Jerzy Giedroyc (1906 – 2000)

Książę niezłomny

STANISŁAW LEM

 
 

Napraszają się słowa najbardziej wytarte, pompatyczne, którymi szafowaliśmy mnóstwo razy, ale teraz, dla mnie, właśnie takie słowa nabierają bezwzględnego znaczenia. Takie zużyte zwroty, jak: oddał Polsce całe życie. Znane porzekadło, że nie ma ludzi niezastąpionych, w Jego wypadku nie jest prawdziwe. On jest niezastąpiony.

„Kulturę” zacząłem czytać jako początkujący pisarz w warszawskiej bibliotece Związku Literatów, ponieważ było to jedyne dostępne miejsce, w którym mogłem ją pochłaniać, tak jak astmatyk pochłania tlen z butli. Nigdy Go nie widziałem, a tylko przebywając za stanu wojennego w Wiedniu, telefonowałem do paryskiej redakcji i zapowiadałem następny artykuł. Zasięg oddziaływania niestrudzonych prac Giedroycia jeszcze nie został ogarnięty, ponieważ jest tak wielowymiarowy, jak ledwie z dali dostrzegany górski masyw. ,,Zeszyty Historyczne”, wszystkie książki emigracyjne, które wypromował, ,,Dziennik” Gombrowicza, który by nie powstał bez Niego, niepoliczalne utwory prozą i wierszem, niedostępne dla żyjących w PRL-u, które On głównie ratował przed unicestwieniem. Traktowanie jadem, ogniem, kłamliwymi pomówieniami, jakoby wspierany był w swojej działalności przez CIA, przez tak zwane „wrogie PRL-owi ośrodki”, podsuwanie Mu sfałszowanych patriotów, co wracali do kraju, żeby Go szkalować – wszystkie akcje skierowane przeciwko Niemu znosił ze zdumiewającą siłą, spokojem i cierpliwością. Nie ominęły Go również, niestety, także obelgi rozgłaszane w wolnej Polsce, ponieważ nic w naszym kraju nie ma tak uporczywej i tak nośnej siły, jak głupota i nienawiść.

Wiadomości o jego śmierci obawiałem się od dawna. Jego krystaliczna duchowa siła dawała mi wciąż jednak nadzieję, że będzie On jeszcze mógł działać tak samo, jak przez wszystkie lata minione. Jakkolwiek jestem pisarzem, to znaczy zawodowcem w dziedzinie języka, brakuje mi właściwych słów, które mógłbym złożyć na Jego grobie. Prawie nikt nie chciał lub nie mógł w kraju korzystać z Jego otwartej na rzeczywistość polską i światową prawdomówności: hałas potępieńczych swarów politycznych skutecznie starał się Go zagłuszyć. Do ostatniego numeru „Kultura” była dla mnie jedynym polskim pismem całkowicie wyzbytym stronniczości, pozostającym poziomicą i pionem naszego losu pomiędzy większymi od nas sąsiadami, których siłę i słabość, a zarazem potrzebę odważnej ugody z nimi, widział Giedroyc zawsze. Nie wiem, co będzie teraz, ponieważ zapewniał, że „Kulturę”, dzieło swojego życia, zabierze do grobu. Wiem po prostu, że jego zgon jest stratą niepowetowaną i że nie znam drugiego człowieka, który by tak wszystko oddał Polsce i tak znikomą wziął za to zapłatę.

Teraz rozmaite głosy i pióra będą poświęcać Mu pośmiertne laudacje. Dla mnie nie ulega wątpliwości, że całą sprawę ojczystą dźwigał w gruncie rzeczy sam jeden i że dzięki temu wolno Go, odrzucając wszelkie znamiona przenośni, nazwać Księciem Niezłomnym.

Stanisław Lem

Autor publikował w latach 80. w „Kulturze” jako P. Znawca.

 

 

 

 

 

 

 


FOT.BOHDAN PACZOWSKI

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl