Jerzy Giedroyc (1906 – 2000)

Wiadomość

STANISŁAW RODZIŃSKI

 
 

Zbliża się południe piętnastego września. Przed chwilą dowiedziałem się o śmierci Jerzego Giedroycia. I zaraz następuje projekcja wspomnień i refleksji.

Chyba przedwczoraj w telewizji Polonia pokazano niedawno realizowany wywiad z Redaktorem. Ostatnie pytania skierowały rozmowę w stronę nieuchronnie zbliżającego się odejścia. Była więc mowa o końcu „Kultury” w razie śmierci Redaktora i precyzyjnie podane przyczyny tej znanej już zresztą od dawna decyzji. Pytanie kolejne dotyczyło największego czy może najważniejszego pragnienia, jakie ma Giedroyc „u schyłku dnia”. Powiedział wtedy rzecz może nie zaskakującą, ale jednak niezwykłą: tym ostatnim marzeniem i życzeniem jest odczytanie i wydanie „Dzienników” Józefa Czapskiego, które są wielkim, „norwidowskim”, jak to określił, dziełem malarza i przyjaciela.

Jerzego Giedroycia poznałem w roku 1974, kiedy po raz pierwszy przyjechałem do Paryża i dotarłem do Maisons-Laffitte, by spotkać się z Czapskim, z którym od kilku już lat korespondowałem. Uderzył mnie od początku klimat intensywnej i niemal nieprzerwanej pracy „na dole”, to znaczy w tej części domu, gdzie działała redakcja. Nawet wtedy, gdy w Lafficie był Kisiel, gdy wydawało się, że jest ruch i zamieszanie – elementem niezmiennym wnętrza pozostawał Redaktor, zawsze w szaliku, zawsze z papierosem, zawsze czytający lub piszący. Mówił cicho, uważnie patrząc na rozmówcę, ale zawsze wydawało mi się, że i tak myśli swoje. To wrażenie izolacji od świata zewnętrznego potwierdziło się podczas kolejnego mojego pobytu w Lafficie. Józio Czapski wyjechał na jakiś czas na wakacje, a ponieważ zbliżała się niedziela, spytałem Redaktora, gdzie jest kościół; miasteczka nie znałem, choć malutkie, bo w niedzielę przeważnie jeździłem do Paryża. Usłyszałem krótkie: „Nie wiem”. Osłupiałem. Po chwili Giedroyc, być może też zaskoczony sytuacją, dodał: „Chyba gdzieś w mieście”. Co zresztą było prawdą.

Nie czas i miejsce, by wyciągać z tej rozmowy wnioski dotyczące stosunku Redaktora do Kościoła. Stosunek ten przejawiał się w wypowiedziach i tekstach, często budzących wątpliwości i irytację, zwłaszcza wtedy, gdy Redaktor przestrzegał odrodzoną Polskę przed niebezpieczeństwem państwa wyznaniowego. Ale przecież był zainteresowany postacią błogosławionego Michała Giedroycia, swego przodka, a niedawno pisał do mnie, by ktoś namalował dlań kopię obrazu Matki Bożej z krakowskiego kościoła św. Marka, tak zwanej Matki Boskiej Michała Giedroycia. Jedną z kopii pragnął ofiarować prezydentowi Litwy Adamkusowi, drugą zachować dla siebie. To zamówienie znakomicie zrealizował młody malarz, pracownik ASP Bogdan Klechowski.

Z końcem marca dostałem też list od Redaktora z prośbą o tekst na temat wystawy Czapskiego zorganizowanej przez Muzeum Narodowe w Gdańsku. Tekst posłałem faksem. Dosłownie po kilku godzinach przyszło pełne ciepła (co zaskakujące) podziękowanie wraz z równie miłą oceną. „Stało się jednak nieszczęście – pisał Redaktor – rękopis został nadpalony przez stojącą na biurku świecę”. Zaraz posłałem kolejny faks, ale pomyślałem, że już i sam Książę nie toleruje obłoków papierosowego dymu i ratuje się starą metodą...

Z upływem lat, kiedy Czapski nie uczestniczył już tak intensywnie w życiu “Kultury”, Giedroyc jakby oddalił się od niego, ale przecież wyczuwało się między nimi ciągle żywy kontakt, nawet jeżeli był to żal Józia, że „Jerzy nawet do mnie nie przyszedł”. Kiedyś staliśmy przy oknie na pięterku, Józio mocno o mnie oparty, miał już wtedy 94 lata, kłopoty z chodzeniem, ale ciągle w znakomitej formie intelektualnej, dowcipny, żywo reagujący. Na podwórku pojawił się Książę, by drepcąc charakterystycznym dla niego krokiem wynieść śmieci do kubła (co było zresztą codziennym rytuałem). Józio patrząc „z góry” powiedział do mnie: „Popatrz, jaki już Jerzy stary”. Zaśmiałem się gwałtownie. Józio spojrzał na mnie: „A idźże, nie wstyd ci!”. Wspomnienia, wspomnienia.

Jedno nie ulega kwestii. Śmierć Jerzego Giedroycia to kolejna data zamykająca jeden z nurtów polskiej historii współczesnej. Nurt istotny z dwu powodów. Po pierwsze, myślenie Giedroycia i jego “Kultury” nie było nigdy doraźne, interwencyjne. Zawsze zanurzone było w przeszłości i konstruowane z myślą o przyszłości. Wielkie dzieło Redaktora będzie poddawane analizom i badaniom. Nie do końca zrozumiały, ale już zamknięty wydaje się spór z Herlingiem-Grudzińskim, piękne jest ostatnie życzenie Giedroycia będące rodzajem ekspiacji w stosunku do Czapskiego, jednak wszystkie te sprawy są jedynie drobinami Zjawiska “Kultury”. Bez tych niedużych książeczek z pamiętną szatą graficzną – historia Polski i świadomość sporej części polskiej inteligencji byłaby inna. Uboższa.

Po drugie – obsesją Jerzego Giedroycia był instynkt państwowotwórczy. Dla dzisiejszej Polski, nazywanej antypatycznie przez wielu dyskutantów „tym krajem” – sprawą zupełnie podstawową jest świadomość i wyobraźnia dotycząca obszaru spraw Państwa.

Można zgadzać się lub nie z pełnymi goryczy i chłodu ocenami Redaktora dotyczącymi naszej polskiej codzienności. Można – o czym pisałem w „TP” polemizując z opinią Giedroycia dotyczącą jednej z papieskich pielgrzymek – nie zgadzać się z jego archaicznym trochę antyklerykalizmem. Nie można jednak negować faktu, że dzień jego odejścia jest jedną z bardzo smutnych i dramatycznych dat naszej historii, że odchodzi jeden z niewielu ludzi, którzy budzili niemal metafizyczny lęk właścicieli Polski Ludowej, że kończy się jeszcze jeden heroiczny rozdział polskich losów.

 

Stanisław Rodziński

 

Autor – malarz, rektor krakowskiej ASP – był przyjacielem Józefa Czapskiego i współorganizatorem jego wystaw w kraju.

 

 

 

 

 

 


FOT.BOHDAN PACZOWSKI

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl