Jerzy Giedroyc (1906 – 2000)

Jedność przeciwieństw

BOHDAN PACZOWSKI

 
 

Jerzy Giedroyc był jednym z największych polskich mężów stanu XX wieku – wieku, który jak ktoś powiedział, zabiera teraz swoje skarby, a który także dzięki niemu stał się wiekiem świetności polskiej kultury. Jego śmierć kończy epokę i nie chce się uwierzyć, że już go nie ma, tak bardzo wydawał się niezniszczalny w swojej nieustającej trosce o Polskę, w niestrudzonej pracowitości, pomimo coraz bardziej pesymistycznych wniosków. Było w nim coś z ponadczasowej postaci dobrego gospodarza, który nie ulega żywiołom i niezależnie od klęsk czy urodzajów, wciąż podejmuje swój trud od nowa.

A więc nigdy już nie będzie z nim popołudniowych rozmów przy stole zarzuconym pismami i książkami, na przepojonej światłem werandzie. Zaledwie zamykałem żelazną furtkę ogrodu i wychodziłem na pustą Avenue de Poissy, myślałem o tym, co niosłem w sobie, prócz wdzięczności. Każde spotkanie z Giedroyciem zobowiązywało. Pomimo mrocznych nieraz konkluzji, dodawało życia, zachęcało do pracy nad sobą. Potrafił słuchać tego, co mówią inni, był nieśmiały i małomówny, co niektórzy brali za wyniosłość, umiał przyznawać się do własnych błędów i z zażenowaniem zmieniał temat, ilekroć próbowało się wspomnieć o jego zasługach. Siła wewnętrzna, wielkość wizji i dokonane dzieło nie przeszkodziły mu w zachowaniu skromności.

Uczył sztuki łączenia przeciwieństw, nie mającej nic wspólnego z łatwym kompromisem. Wszystko, co dotyczyło Polski, było dla niego zawsze w rozmowie najważniejsze, niezależnie od tego, czy chodziło o Sejm, czy o otwarcie małej biblioteki w najmniejszej miejscowości, o przekupstwo, marnotrawstwo, waśnie polityczne, czy o drobne nadużycia. Ale właśnie dlatego, że dla Polski żył, że walczył całe życie o jej niepodległość i że chciał ją widzieć lepszą, światłą, dobrze rządzoną i żyjącą w zgodzie z sąsiadami, był bezwzględny w wytykaniu jej wad. Dawał tym przykład wierności własnej linii, wytrwania w tym, co się raz wybrało, i zarazem uczył patrzeć trzeźwo i krytycznie. Łączył w sobie romantyczny płomień ze szkiełkiem mądrości, udowadniając całym sobą, że napięcie etyczne i skuteczność polityczna nie zawsze muszą być niemożliwymi do pogodzenia przeciwieństwami, a połączenie delikatności, skromności i tolerancji ze stanowczością dawało mu autorytet podobny autorytetowi Jerzego Turowicza, choć tak wiele ich różniło. Na totalitarne wyniesienie kultury dla podpierania propagandy politycznej odpowiadali zresztą obaj podobnie, przeciwstawiając systemowi zniewolenia wolną myśl polityczną, ożywioną niezależną kulturą.

W „Autobiografii na cztery ręce”, którą zawdzięczamy Krzysztofowi Pomianowi, wyłowić można cechy, jakie Jerzy Giedroyc najbardziej cenił u spotykanych w życiu ludzi. Były nimi tolerancja, lojalność, ambicje polityczne z pohamowaniem ambicji osobistych, wierność w przyjaźni, dyskrecja, ofiarność, zdolność nawiązywania przyjacielskich stosunków z ludźmi, wytrwałość w walce do końca, wtedy nawet, gdy sprawa jest przegrana, i w ogóle sympatia do spraw przegranych, zachowywanie zasad przy zmianie poglądów, wyobraźnia polityczna, nie przykładanie bezwzględnych miar polityczno-moralnych w osądzie dzieł literackich, zdolność do organizowania grup ludzi, talent łagodzenia konfliktów, gospodarność, szybkość podejmowania decyzji, umiejętność otaczania się ludźmi inteligentniejszymi od siebie, zwięzłość i oszczędność w formułowaniu myśli, odwaga i przekora, wdzięk i wyobraźnia.

 

Bohdan Paczowski

 

Autor jest architektem, przyjacielem ludzi kręgu „Kultury” (m.in. Gombrowicza i Herlinga); jego fotografiami ilustrujemy ten numer „TP”.

 

 

 

 

 

 

 


FOT.BOHDAN PACZOWSKI

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl