|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Chleb z Mejszagoły
JERZY POMIANOWSKI
Żałoby było w Polsce na koniec wieku tyle, tak wielu
znakomitych ludzi odeszło jeden po drugim, że obawiać się
trzeba rychłego zapomnienia i zagubienia – w tłoku
nazwisk i bliźniaczych pochwał – właśnie tych wyjątkowych
cech i zasług, które uczyniły z Giedroycia fenomen bezprzykładny.
Nie dość, że wydał przez 54 lata 636 numerów najpoważniejszego
czasopisma w dziejach naszej – a może i nie naszej
– prasy i 511 tomów „Zeszytów Historycznych”,
bez których nasze dzieje najnowsze byłyby polem minowym dla
przyszłych badaczy. Nie dość, że opublikował po polsku
ponad 500 tomów biblioteki, pełnej zabronionych w PRL, najważniejszych
książek XX wieku, w tym masy dzieł rosyjskich i ukraińskich
dysydentów... Nie dość, że dał swoim samotnym życiem,
strawionym wyłącznie na bezinteresownej pracy, przykład w
Polsce bardzo rzadki. Ponadto jeszcze wykazał, że miał rację
Chesterton: prawdziwy patriota nie może być zadowolony ze
swojej ojczyzny. Giedroyc był przeciwieństwem szowinisty; jeśli
czegoś nie tolerował, to sarmackiej tromtadracji. Ale mało
kogo z rodaków zostawiał za drzwiami; znał tylko jeden rodzaj
pokuty za grzechy – odrabianie ich póki życia. Był nie
tylko wielkoduszny, był gospodarny, nie znosił polskiego
marnotrawienia talentów. Brał talenty w obronę właśnie
wtedy, kiedy chciano je oczernić, zadeptać, przemilczeć.
Gdyby nie ta jego monarsza skrzętność i opieka – pewno
by nie było ani „Zniewolonego umysłu”, ani „Transatlantyku”.
Co więcej jednak, poczynił kilka kroków, po których nikt
nie ma prawa do odwrotu na drogę, jaka prowadziła Polskę od
jednej chwalebnej klęski do drugiej. Tylko o niektórych z tych
przedsięwzięć Giedroycia będzie tu mowa. Tych mianowicie, które
mogą zadecydować o politycznej przyszłości kraju, jeżeli
wskazania Redaktora doczekają się szerszego zrozumienia i
kontynuacji.
To on i jego „Kultura” dały kształt i najjaśniej
wskazały cel żywiołom buntu, wzbierającego w społeczeństwie
PRL. Swobodne dyskusje i programowe artykuły w piśmie
Giedroycia poprzedziły pojawienie się w kraju programów
tajnej opozycji. Nie bez przyczyny reżim uznał to pismo za
naczelny organ dywersji i atakował je piórami swoich
szturmfillerów. To czytelnicy „Kultury” zasilili przemyślanymi
postulatami kanon haseł spontanicznych ruchów robotniczych. To
oni niewątpliwie przyczynili się do wystąpienia właśnie w
Polsce niezwykłego, mistycznego zjawiska – współdziałania
robotników z inteligencją. Trwało tylko chwilę, ale tylko w
takiej chwili można było zawrzeć porozumienie gdańskie.
Programy innych ośrodków polskiej opozycji ten właśnie
sojusz miały za utopię. Giedroyc nie miał wątpliwości
– bez utopii praktycy tracą cel z oczu. Powtarzał, że
więcej klęsk w dziejach spowodował brak wizji, niż brak
pragmatyzmu. A przecież był pragmatykiem urodzonym i zmieniał
taktykę, nie odstępując od swoich zasad.
Przygotował więc zawczasu poważny program na wypadek
zmian, które uważał za nieuchronne. Pewność brał wcale nie
z irracjonalnej wiary, a raczej z wybornej znajomości tego, co
działo się w Centrali – w dotkniętej paraliżem
gospodarce sowieckiej i w maszynerii Imperium, nastawionej na
samobójczą konfrontację z Zachodem.
Wnioski, jakie z tej pewności wyciągnął i niestrudzenie
podpowiadał, pomogły walnie w zdobyciu przez Polskę sytuacji
wyjątkowej: była w Obozie jedynym krajem, którego przełom
’89 roku nie całkiem zaskoczył. Tak jest, nie sam to
sprawił, ale to on zapalił jedną z dwóch latarni, bez których
nie sposób wejść do przystani; drugą było niewątpliwie
pismo Turowicza.
I oto po raz pierwszy w polskich dziejach nie sprawdziła się
diagnoza Norwida:
...Lecz u nas?... Wychodzą
Książki – za późno. Czyny?... Za wcześnie się
rodzą.
Sprawdziły się za to przewidywania, wypracowane przez ów
kombinat mózgów, jakie Redaktor skupił dla wsparcia naczelnej
swojej idei: był pewien, że nieuchronny jest rozpad Związku
Sowieckiego. Kładł większy nacisk na ten wątek procesu, niż
na klęskę ideologii komunistycznej, bo wiedział, że od dawna
jest ona atrapą, a nadto obchodził go najbardziej los narodów,
trzymanych w karcerze. Nie tylko polskiego. Reszta świata miała
to za utopię i to szkodliwą, bo psuła stosunki z ZSSR.
W trakcie jeden z pierwszych wypraw do Maisons-Laffitte poznałem
nareszcie Jerzego Stempowskiego. Zapytał mnie z punktu o Ukrainę
– czy wiem coś o ruchach, książkach, manifestacjach
zwolenników samostijnej? Uznałem, że mistrz jest fantastą i
spróbowałem zwekslować rozmowę na tory teatralne. Zamilkłem
dopiero, gdy Giedroyc wstał od stołu i wyszedł bez słowa.
To Giedroyc z Mieroszewskim sformułowali takie zasady
polskiej polityki wschodniej, które są dla nas rękojmią trwałej
niepodległości. Są zarazem rozwiązaniem wiecznego dylematu
– jak tu wiązać się z suwerenną Ukrainą, nie czyniąc
sobie z Rosji wroga? Publicyści „Kultury” twierdzą, że
niepodległość narodów Najbliższego Wschodu, żyjących między
Rosją a Polską, niweczy powód i przedmiot sporu między
naszymi dwoma państwami; toż całe wieki krwawe walki toczyły
się o dominację nad tymi wspólnymi sąsiadami. To w kręgu „Kultury”
wykluła się koncepcja strategicznego sojuszu z najbliższymi
naszymi, wschodnimi sąsiadami, sojuszu kosztem wyrzeczenia się
przez Polskę Kresów z Wilnem, Lwowem, Grodnem. Redaktor londyńskiego
pisma „Lwów i Wilno”, niezrównany publicysta i niezręczny
polityk, wrócił pragmatycznie do PRL na poniewierkę. Uparty
utopista Giedroyc został pod Paryżem, lżony i szkalowany
zgodnie przez patentowych patriotów na wychodźstwie i w kraju,
aby w końcu doczekać się sytuacji, w której jego straceńcza
koncepcja przyjęta została powszechnie i weszła do kanonów
zdrowego rozsądku narodowego. To, co u Piłsudskiego było
niespełnionym marzeniem – Giedroyc przemienił w trzeźwą
strategię i stopniowo przekonał do niej najbystrzejsze umysły,
a za nimi – całe rzesze. Już dlatego należy mu się
pierwsze miejsce wśród polskich statystów.
Ale – co warte jest nie mniejszej uwagi –
Giedroyc nie zalecał tej swojej koncepcji jako narzędzia walki
z Rosją i Rosjanami. Zgadzał się z tezą, wedle której
niepodległość naszych wspólnych sąsiadów jest warunkiem
rozwoju samej Rosji; toż ważnym hamulcem koniecznych tam
reform jest pokusa odwojowania Ukrainy. Niełatwo naśladować
Anglię, Francję, Holandię (a też Niemcy i Japonię) –
zapomnieć o koloniach, zaborach i terytorialnych zdobyczach, a
skupić się na nowoczesnej, intensywnej gospodarce... Istotnie,
żaden naród w Europie nie stoi wobec tak dramatycznego wyboru
– na nowej drodze Rosjanin poznał tymczasem tylko wyboje,
a stara droga ekspansji wydaje się wciąż otwarta.
Giedroyc wiedział, ile od tego wyboru zależy – dla
samej Rosji, dla Europy, dla Polski. Dlatego taką wagę przywiązywał
do informowania Rosjan o tym, jakie rozstrzygnięcia wybrali
Polacy, na jakie trudności natrafili, co im się w końcu udało,
jakie nasze doświadczenia mogą być ostrzeżeniem. Jeszcze
bardziej zależało mu na dialogu na te tematy z samymi
Rosjanami. Nie z wierchuszką, po dawnemu, ale z najbardziej chłonnymi,
ciekawymi świata. I Polski. Przecież stali się z poddanych
obywatelami, wyborcami.
To dlatego powstała „Nowaja Polsza”. Miesięcznik
ukazuje się już od roku. Dociera w głąb ogromnej Rosji, do
jej umysłowej awangardy. Pierwszy numer zaczynał się od przesłania
Giedroycia i mowa tam była nie o tradycjach słowiańskiego
pobratymstwa, czy o jednym płaszczu, pod którym stali w
Petersburgu dwaj znani młodzieńcy, tylko o całych stuleciach
krwawych zapasów, o długiej polskiej niewoli i o tym, że
wreszcie przyszedł czas, aby mówić z Rosjanami jak równy z równym,
bez obłudy. Bo tylko tak możliwe jest porozumienie.
To Giedroyc skłonił piszącego te słowa do założenia i
redagowania tego pisma. Myślę, że nie może być większej
satysfakcji niż ta, którą daje doprowadzenie do skutku zamysłu,
poczętego w umyśle tak świetnym. Sądzę, że Jerzy Giedroyc
zasłużył na coś więcej niż na pośmiertne honory. Trzeba
przyjąć jego koncepcje za ważne wskazania i nie odstępować
od jego strategii. Tak, nie będzie już „Kultury”.
Zostały do spełnienia obowiązki, które na jej stronicach
wskazał.
Jest tu miejsce i czas, aby wyznać, że zawdzięczam temu człowiekowi
więcej niż komukolwiek w całym moim długim życiu, bo zwalił
na mnie już kilkakroć prace, które życiu dają sens. To od
Giedroycia przywiózł banicie do florenckiego hoteliku Gustaw
Herling pierwsze, przemycone z Rosji stronice Sołżenicyna i
list z prośbą o przekład. To on słał mi żądania recenzji,
polemik, artykułów, karcąc za opieszałość. On też skłonił
mnie do zebrania tych szkiców, opatrując wstępem książkę i
– tak jest – zaskakując swoim zwyczajem autora
nagrodą Mieroszewskiego. Ale nie te przywileje pamiętam
najlepiej, tylko ostatnie spotkanie z Redaktorem, przy
wielkanocnym stole w Maisons-Laffitte, tego roku. Przełamaliśmy
się wtedy kromką czarnego, żytniego chleba z Mejszagoły, w
którym zasmakował i prosił, aby mu go przysyłać; znalazłem
ten litewski chleb w pewnym warszawskim sklepie. Schowałem tę
kromkę i sądzę, że tylko o nią jestem bogatszy od tych tysięcy
Polaków, których Giedroyc żywił swoją mądrością.
Jerzy Pomianowski
Autor – obecnie redaktor naczelny miesięcznika „Nowaja
Polsza” – przełożył dla Instytutu Literackiego
m.in. „Archipelag Gułag” i „Krąg pierwszy”
Aleksandra Sołżenicyna, był współpracownikiem „Kultury”.
|