|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Żegnaj Książę
WOJCIECH SKALMOWSKI
W nocy z 14 na 15 września br. po krótkiej chorobie zmarł
w Maisons-Laffitte pod Paryżem Jerzy Giedroyc – założyciel
i redaktor paryskiej „Kultury”, wydawca
niepublikowalnych w PRL książek, naturalny mąż zaufania czołowych
przedstawicieli polskiej kultury i niezależnej myśli
politycznej, jeden z nielicznych powszechnie uznawanych
autorytetów etycznych na mglistym pograniczu pomiędzy
patriotyzmem, racją stanu i (posługując się sformułowaniem
Orwella) zwyczajną ludzką przyzwoitością. Przez ponad pięćdziesiąt
lat jego nieskodyfikowana, choć wyraźnie wyczuwalna doktryna
zwana potocznie „linią »Kultury«” – w
największym skrócie: niepodległość, mocna, lecz
nienacjonalistyczna państwowość i harmonijne współżycie z
sąsiadami – była punktem odniesienia i probierzem
wszelkich innych koncepcji Polski i polskości.
Przyszły „Książę na Maisons-Laffitte”, jak go żartobliwie,
lecz z szacunkiem nazywano, istotnie pochodził ze starego rodu
litewskiego, któremu przysługiwał ten tytuł (sam Redaktor
nigdy go nie używał i odnosił się do spraw tego typu lekceważąco),
ale jego bezpośredni przodkowie nie byli już majętni i w XIX
w. przekształcili się w inteligencję miejską. Ignacy
Giedroyc – ojciec Jerzego i dwóch młodszych synów
– był farmaceutą osiadłym w Mińsku na Białorusi i tam
też 27 lipca 1906 r. urodził się przyszły redaktor „Kultury”.
Jego dzieciństwo upłynęło pod znakiem wojny i rewolucji: uczęszczał
do szkół w Mińsku i Moskwie, potem jako nieomal „bezpańskie
dziecko” widział z bliska oba przewroty rosyjskie i
dopiero w 1919 r. znalazł się wraz z rodziną w Warszawie,
gdzie mógł wreszcie kontynuować naukę w normalniejszych
warunkach. W 1924 r. ukończył gimnazjum im. Jana Zamoyskiego,
po czym studiował prawo na UW.
Jego wcześnie rozbudzony temperament polityka sprawił, że
już jako student aktywnie zaangażował się w życie
korporacyjne i związaną z tym działalność publicystyczną,
a konieczność zarobkowania była przyczyną, że jeszcze przed
ukończeniem studiów podjął stałą pracę w biurze prasowym
Rady Ministrów. Odtąd, czyli od końca lat 20. aż po wybuch
II wojny światowej, kariera Giedroycia toczyła się równolegle
dwoma torami: służby państwowej na dość wysokim szczeblu
(radcy w Ministerstwie Rolnictwa, a następnie Przemysłu i
Handlu), a równocześnie intensywnej i nader
niekonformistycznej (raz nieomal zakończonej w Berezie
Kartuskiej) działalności dziennikarskiej czy też ściślej
– redaktorskiej. Tak się bowiem składało, że Giedroyc
od najwcześniejszych lat lubił dla większej skuteczności
działać w zespołach, a równocześnie w sposób nieomal
automatyczny stawał się owych zespołów kierownikiem. Obie
dziedziny swej działalności publicznej uważał za uzupełniające
się wzajemnie, gdyż jako ceniony przez zwierzchników i
doskonale zorientowany w labiryntach administracji państwowej
urzędnik mógł skutecznie przeprowadzać, a przynajmniej
inspirować posunięcia, które uważał za ważne i potrzebne
dla interesów Polski, redagowanie zaś pisma politycznego
(dwutygodnik „Bunt Młodych” wychodzący od 1931, w 1937
przekształcony w tygodnik„Polityka”) o wysokim prestiżu
i znakomitych piórach (m.in. Ksawery Pruszyński, bracia Bocheńscy,
Stefan Kisielewski) pozwalało mu przenosić wspomniane
inspiracje na poziom strategiczny, czyli wysuwać propozycje i
programy ogólnopolityczne.
Można by rzec, że ówczesne ambicje Giedroycia nie
ograniczały się jedynie do kariery urzędniczej i
dziennikarskiej i że mierzył wyżej – pod koniec lat 30.
zamierzał wprowadzić w następnych wyborach grupę „Polityki”
do sejmu, a jego otoczenie widziało już w nim przyszłego
premiera. Tak „można by rzec”, gdyby nie fakt, że
ktokolwiek znał go trochę bliżej, natychmiast zdaje sobie
sprawę, iż terminy „ambicja”, „kariera” i tym
podobne egocentryczne kategorie w jego przypadku są niecelne.
Motywacje czy zgoła daimonion ukierunkowujący jego działalność
w różnych okresach jego długiego i do samego końca aktywnego
życia sprawiają wrażenie czegoś poza- czy też
nadjednostkowego i nasuwają się tu raczej określenia takie
jak „służba”, „misja” i „obowiązek”.
Sam Redaktor żachnąłby się zapewne na te słowa, bo nie lubił
patetycznej frazeologii, ale ponieważ sam często podkreślał,
że wychował się w kulcie idei Piłsudskiego i Żeromskiego,
klucza do jego osobowości należy szukać w tych właśnie
regionach. Inaczej mówiąc, przedwojenna – a i późniejsza
także – działalność Giedroycia zdaje się wynikać z głębokiego
poczucia, iż obdarzony został przez los potencjałem
prawdziwego męża stanu i że realizacja tego daru jest po
prostu „tym, co trzeba”. Gdyby wojna nie wybuchła...
Ale wojna wybuchła i „to, co trzeba” z konieczności
przybrało inny charakter. Jako urzędnik Giedroyc musiał z
początkiem września 1939 ewakuować się wraz z ministerstwem
na wschód Polski, a po inwazji sowieckiej na teren Rumunii. W
Bukareszcie natychmiast został sekretarzem tamtejszego
ambasadora RP, Rogera Raczyńskiego, a po zamknięciu ambasady
– czymś w rodzaju polskiego chargé d’affaires przy
dyplomatycznym przedstawicielstwie Chile (z dyskretnym
patronatem angielskim w tle). W marcu 1940, gdy w wyniku rosnącego
nacisku niemieckiego i ta ostatnia placówka polska musiała
ulec likwidacji, Giedroyc został in extremis ewakuowany przez
Anglików do Stambułu. Ponieważ jednak – jak pisze w „Autobiografii”
– „nie było tam nic ciekawego do roboty”, udał
się do Palestyny i wstąpił do Brygady Karpackiej. Jako „sołdafon”
(ulubione określenie Redaktora) tej formacji wziął udział w
walkach o Tobruk, a następnie – już w ramach Drugiego
Korpusu gen. Andersa – został szefem prasy w wojskowym
Biurze Propagandy. Służbę tę pełnił w Palestynie i w Iraku
(gdzie po raz pierwszy poznał Józefa Czapskiego i małżeństwo
Hertzów – późniejsze „współfilary” Instytutu
Literackiego, a od 1944 r. we Włoszech; tam też, po bitwie pod
Monte Cassino, spotkał Gustawa Herlinga-Grudzińskiego).
Koniec wojny był dla setek tysięcy Polaków na Zachodzie
okresem dezorientacji i trudnych decyzji. Dla Giedroycia, dla którego
idea niepodległej Polski była aksjomatem, wybór był prosty:
należało wyciągnąć z wiary w ten pewnik konsekwencje, czyli
robić co się da dla jego realizacji. Choć Redaktor osobiście
niezbyt cenił wieszcza-krajana, ale tu Mickiewiczowskie pojęcie
„wskrzeszania narodu” samo się narzuca: w przekonaniu
Giedroycia „tym, co trzeba” po 1945 r. stało się
utrzymywanie polskiej niepodległości w takich warunkach, jakie
są dane; skoro nie stało „stanu”, to choćby na obczyźnie
i choćby tylko w zakresie „niewidzialnym”, czyli
kultywowania niepodległej myśli i niepodległego słowa
polskiego. Tak to potencjalny polityk wielkiej miary przekształcił
się w fenomenalnego organizatora i Redaktora (jedyną inną „miarą”
w tym zakresie jest postać Jerzego Turowicza) i tak zrodził się
fenomen „Instytutu Literackiego” – powołanego życia
w 1946 w Rzymie wydawnictwa książkowego, a później także
redakcji „Kultury” (pierwszy numer: czerwiec 1947;
drugi, już paryski: przełom 1947/48; najświeższy [ostatni?]
zeszyt tego miesięcznika nosi numer 636 i datę „wrzesień
2000”). 53 lata nieprzerwanej działalności... „Kołokoł”
Hercena – będący w pewnym stopniu przykładem i
inspiracją dla Giedroycia – ukazywał się tylko przez
dziesięć lat, ale wszedł do historii Rosji na wieki. „Kultura”
też na zawsze zostanie w historii Polski.
Na temat „księstwa Maisons-Laffitte”, czyli domu „Kultury”
w tej podparyskiej mieścinie, i niestrudzonej, choć mniej „spektakularnej”
niż w latach wojennych aktywności Giedroycia i jego
nielicznych współpracowników-współdomowników napisano już
tyle, że zbędne jest powtarzać to tutaj raz jeszcze. W tej
chwili wystarczy chyba, jeśli czytelnicy tego krótkiego
wspomnienia i pożegnania sami poświęcą chwilę refleksji
pytaniu: o ile uboższa była polska kultura, gdyby ów Książę
nie panował przez pół wieku z okładem? Gdzie drukowaliby
swoje dzieła Miłosz, Gombrowicz, Stempowski, Bobkowski,
Herling-Grudziński i tylu innych – zakładając nawet, że
wszystkie ich utwory bez perspektywy publikacji w ogóle by
powstały? I jak wyglądałaby (choćby na razie tylko
potencjalnie) nowoczesna polska myśl polityczna, gdyby nie
istniał jej idealny – może nawet wyidealizowany, ale
zawsze godny szacunku i zastanowienia – prototyp w postaci
„linii »Kultury«”?
Tylko wielcy ludzie tworzą wielkie dzieła. Jerzy Giedroyc
należał do tych – z natury rzeczy nielicznych –
prawdziwie wielkich, jakie dana społeczność wydaje z siebie z
rzadka w ciągu całego stulecia. Zamknięcie jego prawie
stuletniego życia prawie nagłą śmiercią w emblematycznym
roku 2000 wydaje się symbolicznym końcem pewnej epoki. Być może
należy przyjąć jego odejście jako jego ostatnie książęce
przesłanie: „tak było trzeba”. Więc może tylko: „Żegnaj,
Książę...” – ale poprzez łzy, bo to rozstanie
jest bardzo bolesne dla bardzo wielu.
Wojciech Skalmowski
Autor – orientalista, em. prof.
uniwersytetu w Leuven – w „Kulturze” publikował
przez wiele lat jako M. Broński
|