|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Spotkanie ostatnie,
spotkanie pierwsze
MACIEJ KOZŁOWSKI
Czerwiec 2000. Trochę przez przypadek, ale bardziej
wiedziony jakąś wewnętrzną potrzebą, tym razem nie korzystałem
z samochodu, ale powtórzyłem trasę sprzed lat bez mała
czterdziestu. Metro do dworca St. Lazare, potem pociąg do
stacji Maisons-Laffitte. Na planie miasta szukam nazwy, którą
wciąż doskonale pamiętam: Avenue de Poissy. Nie ma. Nikt z
zatrzymywanych przechodniów nie potrafi mi pomóc. Przywoływany
z pamięci obraz małego sennego miasteczka z tonącymi w
zieleni starymi willami też nie na wiele się zdaje wśród świateł,
samochodów, kawiarni. Wreszcie ktoś kieruje mnie do starego
piekarza, który mieszka tu od lat. Avenue de Poissy nazywa się
Avenue Charles de Gaulle, numeracja też się zmieniła, ale dom
starszego pana z Polski znajdę bez trudu.
A potem jest dokładnie tak, jakby nic się nie zmieniło. To
samo ogromne, piętrowo zawalone papierami biurko w małym narożnym
pokoiku, starszy pan w apaszce pod szyją, uważnie wsłuchujący
się w każde słowo, co jakiś czas komentujący, zapalający
się do jakichś myśli. I ten sam szacunek dla rozmówcy, zachłanność
na informacje, pomysły. Dziś wobec siwiejącego ambasadora
Rzeczypospolitej w Izraelu, wówczas wobec niespełna
dwudziestoletniego studenta, przed którym właśnie otwarł się
nowy fascynujący świat: publicystyki Mieroszewskiego, prozy
Gombrowicza i Herlinga-Grudzińskiego, poezji Miłosza czy
Wierzyńskiego. Ale przede wszystkim zauroczonego tym człowiekiem:
nie mającym cienia wątpliwości wobec tego, co robi, mimo że
na zdrowy rozum dysputa o konieczności budowania mostów do
Ukraińców, Białorusinów i Litwinów wydawać by się mogła
dla przybysza z kraju Władysława Gomułki czymś bardziej
abstrakcyjnym niż powieści przeżywającego wówczas szczyt
powodzenia Stanisława Lema.
No i tą jego niezachwianą pewnością, że drukowane słowo
ma wagę większą niż kilogramy trotylu.
I chyba ta pewność właśnie, przekazywana pozawerbalnie,
ale tak oczywista dla każdego, kto kiedykolwiek miał szansę z
Redaktorem się zetknąć, sprawiała, że tylu wielkich pióra
do niego właśnie zanosiło swoje teksty. Mało: ileż spośród
tych tekstów nigdy by nie powstało, gdyby nie Redaktor, którego
skąpe pochwały dla każdego spośród autorów znaczyły więcej
niż niejedna nagroda, honorarium, tłumaczenie czy co tam
jeszcze!
W tamtych czasach w środowisku, które później otrze się
o proces ,,Taterników”, mówiliśmy o Redaktorze ,,Książę”.
Potem, czytając wydawane ostatnio liczne opracowania o
,,Kulturze” i jej twórcy zauważyłem, że ta ksywka
przyjęła się szerzej, choć oczywiście w samym
Maisons-Laffitte nikt z nas tego określenia użyć by się nie
ośmielił, nawet w lekkich rozmowach z Zygmuntem czy Zofią
Hertzami, którzy przecież nigdy nie stronili od żartów o
swoim szefie.
Były to czasy, gdy do Maisons-Laffitte jeździło się
zawsze z dreszczem emocji, czy przypadkiem gdzieś nie kryje się
smutny pan z ambasady z ukrytą kamerą. Jednak natychmiast po
przekroczeniu furtki i przymusowym oszczekaniu przez łaciatego
spaniela, każdy – a mówię to na podstawie wielu rozmów
toczonych już po kolacji w gościnnych pokoikach w małym
baraczku na zapleczu willi – doznawał szczególnego
uczucia podróży w czasie: przeniesienia do wolnej Polski. I to
nie tej dawnej, przedwojennej, jak w niektórych miejscach
polskiego Londynu, ale tej wyimaginowanej, przyszłej, która
tam przez cały czas już istniała. A była to naprawdę
Polska, w której chciałoby się zamieszkać! Otwarta na sąsiadów,
tolerancyjna, bez przedwojennych grzechów partyjniactwa i
prywaty. Gdzie ludzie mają do siebie zaufanie i zachowują
lojalność. (A miał Redaktor przenikliwy dar oceny ludzi, jako
że przez te wszystkie lata, kiedy to często gościłem czy
przemieszkiwałem w Maisons-Laffitte, nie zdarzyło się, by
ktokolwiek owo zaufanie zawiódł, i wśród licznych zeznań na
procesie nie znalazło się ani jedno od kogoś, kogo w
Maisons-Laffitte spotkałem. A było tych osób niemało!)
Polska, w której bez wielkich słów wszyscy robią swoje dla
dobra publicznego. I chyba, najpierw wożąc, a potem nosząc
książki w okładkach w drobną szarą kratkę, nosiliśmy
przede wszystkim okruchy takiej Polski.
Wiele napisano o zgorzknieniu Redaktora, o jego nadmiernie
nieraz krytycznym stosunku do nowej rzeczywistości w Polsce. Cóż,
chyba nikt jak on nie widział tak ostro przepaści między
Polską z Maisons-
-Laffitte, a tą znad Wisły.
Mój ostatni spór z Księciem toczyłem owego czerwcowego
popołudnia na ten właśnie temat. Pozycję miałem niełatwą,
jako podsądny w procesie lustracyjnym, którego tło stanowiły
owe dawne z Redaktorem kontakty. A powodem spotkania była prośba
o danie świadectwa. Zaangażowałem się jednak w próbę
przekonania go, że mimo wszystko kawałki tej Polski z
Maisons-Laffitte w Warszawie czy Krakowie, a nawet Gdańsku, można
znaleźć i że bilans mimo wszystko jest pozytywny. Oczywiście
tak tego nie mówiłem. Chyba jedyną rzeczą, której Książę
nie znosił bardziej niż polskiej głupoty i prywaty, były
komplementy i pochlebstwa. Jako człowiek o wyjątkowo
przenikliwym umyśle wartość tego, czego dokonał, znał, ale
przecież wciąż czuł niedosyt. I dlatego nie znosił, gdy się
o tym mówiło.
Zapewne w najbliższym czasie przeczytamy wiele głęboko
dowiedzionych tez o zasługach ,,Kultury” i jej Redaktora
dla polskiej niepodległości i kształtu przemian w naszym
kraju. Nigdy o tym za mało. Chciałbym dorzucić jedno. Był
Redaktor wielkim wychowawcą. I jego to w wielkiej mierze zasługa,
że mimo 40 lat komunizmu, mimo dziesięciu lat szaleństw
lustratorów, tak wielu w Polsce spotkać można przyzwoitych
ludzi.
Maciej Kozłowski
|