|
KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)
Przyjaźń, która trwa
Stanisław Grygiel
Z ks. Józefem Tischnerem przyjaźniłem się, od kiedy
zaczął publikować artykuły w „Znaku”, bodajże w 1966 roku. Jeden z tych
artykułów, o religijności współczesnej wsi, napisaliśmy wspólnie. Było nam
dobrze ze sobą. Podobnie marzyliśmy o urzeczywistnianiu się w nas i wokół nas
tych samych wartości, ci sami poeci i myśliciele pomagali nam kontynuować
rozmowy, kiedy te zaczynały zbliżać się do rzeczy, o których względnie
najlepiej opowiadają muzyka i
śpiew.
Pewne różnice w sposobie myślenia nie osłabiały naszej
przyjaźni. Owszem, one jeszcze bardziej łączyły nas ze sobą. Polemiki były nam
obce. Zdarzało się, że kiedy rozmowa stawała się kanciasta, zaokrąglaliśmy ją
góralską przyśpiewką lub dowcipem. Czasem z ich pomocą mówiliśmy sobie, co
myślimy o naszych wywodach.
W 1968 roku wpadliśmy na pomysł, żeby pisać „Listy
gazdów”. Józiu jako Wawrzek, ja jako Jędrek zawarliśmy przyjaźń podczas
Pierwszej Wojny Światowej w okopach na froncie włoskim, gdzie dzielnie walczyliśmy
w obronie monarchii austro-węgierskiej, a głównie w obronie „cysorza”. We
wspomnienia o dawnych, dobrych czasach wplataliśmy krytykę tego, co nas
mierziło w ówczesnej rzeczywistości, politycznie, ekonomicznie i pod wieloma
innymi względami postawionej na głowie. Kpiliśmy z niej w dialekcie mniej lub
więcej góralskim, tak żeby czytelnik mógł się połapać, o co nam chodziło. Pani
Hanna Malewska, z którą dzieliliśmy się tymi góralskimi pomysłami podczas
obiadów w „Grandzie” na Sławkowskiej, bawiła się z nami śmiejąc się czasem do
łez. Widziała w tych listach coś więcej niż tylko żart.
Józiowi sprawiały radość myśli ładne i dowcipne. Nie
zazdrościł ich nikomu, nawet wrogowi. Kiedy ich słuchał, oczy błyszczały mu
życzliwością. Był wówczas jak dziecko, które na widok kolorowych przedmiotów
zapomina o wszystkim, nawet o swoich bólach. Cieszyła go owocna, bo wykonywana
w miłości, praca innych. Zachęcał do niej uczniów i przyjaciół, niezależnie od
wykonywanych przez nich zawodów. Nie miał wątpliwości, że w pracy myśliciela,
rolnika czy stolarza chodzi o tę samą prawdę człowieka. Z tego przekonania
rodziła się jego przyjazna postawa wobec ludzi, kształtowana darem nadziei,
któremu starał się sprostać do końca swoich dni. Stałość, z jaką Józiu wierzył
w spotkanych przez siebie ludzi, niezależnie od raniących go rozczarowań,
świadczy o tym, jak bardzo wierzył on w Boga i jak bardzo pokładał w Nim
otrzymaną od Niego nadzieję.
O swoim współżyciu z Bogiem ks. Tischner mówił rzadko.
Kiedy musiał to robić, starał się tak zobiektywizować swoje doświadczenia, żeby
nie można było wyczuć tętniących w nim wzruszeń, niepokojów oraz wielkiego
zatroskania o obecność Boga w jego życiu. Tischner ukrywał siebie. Krępowało go
mówienie o tym, co tworzyło jego życie wewnętrzne. Zdarzało się i to nieraz, że
w takich chwilach kończyliśmy rozmowę tekstami wielkiej poezji, które
recytowaliśmy sobie nawzajem. Dopiero w ostatnich latach, w cierpieniu i w
bólu, wyszło na jaw, jak dalece piękno jego dziecięcej szczerości i prawości,
piękno niemal naiwnego ufania innym, tyle razy nadużytego przez wchodzących po
nim jak po drabinie do „wyższych” pomieszczeń, które jemu samemu były obce,
było owocem jego zakorzeniania się w niebo.
Jego postawa wobec Kościoła była w najgłębszym tego
słowa znaczeniu ortodoksyjna. Jeśli niekiedy bulwersował, to tylko wyznawców
ortodoksyjnego werbalizmu. Dziecięce (nie dziecinne!) zachwycanie się
odsłaniającą mu się rzeczywistością sprawiało, że może nie zawsze umiał wybrać
odpowiednią chwilę dla powiedzenia tego, co widział. Trudno mi o tym mówić, bo
od 1980 roku znajduję się poza Polską. Odtąd spotykaliśmy się rzadko; w Polsce
podczas wakacji, a czasem w Rzymie, gdzie Józek rzadko się pojawiał. Zawsze
jednak odnosiłem wrażenie, że chodziło mu nie o lewicę czy o prawicę, lecz, jakby
powiedział Norwid, o człowieka znajdującego się między nimi. Dlatego krzywdę
wyrządzają Tischnerowi ci, którzy jednoznacznie wciągają go do swoich
rejestrów. Nie dostrzegają oni, że był on naprawdę księdzem i przede wszystkim
księdzem. Do jego domu mogli wchodzić i wchodzili wszyscy, bo ksiądz Tischner
wszystkim służył. Wielu dopiero wtedy odkrywało, w jak wielkim ubóstwie żył ten
człowiek. Był zawsze do dyspozycji innych, nie tylko intelektualistów.
Sumiennie przygotowywał się do kazań, ale chyba najwięcej
czasu kosztowało go przygotowywanie krótkich homilii dla przedszkolaków,
głoszonych podczas Mszy świętych odprawianych w kościele św. Marka w Krakowie.
Chodziłem na nie z moimi dziećmi. Dzisiaj widzę, ile dobrego w nich zasiał.
Mistrzem duszpasterzowania był dla niego biskup
Pietraszko. Powtarzał to z głęboką pokorą. W chwilach trudnych słowo biskupa
Jana miało dla Tischnera decydujący wpływ na jego osobiste wybory. Tischner
często powtarzał, że od biskupa Jana uczył się ewangelicznego myślenia. Znam jeszcze
jednego księdza, który w mojej obecności powiedział biskupowi Pietraszce (może
na dwa lata przed jego śmiercią), że uczył się od niego teologii. Jest nim Jan
Paweł II.
Na początku lat siedemdziesiątych przebywaliśmy razem
trzy miesiące na uniwersytecie w Louvain. Była zima. Któregoś dnia Józiu staje
na ulicy i głosem trochę poirytowanym, a trochę rozbawionym, mówi do mnie:
„Stasiu, musimy sobie kupić nowe odzienie, bo to przez te ortalionowe,
granatowe, zimowe kurtki, cholera, wszyscy patrzą na nas jak na jakichś
»dziwoków«”. Na naszą przyjaźń składały się również i takie śmieszne chwile,
które chciałbym ocalić od zapomnienia.
Zwykło się mówić po śmierci co wybitniejszych osób, że
będzie ich brakowało. Myślę, że dla tych, którzy wierzą w obcowanie świętych,
rzecz przedstawia się zupełnie inaczej. Dla mnie przyjaźń z Józkiem trwa pomimo
jego śmierci.
Autor jest filozofem, profesorem Uniwersytetu
Laterańskiego w Rzymie.
|