|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Giedroyc czyli Polska
ANDRZEJ ROMANOWSKI
Rozmiaru tej straty dziś jeszcze nie jesteśmy w stanie
ocenić. Nie tylko dlatego, że dzieło Jerzego Giedroycia jest
tak rozciągnięte w czasie i tak wielostronne. Nie tylko
dlatego nawet, że znamionuje je nonkonformizm, odległy od bieżących
etykietek przyklejanych na oślep i na chybił trafił. Przede
wszystkim dlatego, że żyjemy w świecie „zaprojektowanym”
przez Giedroycia. I że z faktu tego – jak z powietrza
– nie zdajemy sobie sprawy.
Giedroyc jest twórcą powojennej polskiej myśli
politycznej. Właśnie: myśli, a nie politycznej taktyki i nie
– broń Boże – ideologii. Do odegrania takiej roli
predystynowała go zarówno biografia lat dojrzałych, jak i
pochodzenie oraz tradycje rodzinne. Wielbiciel Piłsudskiego,
oficer Andersa, urzędnik ministerstw II Rzeczypospolitej w
kraju i na wychodźstwie, dobrze znał i rozumiał cenę własnego
państwa. Do ostatnich też dni oskarżał rodaków o niedowład
myślenia państwowego. Zarazem jednak miejsce urodzenia (Mińsk
Litewski) oraz świadomość pochodzenia z rodu
(spolonizowanych) litewskich kniaziów kazały mu nieustannie
poszukiwać tradycji szerszych: wielonarodowych i
wielokulturowych. Stąd brało się nieustanne drążenie
dziedzictwa Jagiellońskiego – bliskiego także Piłsudskiemu,
ale tak trudnego do zrealizowania w erze międzywojennego
nacjonalizmu (i bolszewickiego internacjonalizmu). Giedroyc,
urodzony w pierwszych latach XX wieku, był – rzec można
– ostatnim „obywatelem Pierwszej
Rzeczypospolitej”. Bo jego polityczna postawa stawała się
wypadkową interesu Polaków, Litwinów, Białorusinów i Ukraińców
– wszystkich depozytariuszy przedrozbiorowego dziedzictwa.
Kiedy jednak mówimy, że Giedroyc był twórcą myśli
politycznej, to musimy pamiętać, że autorami tych „materiałów
do refleksji i zadumy” byli w „Kulturze” inni
– przede wszystkim Juliusz Mieroszewski. Sam Giedroyc
prawie nie pisał (dopiero w ostatnich latach publikował
regularne „Notatki”) – on redagował. A to znaczyło:
skupiać wokół „Kultury” ludzi różnych, lecz zawsze
niekonwencjonalnych, publicystów i pisarzy o silnie rozwiniętej
odwadze cywilnej, idących w poprzek obiegowym opiniom, naruszającym
zastarzałe schematy. Dopiero więc z tekstów współpracowników
budował Giedroyc swe – jednolite w swej polifoniczności
– dzieło noszące nazwę „Kultura”. To dzieło
stało się po wojnie najważniejszą (a bywało, że jedyną)
trybuną wolnej polskiej myśli. „Polska jest w tak trudnej
sytuacji, że należy przebadać każdą koncepcję i zastanowić
się nad każdą możliwością. „Kultura” nie jest
pismem ani socjalistycznym, ani rewizjonistycznym, ani
neomarksistowskim. Służymy tylko jednemu celowi, którym jest
niepodległość Polski.” Pod tymi słowami
Mieroszewskiego podpisywał się Giedroyc obu rękami.
Głęboko zanurzony w przeszłości, był cały nastawiony na
przyszłość. Już w latach 40. nie miał złudzeń, by
sytuacja polityczna mogła wrócić do punktu wyjścia z 1939
roku. Jednak spór „Kultury” z londyńskim legalizmem
nacechowany był zawsze otwartością: w końcu to na tych łamach
drukowano najszerszy przegląd życia polskiego w kraju i na
emigracji, informowano o przedsięwzięciach rządu RP na wychodźstwie.
Podobnie realizował się spór z antykomunizmem integralnym, z
postawą typu „im gorzej tym lepiej”: także w tym
przypadku publikował przecież Giedroyc książki Józefa
Mackiewicza. Jak się zdaje, redaktor „Kultury” bał się
najbardziej właśnie zamknięcia w getcie – obojętne, „legalistycznym”
czy „antykomunistycznym”. Pryncypialność w obronie własnej
racji szła u niego w parze ze swoistym ideowym synkretyzmem, będącym
duchową strawą dla ludzi myślących. Jednak wartością nadrzędną
było zawsze nastawienie na kraj.
Bo to był od początku znak rozpoznawczy „Kultury”
– skądinąd identyczny z linią rozgłośni polskiej
radia Wolna Europa. Polska Ludowa – zdawał się mówić
Giedroyc – też jest jakąś formą polskiej państwowości,
podziały wewnątrz społeczeństwa są wielostopniowe i
skomplikowane, nieraz przebiegające w poprzek rządzącej
Partii. W myśli Giedroycia nic nie było czarno-białe, nic
dane raz na zawsze. Trudno się było dziwić, że w październiku
1956 udzielił on poparcia I sekretarzowi KC PZPR, Władysławowi
Gomułce... „W imię wolności nie odrzucamy pół-wolności w
imieniu tych, którzy od lat szesnastu pozbawieni są w ogóle
wolności” – pisano w tym czasie w „Kulturze”.
Przy tym stawka na „ewolucjonizm”, na stopniową
liberalizację narzuconego systemu, także nie była dogmatem. W
miarę odwrotu od Października Giedroyc lokował nadzieje nie
tyle już w odwilżowych władzach Partii, lecz w zbuntowanych
partyjnych „liberałach” i rewizjonistach. To w „Kulturze”
i w Instytucie Literackim ukazywały się prace najbliższego
niegdyś współpracownika Gomułki, Władysława Bieńkowskiego,
to tutaj wydano „List otwarty do Partii” Kuronia i
Modzelewskiego. Dokonywało się Wielkie Spotkanie: na łamach
pisma Giedroycia dialogowali działacze PZPR i politycy „polskiego
Londynu”, publicyści nigdy nie mający złudzeń i ci, którzy
dopiero teraz tracili złudzenia... Widać w tym zaczyn późniejszej
„Solidarności” – z jej pójściem na przekór
tradycyjnym podziałom na lewicę i prawicę, na kraj i emigrację,
z jej zgarnianiem pod wspólny sztandar wszystkich ludzi dobrej
woli.
„Kultura”, budując intuicyjnie podwaliny „Solidarności”
– a przez to i Trzeciej Rzeczypospolitej – starała
się przy tym zakotwiczyć Polskę w Europie. „Polska może
odzyskać i utrzymać byt niepodległy tylko w ramach
sfederowanej Europy” – pisał Giedroyc już w roku
1953. A to znaczyło unieważnienie myślenia nacjonalistyczngo,
ba! unieważnienie tradycji państwowej II RP, zbudowanej
przecież na gruzach narodowych dążeń sąsiadów ze wschodu.
Trzeba było olbrzymiej siły charakteru, by dla takiej opcji
otworzyć łamy „Kultury”: godzono się tu przecież na
oddanie Ukraińcom Lwowa, Białorusinom Grodna, Litwinom
Wilna... Ale rezygnacja z tradycyjnych „twierdz” polskości
na wschodzie owocowała czymś znacznie cenniejszym:
pojednaniem. Z nie zrealizowanych tradycji Pierwszej
Rzeczypospolitej wyłuskiwano przesłanki do budowy Trzeciej
Rzeczypospolitej. Giedroyc do końca życia podkreślał, że
Polska tym bardziej będzie się liczyła na Zachodzie, im
lepsze stosunki i silniejszą pozycję mieć będzie na
Wschodzie. Dlatego jego myśl polityczna od początku współgrała
z procesem jednoczenia całej Europy.
Że było to możliwe, to dlatego, że nie było w Giedroyciu
cienia ideologii; że nie traktowało się własnych racji w
oderwaniu od przeżywanego czasu. Koncepcja „ULB”
(Ukraina, Litwa, Białoruś), tak – zdawało się – „prometejska”
i ,,antyrosyjska”, nigdy nie prowadziła do rusofobii.
Odwrotnie: dzieciństwo spędzone w zrusyfikowanym Mińsku (i
wczesna młodość w Moskwie) stworzyły sentyment trwały,
silny przez całe życie. Giedroyc czuł się raczej człowiekiem
Wschodu, do cywilizacji euroatlantyckiej miał stosunek z lekka
podejrzliwy i drażnił go polski snobizm na Zachód. Nie miał
natomiast wątpliwości, jak cennym partnerem – przede
wszystkim kulturalnym – może być Polska dla Rosji.
Dlatego szerzył wiedzę o kulturze rosyjskiej, popularyzował
dorobek dysydentów, pokazywał inne oblicze kraju, z którym
dzieliły nas stulecia wrogości.
Polski ruch wolnościowy lat osiemdziesiątych poszedł tak
czy inaczej drogą zaprogramowaną przez „Kulturę”. A
więc: nie drogą rewolucji czy drogą światowego konfliktu
zbrojnego. Ale też nie drogą bierności, oczekiwania, aż
wolność „spadnie sama z drzewa historii”. To przecież
z ducha Giedroycia zrodziła się strategia solidarnościowego „długiego
marszu” oraz „Posłanie do narodów Europy
wschodniej” z roku 1981. To z jego myśli wywiodły się
traktaty o przyjaźni i dobrym sąsiedztwie, jakie z początkiem
lat 90. podpisała wolna Polska ze wszystkimi wschodnimi sąsiadami.
Co bynajmniej nie znaczy, że dorobek „Kultury” rzeczywiście
został przez Polaków przemyślany. Przyjęto go bezwiednie
– i to dlatego przede wszystkim, że innego dorobku na tym
poziomie nie było. I tutaj może kryje się przyczyna dramatu
ostatnich lat życia Giedroycia, lat, które – obok
triumfu – przyniosły także gorycz niespełnienia. W
wolnej Polsce bowiem ten instynktowny państwowiec musiał piętnować
zanik myślenia w kategoriach długofalowych, dominację prywaty
nad dobrem wspólnym, terroryzm wyświechtanych formułek,
ideologizację życia publicznego. Być może, była w tym
stanowisku przekora człowieka wolnego, nie pozwalającego na
swe zaszufladkowanie. Było też przekonanie o powinności
redaktora, który zawsze powinien być niezależny. Jednak
przede wszystkim chodziło chyba o uprawianie polityki w
kategoriach racji stanu, bez zadawania sobie pytania „komu to
służy”. Po prostu: Giedroyc wskazywał rodakom pewien państwowy
ideał i nakazywał iść coraz wyżej. Biada tym, którzy opóźniali
się w marszu.
A przecież myśl polityczna – to była zaledwie połowa
pracy Jerzego Giedroycia. Wszystko, co we współczesnej
literaturze polskiej najcenniejsze, cieszące się największym
uznaniem świata – swój początek miało u niego. Kiedy w
roku 1953 panował w kraju socrealizm, a w londyńskim „Wiadomościach”
hołdowano przedwojennym gustom skamandryckim, jedynie w
Bibliotece „Kultury” mogły się ukazywać kolejne książki
Gombrowicza i Miłosza. To tutaj drukowano też pierwsze wydania
dzieł Herlinga-Grudzińskiego, Stempowskiego, Łobodowskiego,
Straszewicza, Mackiewicza, Czapskiego, Bobkowskiego, Vincenza,
Wittlina, Wierzyńskiego. To tutaj umożliwiono publikacje
kolejnym polskim emigrantom: Hłasce, Odojewskiemu, Mrożkowi,
Orłosiowi, Nowakowskiemu, Krynickiemu, Barańczakowi,
Zagajewskiemu. Tyle tych nazwisk – i to z tak różnych
parafii! Niezwykły musiał być smak – ale i tolerancja
– Redaktora, który dopuszczał do druku dzieła tak
rozmaite, tak czasem kontrowersyjne. Nie będzie przesady w
twierdzeniu, że z potopu lat 1939–1945 to właśnie on
uratował ciągłość kultury polskiej; że to on wypromował
co najmniej kilku pisarzy, będących dziś naszą chlubą.
Drukując zaś w „Zeszytach Historycznych” niezliczone
dokumenty i relacje z historii najnowszej – zakłamywanej
lub przemilczanej – zapewnił ocalenie polskiej tożsamości.
Tyle tylko, że ta tożsamość wysnuta była z doszczętnie
zapomnianej tradycji... Powtórzmy: był Giedroyc ostatnim, który
widział nasz kraj w kategoriach Jagiellońskiej wspólnoty. I
dodajmy: był ostatnim, który traktował polskość w
kategoriach etycznych: jako zobowiązanie, misję i wartość. I
może to też jest legat, który nam dziś pozostawia –
razem z tą wyjątkową odwagą cywilną, głoszeniem bluźnierczych
sądów, gotowością pójścia wbrew obiegowym opiniom. Polska
stanowiła dla Giedroycia dziedzictwo trudne: wymagające
nieustannego sporu i walki, ale i skazujące na wielkość. A
reszta była oczywistością. I aż trudno uwierzyć, że tę
oczywistość ktoś musiał kiedyś wypowiedzieć po raz
pierwszy.
Andrzej Romanowski
|