KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Myślenie z bólu innych

Tadeusz Gadacz

 
 

Drogi Księże Profesorze!

Trudno zebrać myśli po Twoim odejściu. Jeszcze nie pora i czas zastanawiać się nad tym, o co nas pytają: czy byłeś bardziej błyskotliwym eseistą czy filozofem? Filozofem czy teologiem? Czy bardziej wierzyłeś w Boga czy w człowieka? Czy słusznie rozprawiłeś się z chrześcijaństwem tomistycznym? Czy nie za bardzo wierzyłeś w wolność? Czy nie usiłowałeś godzić wody z ogniem, czyli Kościoła z demokracją? Jak łączyłeś ideały europejskie z wiernością kulturze góralskiej? Czy wniosłeś coś istotnie nowego do XX-

-wiecznej filozofii? Czym różniła się Twoja filozofia dramatu od filozofii dialogu? Mam nadzieję, że w niebie wszystko jest o wiele prostsze, a na ziemi spróbujemy z czasem i nad tym się zastanowić. Nie o tym jednak zamierzam Ci napisać, bo wszystkie te problemy były Ci nie obce.

Kiedy w 1997 r. zostałeś kolejny raz wybrany dziekanem Wydziału Filozofii, już ze szpitala  pisałeś do swoich studentów list o studiowaniu filozofii. Uczyłeś do końca, jak stary Sokrates. Przypomniały się nam echa tych samych słów, które przed laty słyszeliśmy na Twoich seminariach: że myślenie zaczyna się od studiowania myśli innych. Uczyłeś nas rozmowy z Platonem, św. Augustynem, przede wszystkim zaś ze współczesnymi myślicielami, o których wtedy jeszcze mało kto w Polsce słyszał. Mówiłeś nam, że poznać cudze myśli można tylko wtedy, gdy potrafimy się uwolnić od własnych przesądów i domniemań. A to znaczy, gdy umiemy wsłuchać się w to, co naprawdę mają nam inni do powiedzenia. Wskazywałeś nam, jak to czynić. Tak ucząc, jednocześnie wsłuchiwałeś się w nas samych, stawiałeś nam zadania, które zdawały się nas przerastać i ze zdumieniem odkrywaliśmy, że jesteśmy do nich zdolni. W ten sposób powstawało w nas przekonanie, że wzrost ku prawdzie rodzi się z dobroci.

Jednocześnie uczyłeś nas, że prawdziwe myślenie rodzi się z bólu na twarzy drugiego człowieka. Nie ze zdziwienia, wątpienia czy sytuacji granicznych, ale właśnie z bólu innych. Mówiłeś w taki sposób, że wiedzieliśmy, iż chodzi o sprawy ważne, fundamentalne. Padały na seminariach i wykładach takie słowa, jak praca, ojczyzna, wolność, solidarność, nadzieja, prawda, zbawienie, myślenie. Nauczyłeś nas szacunku dla człowieka, jego godności, wartości i niepowtarzalności. Byliśmy świadkami, jak sam rozpoznawałeś i nazywałeś te kolejne ludzkie bóle: chorą pracę,  a potem chorą wolność, bezdroża polskiej demokracji.

Troszczyłeś się o nas, swoich uczniów. Martwiłeś się, że ten czy ów nie napisał jeszcze doktoratu, nie skończył habilitacji. Ale w jakim stopniu dźwigałeś z nami nasze sprawy osobiste, pozostanie tajemnicą Twoją i naszą. Może zbyt mało okazywaliśmy Ci wdzięczności. Pocieszamy się jednak, opierając się na tym, czego uczył bliski Ci Levinas, że prawdziwa wdzięczność nie powinna kierować dobra tam, skąd ono wyszło. Bo ten, kto prawdziwie daje nie oczekuje na wdzięczność.

Przypomina mi się jedna z wesołych historii, którą nam kiedyś opowiadałeś – bo jak tu nie wspomnieć o Twojej własnej teorii falsyfikacji, według której ta filozoficzna idea jest prawdziwa, która przekłada się na pojęcia kultury góralskiej. A opowiadałeś ze swadą, jak w czasie powodzi na Podhalu pewien turysta zauważył, że czyjś kapelusz płynie to w jedną, to w przeciwną stronę. Zainteresowany tym „nadprzyrodzonym” zjawiskiem dowiedział się, że to Wawrzek, czy jak mu tam było, niczym się nie przejmując postanowił dalej orać swoje pole.

Księże profesorze! Różnie w życiu bywa, sam mówiłeś, ale orać trzeba. Chcę Cię zapewnić, że bierzemy w dłonie Twój pług. Myśl nie umiera.

 

 

Autor jest filozofem, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, był studentem i asystentem ks. prof. Tischnera na PAT.

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl