|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Jakim go znałem
PIOTR WANDYCZ
Jerzy Giedroyc był instytucją, bowiem „Kultura”, którą
stworzył i która była jego życiem, stanowiła wraz z „Zeszytami
Historycznymi” i wydawnictwami „Biblioteki” jeden
z fundamentów, może najważniejszy fundament umysłowego życia
emigracji. Kiedyś, gdy gratulowałem Giedroyciowi trafności
rozeznania, a mianowicie postawienia stawki na kulturę i
publikacje z odrzuceniem działalności polityczno-partyjnej,
powiedział, że wynikało to z jego obserwacji „białej”
emigracji rosyjskiej i jej porażek.
O Giedroyciu jako redaktorze, jako inspiratorze myśli, jako
człowieku będą niewątpliwie pisali inni, z większymi ode
mnie kwalifikacjami dco przeprowadzania analiz ideologicznych i
wystawiania ocen. Mój przyczynek nie rości sobie takich
pretensji. Chciałbym napisać o Giedroyciu takim, jakim go znałem,
co niewątpliwie będzie tylko jednym z licznych wycinków, z których
składała się jego osobowość. Ale z takich wycinków przyszły
biograf Jerzego Giedroycia będzie mógł ułożyć obraz, o
tyle pełny, o ile to jest w ogóle możliwe.
Nie mogę powiedzieć, że z Giedroyciem łączyły mnie więzy
prawdziwej przyjaźni – miał on chyba tylko kilku
bliskich przyjaciół i nie wiem, czy któryś z nich pozostał
przy życiu. W naszym wzajemnym stosunku brakowało ciepła, którego
żaden z nas widocznie nie potrafił wytworzyć. Być może
wynikało to z pewnej nieśmiałości Giedroycia lub zamknięcia
w sobie – nie wiem dobrze, jak to nazwać. Mam tu na myśli
kontakt bezpośredni, gdyż w listach występował częściej
czynnik osobisty. „Piszę pełen winy – zaczynał się
list z marca 1964 r. – Nie mogę wyjść z jakichś chorób
na tle grypowym”. List ze stycznia 1958 r. kończy się
nietypowo: „wiele serdeczności i najlepsze, choć spóźnione
życzenia noworoczne”. W innych listach czytamy: „Bardzo
mnie martwią Pana kłopoty ze zdrowiem. Czy ma Pan dobrych
lekarzy?” I później: „Bardzo jestem zaalarmowany Pana
kłopotami z sercem. Wiem z doświadczenia, jak trudno ograniczyć
swoją pracę, jeśli się nią pasjonuje, ale jednak musi Pan
uważać na ten dzwonek alarmowy”. Kiedy indziej martwi się,
że Inka Mieroszewska jest tak słaba. A jednocześnie w krótkim
i dość lakonicznym liście, zawiadamiając mnie o śmierci
Mieroszewskiego, przypomina, że nie dostał jeszcze
przygotowywanej przeze mnie ankiety MSZ. Czy świadczy to o
pewnym braku wrażliwości, czy może o dość stoickim stosunku
do życia i śmierci? Do Mieroszewskiego był bowiem Giedroyc
przywiązany. Nie pisał o tym nigdy wprost do mnie, ale widać
to choćby z uwagi na temat mojej książki ,,Die Freiheit und
ihr Preis”: „ta ostatnia bardzo mnie podnieciła z
powodu dedykacji Mieroszewskiemu”.
Giedroyc, mając zawsze wyrobiony pogląd, bywał otwarty na
rady i dość tolerancyjny jako redaktor. „Zdecydowałem się
na szaleństwo i od nowego roku przekształcam »Zeszyty«
na kwartalnik. W związku z tym będę Panu wdzięczny za
wszystkie sugestie zarówno co do tematów, jak i współpracowników”
– pisze w jednym z listów. A w innym zgadza się na
wydanie mojej rozprawy o Zaleskim, choć nie omieszka dodać: „jak
na moje sympatie i antypatie »jest pisana« ze zbyt
wielką taryfą ulgową”. Zwraca się też z prośbą, której
niestety nie mogłem zadośćuczynić, a mianowicie napisania „krytycznej
oceny bilansu »Zeszytów Historycznych«. Ma się
rozumieć bez taryfy ulgowej”. Kiedy indziej zgadza się
na umieszczenie mojej notatki o Rowmundzie Piłsudskim: „Tym
chętniej, że przed jego śmiercią nasze stosunki bardzo się
wyrównały”.
W styczniu 1988 r. Giedroyc przesłał mi polską wersję
swego listu do Sołżenicyna, w związku z uwagami tego
ostatniego na temat Polski w „Iz–pod głyb”.
Giedroyc chciał, abym odpowiedział na następną wypowiedź Sołżenicyna
„w sposób wyczerpujący, bardzo spokojnie i z poważnym
uzasadnieniem historycznym. Nie bardzo widzę, kto – poza
Panem – mógłby taki tekst opracować”. Tekst ten,
który przygotowałem i który znajduje się gdzieś w moich
papierach, nie uzyskał aprobaty Giedroycia. Skwitował go
zdaniem: „nie wykorzystam odpowiedzi Sołżenicynowi. Jest za
grzeczna”. Popierając normalizację stosunków
polsko-czechosłowackich, Giedroyc był krytyczny wobec idei
Zbigniewa Brzezińskiego federacji polsko-
-czechosłowackiej. „Odnoszę się do tej koncepcji z dużym
sceptycyzmem” – pisał w styczniu 1990 r.
Tematyka historyczna zajmowała gros miejsca w naszej
korespondencji, jak i w rozmowach toczonych przeważnie w Paryżu,
najpierw w kawiarni Cluny, a potem w kawiarni na Polach
Elizejskich (w Maisons-Laffitte byłem tylko parę razy), ale od
czasu do czasu następowała wymiana myśli odnośnie do bieżącej
polityki. Giedroyc zajmował dość skrajne stanowisko i wydawał
dość pochopnie ostre sądy. „Nie podzielam Pana entuzjazmu,
jeśli idzie o Mazowieckiego – pisał 3 kwietnia 1990 r.
– Jego kurczowe szukanie oparcia w Związku Sowieckim
przeciwko ewentualnemu niebezpieczeństwu niemieckiemu i chęć
utrzymania garnizonów sowieckich w Polsce zanadto przypomina mi
Targowicę”. Oburza się, że nie następuje dość szybka
zmiana w obsadzie polskiej placówki w Bonn, „mimo że jest
idealny kandydat w osobie Bartoszewskiego”. Zdaniem
Giedroycia, „z jednej strony wisi się u klamki Gorbaczowa, a
z drugiej u klamki amerykańskiej”. W liście z września
1991 zauważa: „Pomysł wysunięcia Balcerowicza do nagrody
Nobla jest humorystyczny i kompromitujący. Mniej się dziwię
Nowakowi, natomiast znacznie bardziej Brzezińskiemu”. A w
1992: „Sytuację w kraju oceniam bardziej pesymistycznie niż
Pan i nie wierzę, że Suchocka będzie mogła cokolwiek zrobić”.
W liście pisanym rok później Giedroyc stwierdza, że „sytuacja
w kraju jest rzeczywiście podbramkowa. Nie chcę się mieszać
do akcji wyborczej, właściwie mam tylko sympatie do Unii Pracy
Modzelewskiego i Bugaja”. W 1997 r., wyrażając żal, że
nie mogę zrecenzować ,,Europy” Normana Daviesa, dodaje: „Trochę
to rozumiem, bo Davies jest rzeczywiście irytujący. Tak, że
już przed laty zerwałem z nim stosunki”. Wydaje mi się,
że cytowanie uwag z późniejszych listów nie byłoby na
miejscu, gdyż zbyt ściśle dotykają one zagadnień chwili
obecnej.
To, że Giedroyc był nieortodoksyjny w myśleniu, a nieraz w
działaniu, jest oczywiste choćby dla czytelników późniejszej
rubryki „Notatki Redaktora”. Zdarzały mu się także
nader kontrowersyjne uwagi na tematy historyczne. Jaskrawym
przykładem jest list z 1993 r., w którym chciałby widzieć
kolokwium dyskutujące, czy w 1939 r. „moglibyśmy pójść na
kompromisy, ogłosić neutralność etc. Mówiąc miedzy nami
jestem przekonany, że gdyby Piłsudski żył, to wybrałby te
drogę”. Oponowałem gorąco przeciw takiemu „gdybaniu”.
W naszej korespondencji mało jest dyskusji podobnych tym, które
znaleźć można w korespondencji Giedroycia z Mieroszewskim. W
ponad stu listach, jakie wymieniliśmy na przestrzeni
kilkudziesięciu lat (ostatni nosi datę 6 września 2000),
stosunkowo rzadko występuje element polemiczny. „Chyba jest
Pan niesprawiedliwy, jeśli idzie o książkę E. Guna”
– czytamy w jednym z nich: „Myślę, że Pan jest
niesprawiedliwy w stosunku do Leitgebera” – zauważa
Giedroyc innym razem. Najwięcej miejsca zajmowały sprawy
artykułów czy recenzji, które albo on, albo ja proponowaliśmy.
Kiedy, co było rzadkością, następował między nami jakiś
zgrzyt, Giedroyc przyjmował swoistą postawę. Po prostu nie
odpisywał, co uniemożliwiało dalszą dyskusję, a po paru
miesiącach przysyłał list jak gdyby nigdy nic z prośbą o
recenzję czy artykuł.
Ta garść uwag oraz wyrwanych z kontekstu cytatów nie
pretenduje do jakiejś systematycznej prezentacji złożonej,
oryginalnej, ciekawej i kontrowersyjnej osobowości Jerzego
Giedroycia. Nie ma tu mowy o Jego ogromnych osiągnięciach i
zasługach dla kultury polskiej ani o Jego miejscu w naszej
historii, a był to wielki patriota nie obawiający się iść
pod prąd opinii publicznej, gdy uważał to za konieczne. Myślę,
że Giedroyc, taki jakim go znałem, a więc otwarty na
kontrowersje, a przyjmujący z niechęcią pisane z patosem i
namaszczeniem peany, którym przyświeca zasada, że o umarłych
aut nihil aut bene, zaaprobowałby ten impresyjny szkic, tak jak
aprobował większość przesyłanych mu przeze mnie tekstów.
Piotr Wandycz
Autor – historyk, prof. Yale University
– był wieloletnim współpracownikiem „Kultury”.
|