

W związku ze sprawą „grzechu myślenia” pragnę postawić pytanie radykalne, dotyczące wprost sensu obecności chrześcijaństwa we współczesnym i przyszłym świecie. Żyjemy na przełomie tysiącleci. Mamy poza sobą dwa tysiące lat historii Kościoła. Wiem, że dzieje wcielenia Ewangelii w życie są wielce dwuznaczne: obok świętości był grzech. Trudno o jednoznaczną odpowiedź na pytanie, czego było więcej, grzechu czy świętości. Ale sam fakt, że potrzebny jest dziś rachunek sumienia, dowodzi, iż tragizmu tej historii zamazać się nie da. Stąd radykalne pytanie: czy Ewangelia wyczerpała już wszystkie swe możliwości ulepszania człowieka? Czy może raczej po dwóch tysiącach lat wyczerpała się już możliwość błędnych interpretacji Ewangelii? Św. Jan Ewangelista pisał: „do swoich przyszedł, a swoi Go nie przyjęli”. Kogo miał na myśli? Czy można odnieść Jego słowa również do ludzi minionych lat? I czy można mieć nadzieję, że przyszłe pokolenia – mądrzejsze po klęskach i szkodach – staną się bardziej ewangeliczne?

Pytamy o charakter, miejsce i rolę chrześcijańskiego myślenia. Prawdę o tym myśleniu można obserwować na trzech poziomach życia: moralnym, społecznym i we wnętrzu duszy wierzącego.

Powtórzenie pytania

Jest w tym jakiś paradoks: pytanie o sens i przyszłość wiary, jakie staje dziś przed nami, jest powtórzeniem podobnego pytania, jakie stanęło przed laty przed twórcami „Tygodnika”. Sformułował je wówczas ks. Konstanty Michalski, w artykule zamieszczonym w pierwszym numerze „Znaku” („Dokąd idziemy?”). „W czasie krwawej okupacji niemieckiej stawiał sobie to pytanie przede wszysktim Polak, formułował je jak umiał i jak umiał na nie odpowiadał, bez względu na to, czy walczył w jakichkolwiek szeregach, czy gnił w więzieniu lub obozach, czy stał u warsztatu pracy, czy wreszcie spiskował. Stawiał je sobie przede wszystkim Polak, bo mu powtarzano bez końca, że jego państwo nigdy już istnieć nie będzie, a czuł, że warunkiem tego będzie zniszczenie każdej jednostki. Pytał się więc, czy ma jakiś sens jego własne istnienie, czy ma w dziejach sens istnienie suwerennej Polski; pytał się w związku z tym o sens tego, że sam walczy, gnije, pracuje lub spiskuje z narażeniem własnego życia”.

Odpowiedź na to pytanie była bardzo ogólna. Powołując się na św. Tomasza, ks. Konstanty Michalski pisze: „Kiedy chodzi o szczegółowe przewidywanie przyszłości, jest on bardzo ostrożny i mówi tylko o mniej lub więcej prawdopodobnych wnioskach, coniecturatio, ale jeżeli chodzi o ogólny obraz ludzkości, to nie wątpi ani na chwilę, że dzieje ludzkie niosą nas ciągle naprzód, upodabniając coraz więcej do Boga”. A jak na to pytanie odpowiada św. Paweł? Wraz z Apostołem – kontynuuje ks. Konstanty Michalski – oczekujemy „...nowej paruzji, nowego objawienia się Chrystusa w dziejach, przez nasze dłonie i mózgi, nasze serca i myśli”. Ale czy oczekiwanie to się spełni? Autor daje również wyraz ówczesnemu lękowi, jakby przeczuwając niejasno, co się może zdarzyć: „boimy się mocy człowieka bez niezwykłej jego dobroci, boimy się nawet sprawiedliwości bez miłości, gdy sprawiedliwość mogłaby się wyrodzić w okrucieństwo”.

To wielce znamienne, jak zmienił się sens pytania o przyszłość. Wtedy – tuż po wojnie – horyzontem pytania był niepokój o Polskę, dziś – po upadku komunizmu – horyzontem tym jest niepokój o los człowieka – po prostu człowieka. Wtedy założeniem owego pytania było przekonanie, że chrześcijaństwo – katolicyzm, Kościół – mają wszelkie dane, by ocalić naród, i chodzi tylko o to, by poddać się jego wpływom. Dziś wiemy, że Ewangelia jest lekarstwem, ale tylko potencjalnie. Trzeba umieć właściwie „używać” Ewangelii, ale nie wolno jej nadużywać. Do tych podstawowych różnić dochodzą jeszcze szczegóły: nie walczymy dziś, nie gnijemy, nie spiskujemy. To jednak nie znaczy, że nie jesteśmy kwestionowani. Wymaga się od nas, abyśmy jednoznacznie pokazali, że potrafimy nie tylko zapewniać ludziom szczęście wieczne, ale również zaprowadzać ład i pokój na ziemi. Szczególnym tematem egzaminu stała się nasza zdolność do myślenia na tym świecie i z tym światem.

Czym jest myślenie w duchu Ewangelii? Czym w ogóle jest myślenie?

Sięgnijmy do czasów, w których rodziło się to myślenie – sięgnijmy do św. Augustyna. Odsłaniając naturę myślenia, św. Augustyn czerpie pełnymi garściami z metaforyki światła. Myślenie jest jak światło, które jest nie tylko „czyimś światłem”, nie tylko światłem skierowanym „na coś”, ale przede wszystkim światłem „dla kogoś”? Światło świeci komuś i sprzyja temu, komu świeci. Światło jest przyjazne wszystkiemu, co żyje, co istnieje. Podobnie myślenie: ono jest nie tylko „czyimś myśleniem” – kartezjańskim „ego cogito”, nie tylko myśleniem „o czymś”, lecz jest myśleniem „dla kogoś”. Na tym zasadza się mądrość myślenia: ona nie na tym polega, że myślenie ogarnia początek i koniec wszechrzeczy, ale właśnie na tym, że „świeci dla kogoś”. Ale myślenie może też stać się myśleniem „przeciwko komuś”. W takich jednak przypadkach popada ono w zależność od obcego dla siebie żywiołu.

Znakomicie oddawał tę naturę myślenia platoński Sokrates. Postawiony przed sądem, domagał się od Ateńczyków, zamiast kary, dożywotniego wiktu w Prytanejon, przyznawanego zwycięzcom olimpiad. Powiadał bowiem: „dzięki niemu [zwycięzcy olimpiad] zdaje się wam, że jesteście szczęśliwi, a dzięki mnie – jesteście”. Myślenie, nawet gdy jest krytyką, zawsze kryje w sobie moment subtelnej sympatii dla tego, kto padł ofiarą błędu. Ojcowie Kościoła, którzy prowadzili dialog z myślą grecką, wyczuwali głębokie pokrewieństwo między przykazaniem miłości bliźniego a sokratejskim obowiązkiem myślenia. Kto wie, czy właśnie to pokrewieństwo nie stało się podstawą przekonania, że „anima naturaliter christiana”. Miłość i myślenie mają to wspólne, że są jak światło, które „z góry zstępuje i świeci każdemu na ten świat przychodzącemu”.

Wydaje mi się, że subtelny moment „myślenia dla kogoś” nadal pozostaje znakiem, który wyróżnia myśliciela chrześcijańskiego od myśliciela ze świata przeciwnego. Moment ten odróżnia go od ideologa, który w swoim myśleniu nie jest w stanie porzucić kategorii wroga. Różni go również od myślenia „obiektywistycznego”, które nastawiając się na badanie „przedmiotu”, biegnie jakby „obok człowieka”. Myślenie „dla człowieka” jest inne. Szuka prawdy, by prawdą wyzwalać.

Wiara i moralność

Cała ludzkość stanowi dziś etyczną jedność wzajemnej odpowiedzialności. Mimo konfliktów i wojen, mimo zagrożeń ekologicznych, a może dzięki nim, człowiek współczesny uświadamia sobie coraz wyraźniej, że istnieje coś takiego, jak „dobro wspólne” ludzkości. Nic więc dziwnego, że Kościołowi łatwiej o porozumienie ze współczesnym światem, gdy mówi o rozmaitych stronach dobra wspólnego, niż gdy mówi o „unii hipostatycznej”, „relacjach substancjalnych” czy „uprzednio skutecznym” działaniu Boga na człowieka.

Tak więc pomostem do rozmowy ze światem współczesnym stała się etyka, nazywana najczęściej „etyką prawa natury”. Jan Paweł II pisze: „Tylko Bóg może odpowiedzieć na pytanie o dobro, bo sam jest Dobrem. Ale Bóg już dał odpowiedź na to pytanie: uczynił to, gdy stworzył człowieka i gdy w swej mądrości i miłości nadał jego istnieniu cel, wpisując w jego serce prawo – »prawo naturalne«. Nie jest ono »niczym innym jak światłem rozumu wlanym nam przez Boga. Dzięki niemu poznajemy, co należy czynić i czego należy unikać. To światło i to prawo Bóg podarował nam w akcie stworzenia«”.

Pogłębienie etycznego wymiaru chrześcijaństwa pociąga za sobą ważne dla myślenia chrześcijańskiego następstwa. Trzeba sobie bowiem uświadomić, że moralność chrześcijańska sama jest dziś problemem. Nie stało się to jednak na skutek relatywizmu czy permisywizmu (ostatecznie nikt rozsądny nie oczekuje od chrześcijan ustępstw w tych kierunkach), ale w wyniku krytyki, jaką wysunął pod jej adresem Fryderyk Nietzsche, który odkrył w chrześcijańskiej moralności mroczną moc resentymentu. Resentyment okazuje się dziś rzeczywistym problemem tej moralności.

Pisał Nietzsche: „Bunt niewolników na polu moralności zaczyna się tem, że ressentiment samo twórczem się staje i płodzi wartości: ressentiment takich istot, którym właściwa reakcja, reakcja czynu, jest wzbroniona, i które wynagradzają ją sobie tylko zemstą w imaginacji. Podczas gdy wszelka moralność dostojna wyrasta z tryumfującego potwierdzenia siebie samej, moralność niewolnika mówi z góry »nie« wszystkiemu, co »poza nim«, co »inne«, co nie jest »nim samym«; i to »nie« jest jej czynem twórczym. (...) Moralność niewolników, by powstać, potrzebuje najpierw zawsze świata przeciwnego i zewnętrznego, potrzebuje – mówiąc filozoficznie – podniet zewnętrznych, by w ogóle działać, – jej akcja jest z gruntu reakcją”. („Z genealogii moralności”, tłum. Leopold Staff).

Resentyment sprawia, że myślenie religijne staje się „myśleniem przeciw komuś”. Jak daleko i jak głęboko sięga jego siła? Trudno zagłębiać się tutaj w szczegóły historyczne, można jednak postawić kilka znaków zapytania. Skąd brała się zawężająca interpretacja zasady „poza Kościołem nie ma zbawienia”, wedle której jedynie ochrzczeni w Kościele katolickim mają prawo do nadziei na zbawienie? Skąd wynikała neomanichejska teza, wedle której Chrystus nie umarł za wszystkich, lecz tylko za wybranych? I skąd wreszcie płynie owa niemal chorobliwa podejrzliwość w stosunku do każdego dobra, jakie dzieje się poza widzialnym Kościołem? Czy w tym wszystkim nie skrywa się resentyment ludzi wewnętrznie zniewolonych, którzy nie są w stanie uznać innego świata niż ich własny?

Kiedyś Kościół najpierw nawracał i chrzcił, a potem stawiał moralne wymagania wiernym. Gdy mówił, mówił do tych, których uprzednio uczynił swoimi. Dziś, sięgając po ideę prawa natury, chce mówić do wszystkich ludzi, których nazywa „ludźmi dobrej woli”. Jeśli jednak język chrześcijan ma się stać językiem zrozumiałym także dla tych ludzi, potrzeba, by wymiar „dla kogoś” chrześcijańskiego myślenia był szczególnie wyraźny. Jeśli „prawo Boże” jest wypisane – jak pisze św. Paweł – „w sercu człowieka”, jeśli mowa Kościoła kieruje się do „dobrej woli człowieka”, to musi być taką mową, która budzi echo w przestrzeniach ludzkiej duszy. Czy może być mową niewolników, którzy mają pretensję do wolnych tylko dlatego, że są wolnymi?

Płaszczyzna społeczna

Jan Paweł II zwraca szczególną uwagę na szczególnie dziś ważne dwa wątki społecznej nauki Kościoła, którymi są: „obrona godności i praw osoby ludzkiej w obrębie sprawiedliwej relacji pomiędzy pracą a kapitałem oraz troska o pokój...” („Tertio millennio...”, 22). Obydwie sprawy pojawiają się w określonym kontekście historycznym – nazizmu i komunizmu. Pozostawmy na boku nazizm, zatrzymajmy się przy komunizmie. Kościół towarzyszy historycznemu przejściu narodów od totalitaryzmu do demokracji i od gospodarki planowej do rynkowej. Wiemy, jak wiele konfliktów społecznych pociąga za sobą ta transformacja. Społeczeństwa postkomunistyczne przechodzą dziś nie tylko przez te choroby, które wynikają z porzucania dziedzictwa komunistycznego, ale popadają również w te, które są udziałem społeczeństw liberalnych.

Jakie konflikty wydają się na tym poziomie najbardziej znaczące? Wydaje się, że jeden: konflikt wokół idei władzy. Jaka jest natura władzy religijnej i jaka jest natura władzy świeckiej? Przez wiele wieków chrześcijaństwo europejskie wierzyło w jakieś zasadnicze pokrewieństwo obydwu władz. Tylko dlatego można było twierdzić, że władza świecka jest przedłużeniem władzy religijnej lub władza religijna przedłużeniem świeckiej, iż uznawało się, że istota władzy w obu przypadkach jest taka sama. Dobry król może zapewnić zbawienie poddanych. Jeszcze nie tak dawno abp Lefebvre chwalił konstytucję Kolumbii za to, że stawiała przeszkody „propagandzie sekt protestanckich” i w ten sposób „przyczyniała się do osiągnięcia zbawienia wiecznego przez miliony jednostek”.

Teoretycznym zapleczem tych koncepcji, była jak się wydaje, swoista idea miłości, której korzenie tkwią u Platona, a może jeszcze wcześniej. Czym jest miłość? Miłość jest adekwatną odpowiedzią na doskonałość przedmiotu umiłowanego; im bardziej doskonały przedmiot, tym większa musi być miłość do niego. Jeśli tak, to powstaje pytanie: czy człowiek postawiony wobec Bytu Najdoskonalszego może jeszcze zachować wolność? Odpowiedź brzmi: nie! Byłoby to zupełnie nierozumne. Człowiek jest wolny jedynie wtedy, gdy staje wobec bytów skończonych. Człowiek zawdzięcza swą wolność niedoskonałości świata. Kiedy jednak postawimy człowieka wobec bytu relatywnie niedoskonałego, ale ubranego w boskie atrybuty, a bytem takim jest państwo, jego „miłość” do państwa powinna wzrosnąć, a jego wolność – zmaleć. W ten sposób określona koncepcja miłości znajduje polityczną interpretację, której kresem jest poddanie.

Koncepcja ta nie ma jednak nic wspólnego z chrześcijańską ideą miłości. Tutaj jest akurat odwrotnie: im wyższe dobro, tym większa wolność. Dobro nie może bowiem narzucać się człowiekowi przez przymus. Nie byłoby wtedy Dobrem. Jedynie wartości niższego rzędu działają na człowieka poprzez przemoc, wartości najwyższe – najwyższe Dobro – obywają się bez przemocy. Dlatego są w stanie wyzwalać. Miłość chrześcijańska nie na tym polega, że „reaguje” w sposób proporcjonalny na doskonałość przedmiotu, lecz na tym, że kieruje się w stronę istoty niedoskonałej, wręcz grzesznej. Gdyby było inaczej, nie różniłaby się niczym od sprawiedliwości.

Idea jakościowej różnicy władzy politycznej i religijnej jest szczególnie bliska myśleniu, które ma za sobą doświadczenie totalitaryzmu. Totalitaryzm okazał się jeszcze jedną, historyczną kompromitacją państwa i jego siły. Zarazem był on czasem tryumfu władzy religijnej, pozbawionej państwowej osłony. To daje do myślenia: im bardziej rosła wszechmoc państwa, tym wyraźniej jaśniała różnica między władzą polityczną, a władzą religijną. „Środki bogate” – wedle pamiętnego opisu prof. Stefana Swieżawskiego – okazywały swą bezsiłę, a „środki ubogie” rosły w moc. Gdy czas państwa totalitarnego przeminął, okazało się, że każda próba podparcia „wartości chrześcijańskich” państwowym instrumentarium, kończy się przyrostem nieufności do autorów takiego pomysłu.

Filozofia współczesna zawiera żywy i jednoznaczny nurt krytyki władzy w ogóle, a władzy państwa w szczególności. Krytyka sięga daleko wstecz, aż do czasów greckich. Krytykuje się władzę za to, że wchodzi w obce dla siebie rejony. Fryderyk Nietzsche demaskuje „instynkt poznania” jako przejaw niepohamowanego „instynktu władzy”. Martin Heidegger oskarża żądzę władzy o to, że już w czasach greckich zawładnęła poznaniem i odwiodła je od ideału prawdy. Emmanuel Lčvinas sądzi, że greckie poszukiwanie uniwersalnego systemu filozofii jest początkiem ideologii totalitarnych. Żądza władzy nie cofa się nawet przed przekreśleniem naturalnych praw człowieka. Cokolwiek by się rzekło o tych i tym podobnych krytykach władzy, jedno jest pewne: pytanie o naturę władzy, jej odmiany i ich stosunek do siebie, jest podstawowym pytaniem naszego życia społecznego. Pytanie to wciąż powraca: czy spieramy się o sens demokracji, o znaczenie wolnego rynku, o moc obowiązującą przykazań boskich – zawsze wyłania się zagadnienie władzy. I jak nie można dziś mówić o etyce chrześcijańskiej bez uwzględnienia teorii resentymentu, tak nie można mówić o stosunku władzy religijnej i władzy świeckiej bez uwzględnienia krytyki władzy, która dojrzewała w sporach z totalitaryzmem.

Jan Paweł II w liście apostolskim „Tertio millennio adveniente” wyraźnie pisze, że kluczem do zrozumienia i oceny władzy państwowej jest dla Kościoła stosunek tej władzy do praw człowieka i utrzymania pokoju. Stwierdzenie jest najpierw ważne przez to, co pomija. Kluczem oceny nie jest „katolickość” państwa ani jego „chrześcijaństwo”. Jeśli Kościół broni praw katolików w jakimś państwie, to nie na tej zasadzie, że są katolikami, ale na tej, że są lub powinni być równoprawnymi obywatelami. Kościół nie domaga się specjalnych przywilejów dla swych dzieci. Oznacza to ostateczne zerwanie z pokusami „upaństawiania Sacrum”. Czy w tej sytuacji mają jeszcze sens rozmaite partie polityczne mieniące się „chrześcijańskimi” lub wręcz „katolickimi”? Czy samo słowo „partia” nie kłóci się ze słowem „chrześcijańska” lub „katolicka”? To jednak wcale nie znaczy, by katolicy mogli się czuć zwolnieni od obowiązku zaangażowania w życie polityczne. Jest wręcz przeciwnie. Dopiero teraz otwierają się możliwości pracy dla dobra wspólnego w polityce. Działając czy to poza partiami, czy w rozmaitych partiach – chłopskich, robotniczych, liberalnych – mogą w sposobie swej działalności pokazać, co znaczy słówko „dla” – dla dobra wspólnego – w myśleniu politycznym i politycznym działaniu.

Życie wewnętrzne

Ostatnia sprawa, jakiej chcę dotknąć, dotyczy tego, co zazwyczaj nazywa się „życiem wewnętrznym” człowieka. Dokąd idziemy? Idziemy w głąb samych siebie. Co spotykamy po drodze? Spotykamy różne przeszkody, a jedną z nich jest „schorowana wyobraźnia” (Norwid) i religijność z nią zmieszana. Inną przeszkodą jest radykalnie „obiektywistyczna” interpretacja wiary jako aktu „poddania” zewnętrznemu autorytetowi.

Religijność „schorowanej wyobraźni” towarzyszy ludziom skazanym na przeżywanie kolejnych klęsk. Człowiek pyta: kto jest winien? Odpowiedź brzmi: inni. Będzie to przemoc tyranii, podstępy wrogów, przypadkowe nieszczęścia. Nigdy natomiast nie jest winny ten, kto poniósł klęskę, ponieważ był on tylko „znakiem sprzeciwu” dla innych. Norwid, pisząc o „schorowanej wyobraźni”, miał na myśli pokolenie Wiosny Ludów: „Całe to pokolenie jest na hekatombę dla przyszłości. Zniszczy się, jak narzędzie potrzeby jakiejś, co nie była. Szczęśliwi jeszcze, którym dane jest nie rozumieć swego położenia. Zarozumiałość ich pocieszy, hardość się uda za odwagę, za filozofię stanie cynizm a wyobraźnia schorowana religii postać weźmie na się”. Wiara religijna człowieka przeżywającego klęskę staje się przedziwną mieszaniną hardości i tchórzostwa, uniżenia i cynizmu, zawiści i resentymentów w stosunku do wszystkich, którzy okazali się lepsi.

I druga przeszkoda na drodze do wnętrza: ucieczka od siebie w celu poddania zewnętrznemu autorytetowi. Ucieczkę tę można częściowo zrozumieć. Obraz ludzkiej subiektywności dostarczany przez nowożytną wiedzę i filozofię, jest wielce dwuznaczny. Malują go w końcu tacy ludzie jak markiz de Sade, Nietzsche, Freud... Ale mamy również inne przykłady: mamy protestanckie otwarcie na osobistą łaskę objawienia; mamy u Kartezjusza połączenie pewności z przekonaniem o istnieniu prawdomównego Boga; mamy dobrą wolę Kanta; mamy świadomość Hegla, która żyje dzięki uczestnictwu w idei prawdy, mamy wreszcze Emmanuela Lčvinasa, który przypomina nam dawne odkrycie mistyków: im bliżej będziemy siebie, tym bliżej będziemy Boga, który mieszka w nas. Są to niewątpliwe odkrycia. Czyż nie potwierdzają one wiary Pascala: człowiek – miejsce nagromadzonych sprzeczności – nie może być zrozumiany bez Chrystusa? Czy w tej sytuacji myśl chrześcijańska może załatwić całą historię odkryć ludzkiej subiektywności prostym aktem osądu: „błąd filozofii refleksji”?

Po doświadczeniach z totalitaryzmem spoczywa na nas jeszcze jeden obowiązek: wyjaśnić zasadę „zło dobrem zwyciężaj”. Nie da się tego wyjaśnić bez odpowiedzi na pytanie: dla kogo jest człowiek. A na pytanie to nie można odpowiedzieć, nie drążąc tajemnicy podmiotu.

Proroctwo jutra

Kiedyś stary Wawrytko, słynny przewodnik tatrzański, opowiadał, że w Zakopanem był tak „wieli wiater”, że aż „muchami o Giewont prało”. „Tygodnik Powszechny” przeżył w swej przeszłości niejeden podobny wiatr. Prało „Tygodnikiem” jak tymi muchami, oj, prało! Ale „Tygodnik” przeżył. Dlaczego? Bo muchy miały wiarę. No tak. Nic więcej, nic mniej. Co będzie w przyszłości? Z całą pewnością te dwie rzeczy: będzie wiatr i będzie Giewont. Reszty można się domyśleć.

Ks. Józef Tischner

 

 

„TP” nr 13 z 26 marca 1995 r.

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl