KS. JÓZEF TISCHNER (1931 – 2000)

Mówił do ludzi z kryjówek

Halina Bortnowska

 
 

Nad wspomnieniem góruje poczucie utraty. Bo dalej są potrzebne jego odpowiedzi na nowe pytania, kontakt z jego namysłem, solidnym, masywnym, trochę przytłaczającym, jak góra, w której fałdach umieścił swoją bacówkę. Kto tak będzie teraz z nami myślał, taki horyzont wskazywał, śmiechem i żartem broniąc się przed patosem? Nie ma z nami Bacy. A to on sam najlepiej przekonałby nas, że przecież jest. Nie chciał przemówień, więc nie wiem, czy po jego myśli wspominanie? Może jednak?

Więc najpierw chcę przeprosić za to, że – podobno – przed laty, przy „Znakowym” biurku „okrutnie cięłam Jego teksty”. Nie pamiętam tego, pamiętam swój dla tych tekstów podziw i uznanie oraz płynące z tego pragnienie, by były bardziej dostępne także dla nie-filozofów. W tę stronę poszedł rozwój jego pisarstwa – w ślad za duszpasterskim dialogiem uprawianym także od ołtarza. Mówił do ludzi z kryjówek – najwspanialej wtedy, gdy na chwilę z nich się wydobyli.

Pomagał w tym wydobywaniu się – tak go widzę przy ołtarzu w Hali Oliwii; ten ołtarz za chwilę miał znowu być stołem prezydialnym pierwszego zjazdu NSZZ „S”. Msza Św., jako taka, nigdy nie jest pustą ceremonią, choć – świętokradzko – ludzie ją w taki obrzęd obracają. Ale tamte spotkania, poprzedzające rozpoczęcie obrad, naprawdę były czasem opamiętania, namysłu, przeżywania doniosłości tego, co w tym miejscu razem robimy. Tam się rodziła, tam była przekazywana oparta o świeżo opublikowaną encyklikę „Laborem Exercens” – etyka solidarności.

Namysł autora książeczki pod tym tytułem i jego świadectwo uważam za bezcenny wkład Regionu Małopolska w ten wielki, historyczny zjazd; nasz wkład, bo to my przywieźliśmy Tischnera, naszym namowom uległ, zawsze trochę trudny do wciągnięcia, ale gdy raz się zgodził – co za lokomotywa... Na tym zjeździe wyrósł na „naszego Skargę”, a teksty kazań miały wejść do dokumentacji zjazdu. Za słowami była siła człowieka skrojonego na świadka wielkich spraw i zdarzeń, jego osobisty charyzmat sprzężony z posłannictwem Jana Pawła II. I jeszcze coś więcej: bo to prawda, co pisze Adam Michnik – ksiądz Tischner był darem. Nie dla małodusznych. Choć i tych rozumiał.

Przeprosiłam księdza autora za przykre cięcia redakcyjne z lat naszej młodości. Muszę jeszcze powtórzyć podziękowanie. Bo jeszcze jedno kazanie pamiętam w sposób szczególny. To na naszym ślubie w roku 1983, w nowohuckim Kościele-Arce pełnej „Tygodnika” i konspiry. Zastrzegłam sobie, że nie chcę – tym razem – żartów. Więc były słowa o tym, co w życiu wyrasta z łez. O szczęściu... Jestem pewna, że się spełniają teraz dla tego, kto je wtedy wypowiedział.

 

 

Autorka, wieloletni redaktor miesięcznika „Znak”, jest działaczem Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka.

 

 

 

 

 


FOT. ELŻBIETA LEMPP

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl