Jerzy Giedroyc (1906 – 2000)

Wielki kanclerz Rzeczypospolitej
Czworga Narodów

BOHDAN OSADCZUK

 
 

Bywają wydarzenia, które przerastają granice naszej wyobraźni. Wiadomość o śmierci Jerzego Giedroycia spadła na nas, którzyśmy go znali, z nim się spotykali, korespondowali, rozmawiali podczas wizyt w Maisons-Laffitte lub telefonowali, jak grom z jasnego nieba. I wciąż nie chce się wierzyć, że nie spojrzy już na nas swymi mądrymi i przeważnie smutnymi oczami, tylko rzadko umiejącymi patrzeć figlarnie, i nie przemówi swym cichym, nigdy nie uniesionym głosem.

W ciągu długich lat przyzwyczailiśmy się, że na świecie zdarzają się kataklizmy, upadają ideologie i imperia, zmieniają prezydenci, rządy, mody, a przy biurku przy avenue de Poissy 91, w podparyskiej miejscowości Maisons-Laffitte, Francuzom znanej z wyścigów konnych, siedzi litewsko-polski arystokrata, pan Jerzy Giedroyc i dzień w dzień stuka na staromodnej maszynie listy do współpracowników, polityków, pisarzy i poetów z zamówieniami, wskazówkami, naganami, rzadziej z pochwałami.

W świecie pełnym chaosu i bałaganu, ów Pan Jerzy dbał jak skrzętny dziedzic o porządek w swoim majątku, który nie miał granic i rozciągał się po całym świecie, tam gdzie mieszkali współpracownicy lub zwolennicy i przeciwnicy gospodarza. Jerzy Giedroyc po prostu był i trwał, dla wielu jako symbol kontynuacji niezależnej myśli politycznej, dla innych jako tajemniczy prorok, a dla ogółu jak niezniszczalna skała. Tak zrośliśmy się z tą trwałością, że przestaliśmy liczyć przybywające mu lata, nie myśleliśmy o atakujących jego nerwy i serce coraz to nowych politycznych paskudztwach ze Wschodu i Zachodu, które hardy litewsko-polski arystokrata-demokrata znosił na pozór ze stoickim spokojem, ale które podskórnie żłobiły koleiny wstrętu i odrazy. Pod tym względem i nie tylko pod tym, zwłaszcza w trzech ostatnich latach, przypominał mi Piłsudskiego, który był jego bohaterem i wzorcem. Różnica była ta, że Piłsudski dawał upust swym uczuciom, a Giedroyc trzymał je w cuglach. Tylko niekiedy nagromadzona żółć wypływała na wierzch w jego „Notatkach Redaktora”.

Snując te porównania można by powiedzieć, że Maisons-Laffitte było dla Jerzego Giedroycia rodzajem Sulejówka, z którego potajemnie lub otwarcie, zależnie od sytuacji i potrzeb, kierował Rzecząpospolitą Czworga Narodów: Polski, Litwy, Ukrainy i Białorusi. Usiłował nadrobić pomyłki swych poprzedników, usunąć krzywdy zadane ościennym prowincjom. W moim odczuciu był wielkim kanclerzem tej symbolicznej, niezrealizowanej Rzeczypospolitej, a rozumem i wizjonerską siłą politycznej wyobraźni przerósł wszystkich polityków w trzech kadencjach niepodległej Polski od 1918 roku, chyba z wyjątkiem marszałka Józefa Piłsudskiego. Nadawał się jak nikt inny na prezydenta państwa, ale chyba lepiej, że nim nie został, bo ujadanie się z tępymi urzędasami zniszczyłoby w krótkim czasie jego kreatywność i wizjonerstwo.

Tylko dzięki obranej drodze poświęcenia się polityce w niezwykłej w naszym wieku, nieomalże mnisiej samotności, i zupełnej rezygnacji z osobistego życia i szczęścia, mógł dokonać swego dzieła. Dla mnie jako ukraińskiego współpracownika ,,Kultury”, największym osiągnięciem Jerzego Giedroycia, na naprawdę historyczną skalę, była jego decyzja wytyczenia nowej drogi dla polskiej polityki wschodniej za cenę rezygnacji z terytorialnych pretensji wobec Lwowa, Wilna i Grodna. Tylko ten, kto żył wówczas na emigracji i znał nastroje w polskiej diasporze londyńskiej, amerykańskiej i kanadyjskiej oraz wśród wysiedleńców polskich z dawnych ziem wschodnich, może objąć umysłem i wspomnieniami ogrom cywilnej odwagi oraz wizjonerstwa, jakich wymagało podjęcie przez Giedroycia tej akcji, przez wielu wszak uznawanej za samobójczą.

Jego wizja polityki wschodniej wyrosła na gruncie wczesnych doświadczeń młodego piłsudczyka, zawiedzionego w początkowych nadziejach na zmianę kursu wobec mniejszości narodowych. Stąd wzięła się rezygnacja z urzędniczej kariery i wczesne obranie drogi życiowej i politycznej, zamanifestowanej w tytule pierwszego Giedroyciowego pisma w Warszawie: ,,Bunt Młodych”, przemianowanego przez dorastających młodzieńców na ,,Politykę”, która, jak mi opowiadał pan Jerzy, w 1940 roku miała się stać pismem codziennym, aby zwalczać antyukraińską politykę prawicy post-piłsudczykowskiej, endecji, Obozu Narodowo-Radykalnego, a przede wszystkim linii generała Kasprzyckiego, jednego z największych wrogów porozumienia z Ukraińcami.

Wojna Hitlera przeciw Polsce i porozumienie dwóch dyktatorów kosztem Polski i Ukrainy przekreśliły plany młodego, ambitnego reformatora. I trzeba było podziału Europy według planów Stalina, Churchilla i Roosevelta w Jałcie, aby ten już czterdziestoletni były oficer armii Andersa odważył się w atmosferze powszechnej zdrady ideałów wolności i uwielbienia ,,wyzwoleńczej” roli Armii Czerwonej powołać do życia pismo pod niepodejrzaną dla ,,jałtańczyków” nazwą ,,Kultura”.

Ale Giedroyc do spółki z Czapskim, Mieroszewskim, Hostowcem, Herlingiem-

-Grudzińskim, Łobodowskim spłatał ,,jałtańczykom” figla i zrobił z ,,Kultury” pierwsze polskie i jednocześnie międzynarodowe pismo przeciwko Jałcie i jej następstwom. Podczas kiedy wszyscy oportuniści wiwatowali na cześć mądrej polityki ,,ojca i słoneczka narodów”, krwawego tyrana Stalina, a prawicowi reakcjoniści i nacjonaliści wszelkiej maści stawiali na rozpętanie ,,trzeciej wojny światowej” (pamiętne hasło: ,,jedna bomba atomowa i wrócimy znów do Lwowa”), zespół ,,Kultury” rozpoczął powolne drążenie skały stalinizmu i ładu jałtańskiego w imię społecznej ewolucji.

Był to program pokojowej rewizji podziału Europy. Podstawą tego programu było uznanie przemian terytorialno-granicznych, zarówno na zachodzie, jak i na wschodzie Polski. To właśnie ,,Kultura” piórem Mieroszewskiego rozpoczęła dzieło pojednania polsko-niemieckiego na osnowie uznania granicy na Odrze. Ale jeszcze większym wyzwaniem było uznanie status quo na wschodzie. Podjęte przez Jerzego Giedroycia wyzwanie stało się jego triumfem. Nigdy w historii nie udało się politycznym emigrantom przeforsować swoich koncepcji na rodzimym terenie. Przegrał Rosjanin Hercen, przegrał Mazzini we Włoszech. Fakt, że koncepcja rewizji polityki wschodniej Jerzego Giedroycia została przejęta przez ruch ,,Solidarności” i stała się potem treścią polityki zagranicznej Polski postkomunistycznej, jest wyjątkowy w powszechnej historii świata.

Koncepcja Giedroycia znalazła pozytywny odzew u części emigracji ukraińskiej, a mianowicie u tej, która również nie wierzyła w ideę nowej wojny ,,wyzwoleńczej”. Nasza grupa, stawiająca na powolny proces przeobrażeń w systemie komunistycznym i na ideologiczną walkę z imperium sowieckim, w odróżnieniu od większości naszych ziomków liczących na wojenny konflikt USA–ZSRR, otrzymała w ich środowisku pogardliwą nazwę ,,realitytnyków”. Należeli do niej oprócz mnie Borys Łewyćkyj, Iwan Łysiak-Rudnyćkyj, Iwan Koszeliweć, Jurij Szerech (Szewelow), Jurij Ławrynenko. Wspomagali nas pośrednio starsi luminarze: dawny współpracownik Giedroycia z okresu warszawskiego Iwan Kedryn i profesor Kubijowycz, również Demkowycz-Dobranśkyj, Bohdan Kordiuk i kilku innych, potem doszli Jarosław Pełenśkyj, Omelan Pricak i Roman Szporluk.

Wielkim wydarzeniem dla nas i w ogóle dla Ukrainy był wysiłek Giedroycia w sprawie wydania antologii prześladowanych pisarzy ukraińskich pod redakcją Ławrynenki, pod tytułem ,,Rozstrilane Widrodżenia” (,,Rozstrzelane Odrodzenie”). Był to niezwykle mądry krok, rehabilitujący zapoznanych urzędowo pisarzy i poetów. Oczywiście, ani ogół ukraiński, a tym bardziej zupełnie zacofany w ukraińskich sprawach (nie z własnej winy) ogół polski, nie oceniły należycie tego dzieła Giedroycia.

,,Wielki Kanclerz” bacznie śledził koleje nowej polskiej polityki wschodniej, zawiódł się na wielkich słowach Wałęsy i na kilku ministrach spraw zagranicznych z wyjątkiem Bronisława Geremka, który był najbliższy ideom ,,kanclerza”. Z polskich ambasadorów w Kijowie należycie ocenił zasługi i poglądy Jerzego Bahra. Nie udało mu się ożywić, albo mówiąc wprost, wdrożyć w życie współpracy Kościołów. Początkowe poparcie dla biskupa Tokarczuka w Przemyślu okazało się niewypałem. Popierał działalność posła na Sejm Stepana Skrypnyka, krewnego Petlury, oraz patriarchy Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Mstysława. Popierał Szkołę Letnią Malickiego na Uniwersytecie Warszawskim dla słuchaczy z Europy Wschodniej.

I jeszcze jedna sprawa. Znany pisarz Włodzimierz Odojewski ogłosił zupełnie niepoczytalny wywiad na temat teoretyka ukraińskiego nacjonalizmu Doncowa, przypisując mu kwalifikacje gorsze od Hitlera i Himmlera. Kiedy przedstawiłem ten tekst Giedroyciowi, pan Jerzy się przestraszył. ,,Skąd on nabrał tych głupstw? Przecież Pan mi zawsze mówił, że on w ogóle nie czyta po ukraińsku, a Doncow nie był tłumaczony na polski”. Doszliśmy do wniosku, że Odojewski znalazł się pod wpływem Wiktora Poliszczuka [b. prokurator PRL pochodzenia ukraińskiego, emigrant, ostatnio autor kontrowersyjnej książki nt. konfliktu polsko-ukraińskiego podczas II wojny światowej – red.]. Ale wymaga wyjaśnienia stosunek Jerzego Giedroycia do Doncowa. Znali się przed wojną i nawet korespondowali. Bazą porozumienia był antykomunizm, nie było jednak współpracy. Giedroyc prosił zaufanych petlurowców, aby zbadali, czy w organie Doncowa ,,Wistnyk” są antypolskie lub rasistowskie akcenty. Otrzymał odpowiedź, że takich rzeczy nie ma. Istotnie, Doncow nigdy nie napisał ani słowa przeciwko Polsce. Nie był też antysemitą w porównaniu z polskimi endekami. Może dlatego Giedroyc w 1940 roku pomógł Doncowowi w konsulacie polskim w Bukareszcie przy przedłużeniu paszportu polskiego. A z drugiej strony tenże Doncow krytykował Giedroycia po wojnie, że publikuje dzieła komunistów ukraińskich (chodziło o wspomnianą antologię ,,Rozstrilane Widrodżenia”). Zdaje się, że Giedroyc zignorował ten głos Doncowa. Myślę, że postąpił słusznie.

Było kilka naszych wspólnych niezrealizowanych projektów. Jeden z nich, a mianowicie mój pomysł utworzenia polsko-ukraińskiego europejskiego uniwersytetu, Giedroyc z miejsca poparł i może uda się go zrealizować. Nie udało się nam niczego zrobić w dwóch sprawach: restauracji Kamieńca Podolskiego i otwarcia Huculszczyzny dla turystyki.

Długie lata pisywałem dla szwajcarskiego dziennika ,,Neue Zürcher Zeitung”, lecz związki z nim miały czysto zawodowy i koleżeński charakter. Relacje z ,,Kulturą” i Jerzym Giedroyciem były innego gatunku. Powiedziałbym – najwyższego. To nie znaczy, że obywało się bez konfliktów. Chodziło zwykle o Rosję. Uważałem, że Giedroyc idzie za daleko w awansach wobec Sołżenicyna albo Maksimowa. Giedroyc odpowiadał, że nie mam zrozumienia dla rosyjskich reformatorów. Ale po jakimś czasie przestaliśmy się kłócić o Rosję. Pamiętam, że raz wieczorem przy szklance wina doszliśmy do wniosku, że ani on nie jest rusofilem, ani ja rusofobem i że bardzo chcemy dobrych stosunków Polski i Ukrainy z demokratyczną Rosją. Tylko że obydwaj nie wiemy, jak to zrobić.

Bohdan Osadczuk

 

Autor – publicysta, działacz ukraińskiej emigracji politycznej, profesor Wolnego Uniwersytetu w Berlinie – był wieloletnim współpracownikiem „Kultury”.

 

 

 

 

 

 

 


FOT.BOHDAN PACZOWSKI

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl