KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Dar Boga dla Kościoła i Europy

Erhard Busek

 
 

Józefa Tischnera poznałem prawie ćwierć wieku temu w Wiedniu, za pośrednictwem Ojca Świętego. Brzmi to może dziwnie, ale tak właśnie było. Byłem wówczas wiceburmistrzem Wiednia. Pewnego dnia w moim sekretariacie pojawił się Polak o pogodnym spojrzeniu, wcisnął mi do ręki list od Jana Pawła II i oznajmił, że otrzymał zadanie założenia w Wiedniu instytutu, który zajmowałby się szeroko pojętym dialogiem ponad ówczesnymi „zimnowojennymi” granicami w sferze nauk humanistycznych. Gość ubrany był w sportową koszulkę z krótkimi rękawami, uśmiechał się przyjaźnie, a jego styl bycia działał od pierwszej chwili ujmująco. Opowiadał mi o grupie dyskusyjnej, która dotąd spotykała się w Dubrowniku, a teraz nadszedł czas, żeby stworzyć w Wiedniu miejsce, z którego można by prowadzić dialog ponad „żelazną kurtyną”. Podczas tego pierwszego spotkania nie zadawałem właściwie wielu pytań. Z budżetu miejskiego Wiednia natychmiast przekazaliśmy na ten projekt milion szylingów – ufając po prostu gościowi, który nazywał się Józef Tischner.

Tamto pierwsze spotkanie stało się początkiem przyjaźni, która dla mnie znaczyła bardzo wiele i z której wiele czerpałem. Dzięki niemu poznałem lepiej nie tylko Kraków, Polskę i jego, Tischnera, Kościół katolicki w Polsce, lecz również doświadczyłem subtelnego sposobu obchodzenia się nie tylko z ludźmi, lecz także z ideologiami. Tischner ukazywał swą osobą szczególną lekkość myślenia, a przy tym humor; wydawało się pozornie, że nie przejmuje się specjalnie atakami ze strony rządzących wówczas Polską komunistów, ani też krytyką, której doświadczał we własnym Kościele, ani wreszcie choćby naiwnymi pytaniami wielu niewiele wiedzących.

Dzięki niemu mogłem być świadkiem powstawania duchowej strategii „Solidarności”, której celem było „przywrócenie człowiekowi na powrót jego godności”. Tischner mówił i pisał o wartości pracy. Przekład jego „Etyki solidarności” był książką bardzo wówczas poszukiwaną w austriackich księgarniach. On dał mi możliwość, bym wspólnie z jego przyjaciółmi – Władysławem Bartoszewskim, Tadeuszem Mazowieckim, Krzysztofem Michalskim i wieloma innymi, których nie ma już wśród nas – mógł w Austrii i innych krajach Zachodu dawać świadectwo o tym wielkim duchowym ruchu, który  dokonał tak wielkiej zmiany w tej części Europy, czego pierwszą manifestacją był sierpień 1989 i powstanie w Polsce pierwszego niekomunistycznego rządu w krajach „bloku”. Droga do tego była, jak wiadomo, długa i trudna. Tischner wiele razy wstawiał się u mnie za wieloma swymi rodakami, którzy w taki czy inny sposób ucierpieli w latach 80. podczas stanu wojennego. Pomocy czy możliwości stałego pobytu szukał dla nich również w innych krajach Zachodu.

 

Pamiętam moje wizyty w jego ukochanej „małej ojczyźnie”, u jego górali, których język dla nas tłumaczył i których myślenie nam przybliżał. Bez wątpienia sam był góralem, człowiekiem gór, obdarzonym tym szczególnym sprytem życiowym, który umożliwia przezwyciężanie wyzwań, jakie w różnych sytuacjach niesie i natura, i samo życie. Pięknie było tam u niego, w Łopusznej; każda wizyta była świętem, a każde spotkanie coś mi dawało. W ogóle był on mistrzem w aranżowaniu spotkań. Dzięki niemu poznałem wielu polskich intelektualistów i artystów; ludzi, których cechowała gotowość do rezygnacji z arogancji własnego myślenia – i do służby sprawom ducha.

Szczególnym rozdziałem były rozmowy w Castel Gandolfo, które odbywały się co dwa lata w sierpniu, w letniej rezydencji Jana Pawła II i pod jego patronatem, a których spiritus rector była osoba Tischnera. Był to wielki sukces Papieża, te trzydniowe spotkania, podczas których ludzie najrozmaitszych szkół myślenia rozmawiali otwarcie; jeszcze większym sukcesem Józefa Tischnera było to, że w tym tak różnorodnym gronie potrafił on zaprowadzić porządek – z korzyścią nie tylko dla jakości dyskusji, lecz także dla całego Kościoła powszechnego.

Częścią tego rozdziału jest również wiedeński Instytut Nauk o Człowieku, którego prezesem pozostawał do śmierci, nawet jeżeli jego napięty kalendarz nie pozwalał mu czuwać nad każdym szczegółem działalności Instytutu. Wolno powiedzieć, że Instytut dał wiele nie tylko reformującym się krajom Europy Środkowej i Wschodniej, lecz również Zachodowi, także Austrii i Wiedniowi. Tischner prezesował Instytutowi ze spokojem i pogodą ducha, często z dowcipem, który najczęściej miał nie tylko bawić, lecz pełnił również funkcję objaśniającą, funkcję jakby przypowieści. W ten sposób Tischner sprowadził na powrót do Wiednia myśl wielkiego filozofa Edmunda Husserla oraz fenomenologię; dzięki Instytutowi ukazał się zbiór pism Jana Patočki. Instytut stał się także forum, na którym intelektualiści ze Wschodu i Zachodu mogli się poznawać, zwłaszcza po roku 1989. Wreszcie, Instytut Nauk o Człowieku stał się jednym z najgorętszych orędowników i promotorów idei społeczeństwa obywatelskiego – był to świecki wkład Instytutu i samego Tischnera.

W końcowej fazie komunizmu polscy wierni może nie nosili swych duchownych na rękach, ale na pewno o nich dbali. Z moich obserwacji wynikało, że nawet w najgorszych czasach zaopatrzenie parafii było zapewnione, szczególnie na wsi. Polska duma nakazywała także przyjmować przybyszów ze szczególną gościnnością. Nigdy nie zapomnę wspaniałego przyjęcia gdzieś koło Zakopanego, urządzonego na cześć naszej grupy z Austrii, podczas którego stoły się uginały – ale polscy gospodarze nie jedli razem z nami. Z jakichś szczególnych powodów, których już nie pamiętam, pościli – o czym dowiedzieliśmy się naturalnie później, bo my jako goście jeść musieliśmy. Pamiętam natomiast, że Tischner pozostawał zawsze skromny, i że starannie unikał jakichś feudalnych skłonności. Ubrany w znoszoną wiatrówkę, był filozofem – i zarazem kapłanem zwykłych ludzi, znającym ich problemy i słabości.

Tischner znał również problemy polskiego Kościoła i próbował delikatnie przekazywać swoją wiedzę w tej materii Papieżowi. Przyjaciół mu to w Kościele polskim nie przysporzyło – za to przekonało do Kościoła wielu ludzi, dla których „Kościół” pozostałby inaczej słowem pustym. Ale nie tylko ze strony polskiego Kościoła nie dane mu było doświadczyć honorów i godności. Za rządów Jana Pawła II stał się kimś w rodzaju prałata; jego nazwisko wymieniano jako następcę kardynała Stefana Wyszyńskiego; chyba z tuzin razy pojawiały się pogłoski, że jest kandydatem na tę czy inną stolicę biskupią – ale w istocie osoba jego była w polskim Kościele gwałtownie krytykowana. Siły polityczne, które katolicyzm rozumieją przede wszystkim w kategoriach narodowych, uważały go za lewicowca i do tego za kogoś „zbyt mało polskiego”; niektórzy widzieli w nim tego, który swą działalnością przyczynia się do sekularyzacji i uzachodnienia; inni jeszcze twierdzili, że jego teologia nie jest nic warta. Tischner podchodził do tych zarzutów z uśmiechem – ale myślę, że tak naprawdę one go bolały. Kiedy go o to pytano, zwykł odpowiadać jednym ze swych góralskich dowcipów, które w pierwszej chwili sugerują, że górale to ludzie raczej nierozgarnięci, lecz w rzeczywistości wyrażają kawałek głębokiej prawdy o życiu.

Józef Tischner po prostu przyczynił się do tego, że Kościół – świadomie lub nie – wypełnił część swego posłannictwa; a nawet jeżeli nie znalazł jeszcze swego miejsca we współczesnej wolnej Polsce, to rola tegoż Kościoła i samego Jana Pawła II w wywalczeniu wolności była przecież bezsporna.

Józef Tischner pojmował kairos i topos – właściwy moment i właściwe miejsce. To bardzo dużo. Bo któż z nas może to samo powiedzieć o sobie?

 

Przełożył WP

 

 

Autor był wiceburmistrzem Wiednia, przewodniczącym chadeckiej Austriackiej Partii Ludowej ÖVP, wicekanclerzem Austrii i ministrem nauki. Obecnie jest prezesem Instytutu Europy Środkowej i Obszaru Naddunajskiego w Wiedniu.

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl