Jerzy Giedroyc (1906 – 2000)

Temu narodowi
trzeba iść pod włos

Był pierwszy dzień Kongresu Kultury Chrześcijańskiej w Lublinie. W wypełnionej do ostatniego miejsca auli Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego dobiegała końca debata po odczycie profesora Leszka Kołakowskiego. To była autentyczna debata, temperatura Kongresu się podniosła. Za chwilę miała nastąpić przerwa, kiedy po raz drugi w czasie tej sesji do mikrofonu podszedł gospodarz, arcybiskup Józef Życiński. Tym razem nie po to, by zabrać głos w dyskusji. Arcybiskup powiedział o śmierci Jerzego Giedroycia. W kilku słowach ukazał osobę zmarłego. Wszyscy powstali. Chwila ciszy, modlitwa: Ojcze nasz, Wieczny odpoczynek... Zaraz potem, podczas krótkiej przerwy w obradach, w rektorskim apartamencie usiedliśmy razem: Leszek Kołakowski, Tadeusz Mazowiecki, Alik Smolar i my z „Tygodnika”. Nie było czasu na dłuższą rozmowę i warunki nie były po temu. Apartament szumiał gwarem rozmów kongresowych gości, a myśmy wspominali Księcia.

Ks. ABo


„TYGODNIK POWSZECHNY”: – Jerzy Giedroyc odegrał ważną rolę w życiu każdego z Panów...

LESZEK KOŁAKOWSKI: – Mam wobec Jerzego Giedroycia nadzwyczajny szacunek, w czym nie jestem odosobniony i co oczywiście brzmi banalnie. „Kultura” i Instytut Literacki miały wielkie znaczenie dla kultury polskiej. Giedroyc umiał zawsze – nawet jeśli to budziło ostre reakcje – sprzeciwiać się popularnym opiniom i stereotypom, np. potrafił powiedzieć: „Drodzy rodacy, nie wrócimy już do Wilna i Lwowa, trzeba z tego zrezygnować”, co dla wielu było szokujące. Lecz takie stanowisko pomogło nam ułożyć stosunki ze wschodnimi sąsiadami. Giedroyc walczył też ze stereotypami typowymi dla polskiego życia emigracyjnego, bo wiedział – wbrew temu, co głosiła większość emigracji – że Polacy nie dzielą się na garść sprzedawczyków i tych, co z szablą rwą się do boju. Wiedział, jaka naprawdę jest Polska i, kiedy trzeba było, nie szczędził jej gorzkich słów. Umiał też krytykować „Solidarność”, choć zdawał sobie sprawę z jej znaczenia. Był odważnym, dzielnym i mądrym człowiekiem, którego wkładu do naszej kultury wprost przecenić nie sposób.

Poznałem go jesienią 1956 roku, kiedy byłem pierwszy raz w Paryżu. Udałem się do niego z moim nie żyjącym już przyjacielem Pawłem Beylinem. Były to czasy, kiedy nie należało się chwalić takimi wizytami. Od tego czasu utrzymywałem z nim kontakty przy różnych okazjach, pisywałem czasami do „Kultury”, co sobie bardzo cenię. Śmierć kogoś, kto ma lat 94, nie powinna być czymś sensacyjnym, jednak odejście Giedroycia przyjmujemy wszyscy ze smutkiem.

– W czym przejawiał się Jego zaskakująco krytyczny stosunek do „Solidarności”?

TADEUSZ MAZOWIECKI: – To był krytyczny stosunek i do „Solidarności”, i do Kościoła. Nigdy z nim o tym nie rozmawiałem, nie wiem zatem, co Giedroyc myślał o pontyfikacie Jana Pawła II. Jego krytycyzm wynikał być może z wrodzonej przekory intelektualnej. To była bardzo ciekawa osobowość, której „Kultura” zawdzięcza to, że była pismem wielostronnym i otwartym, przede wszystkim na inteligentną myśl polityczną, a równocześnie jej Redaktor, utożsamiający się całkowicie z pismem, głosił poglądy całkowicie arbitralne. W stosunku do „Solidarności” z początków 1989 roku był krytyczny i gorzki. Sądził np. że w obozie solidarnościowym nie istnieją wielcy politycy – to musiało wielu spośród nas boleć. Ale sądzę, choć nie wiem, czy Jerzemu Giedroyciowi na tamtym świecie to się spodoba, że ma prawo do wielkiej satysfakcji z tego, co się w Polsce stało i co jest dobre.

Kiedy go spotykałem przed laty, jeszcze jako redaktor „Więzi”, chciał wiedzieć jak najwięcej o Polsce. Radził mi nawet, jak mam redagować pismo. Kiedy już byłem premierem, wskazywał, co powinniśmy robić, a czego nie robimy.

ALEKSANDER SMOLAR: – Poznałem Go dopiero na emigracji w Paryżu. Jeśli mam być szczery, a powinienem ze względu na Jego pamięć, byłem wówczas wewnętrznie pokiereszowany. Był 1971 r., ja zaś byłem spóźnionym emigrantem z marca 1968. Wielu moich przyjaciół, ja też, nie wiedzieliśmy, co mamy robić na emigracji: czy kontynuować to, co robiliśmy w ramach rodzącej się opozycji? W każdym razie czuliśmy samotność. Stąd też wynikał wewnętrzny brak poczucia, że nasze zaangażowanie w sprawy polskie jest prawomocne. Wówczas spotkałem Giedroycia, który wysłuchał moich problemów i wzruszył ramionami, powiadając, że to głupstwa. Wkrótce potem z przyjaciółmi założyliśmy kwartalnik „Aneks”, a Giedroyc pomógł sfinansować pierwsze numery. I mimo że podkreślaliśmy naszą odrębną tożsamość, darzył nas pełnym szacunkiem i uznaniem. Był otwarty, na co zwrócił uwagę Leszek Kołakowski, na różne środowiska i wszelką myśl niezależną, która służyła Polsce. Za wybitnego człowieka uważał nonkorfomistę Józefa Piłsudskiego. Za nim powtarzał: „temu narodowi trzeba iść pod włos”. Jeśli ktoś ma rację i silne przekonania, to potrafi Polaków do siebie przekonać.

Odegrał wielką rolę w polityce polskiej, w ukształtowaniu kultury politycznej. Przede wszystkim w naszych relacjach ze Wschodem. Mówił, że Polska jest krajem nie kwestionującym granic – dlatego łatwo było nam nawiązać dobre stosunki ze wschodnimi sąsiadami. Podczas konferencji z okazji rocznicy „Kultury” powiedziałem, że odegrało to zasadniczą rolę w tworzeniu demokracji na Wschodzie: gdyby oni nie mieli poczucia bezpieczeństwa, świadomości, że Polska im nie zagraża, nie jestem pewien, czy dążyliby do niepodległości, do uwolnienia się od Moskwy.

Trzeba również powiedzieć o wpływie Giedroycia na elity polskie, choć niektórzy się dziś do tego nie chcą przyznać, lub nawet o tym nie wiedzą. Moim zdaniem, było to największe polityczne osiągnięcie Giedroycia i jego środowiska. Paradoks, gdyż był to człowiek, który odegrał wielką rolę polityczną, choć nie posiadał żadnych talentów politycznych. Poza tym był bardzo nieśmiały – potrafił rozmawiać tylko z jedną osobą i wówczas był fantastyczny, a nie potrafił mówić do większego grona. Być może to odpowiedź na pytanie, dlaczego nigdy nie przyjechał do Polski. Zresztą w wywiadzie, który przeprowadziłem z nim dla „Aneksu” –pozwolił go opublikować dopiero po 10 latach, chyba dlatego, iż rozmowa była bardzo osobista – mówił, że już przed wojną jego sposób politycznego działania opierał się na wpływaniu, inspirowaniu, na klubowych rozmowach, a także na integrowaniu ludzi. Emigracja jest światem samotności, a on potrafił stworzyć globalne społeczeństwo polskie. Pokazywać, jak można być pożytecznym dla Polski na obczyźnie.

Lubił konkret, często powtarzał: zróbcie to a to, np. dlaczego nie założyliście centrum kulturalnego w Kijowie? Miał sto tysięcy pomysłów na godzinę. Był pragmatykim i człowiekiem twardych zasad. Jedną z nich była niepodległość Polski. Wyrzucał z „Kultury” ludzi, którzy zgrzeszyli przeciwko tej zasadzie. Tolerował ludzi, którzy mieli inne wizje i wyobrażenia co do drogi ku wolnej Polsce. Kiedy jednak widział zagrożenie dla wartości fundamentalnych, potrafił być bezlitosny.

– Zasługą Giedroycia jest to, że mogły ukazać się Pana „Główne nurty marksizmu”..

LESZEK KOŁAKOWSKI: – Z pewnością, ale przede wszystkim wypada wspomnieć, iż wydawał Miłosza, który był wyklinany przez emigrację, oraz Gombrowicza. Oczywiście, zaproponowałem mu wydanie „Głównych nurtów...”, a Giedroyc chętnie przystał na wydanie trzech ciężkich tomów.

ALEKSANDER SMOLAR: – Trzeba dodać, że często wydawał rzeczy, które go nie interesowały – nie mam oczywiście na myśli dzieła Leszka – ale Giedroyc miał nosa, wiedział, co jest ważne.

– Czy można porównać Giedroycia z kimś znanym z naszej historii?

ALEKSANDER SMOLAR: – Nie, ale niektórzy, i słusznie, porównują go z XIX--wiecznym emigrantem rosyjskim, założycielem pisma „Kołokoł”, Aleksandrem Hercenem, bo rzeczywiście Hercen stanowił wzór dla redaktora „Kultury”. Pytałem go kiedyś, co w Rosji go fascynowało? Wielkość, przestrzeń... Lubił powtarzać anegdotę, że powróciwszy do Polski po pierwszej wojnie światowej, choć czuł się patriotą, zafascynowanym polską historią, to kiedy pierwszy raz poszedł do szkoły i nauczyciel zadał mu pytanie, ujrzał, jak ten nauczyciel pąsowieje. Najpierw nie wiedział, dlaczego, a po chwili uświadomił sobie, że odpowiedział mu po rosyjsku. Takie były wówczas dramatyczne polskie biografie.

– Czy nie żal, że wraz ze śmiercią Jerzego Giedroycia przestanie ukazywać się „Kultura”?

ALEKSANDER SMOLAR: – To jego pomnik, który sobie wzniósł i to naturalne, że „Kultura” przestanie wychodzić. Mamy dziś w niepodległej Polsce wiele pism, które z pewnością tę lukę wypełnią, lecz nic i nikt nie zastąpi człowieka, który był głębokim konserwatystą, posiadającym ogromną wrażliwość społeczną, więcej: którego bulwersowała gruboskórność względem ludzi ubogich, brak wrażliwości, nieumiejętność przekraczania granic. A że umiał te granice pokonywać, świadczą Jego dobre stosunki z Aleksandrem Kwaśniewskim, co wielu szokowało, choć niewątpliwie życzliwość Giedroycia wobec Kwaśniewskiego wpłynęła m.in. na politykę wschodnią obecnego prezydenta.

 

 

 

 

 

 

 


FOT.BOHDAN PACZOWSKI

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl