|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Gwiazda wytrwałości
KRZYSZTOF KOZŁOWSKI
Polska drugiej połowy XX wieku wspierała się – na
przekór historycznym wirażom – na kilku-kilkunastu
wielkich postaciach. To one w ogromnej mierze kształtowały
wizerunek naszego kraju. To ich podziwialiśmy – bądź
spieraliśmy się z nimi nieustannie. Bez nich bylibyśmy
jeszcze mniejszym krajem. Dziś żegnamy jednego z wielkich
– Jerzego Giedroycia.
Nigdy nie piastował wysokich stanowisk, z premedytacją nie
publikował książek ani artykułów, wiódł na poły zakonne
życie nie ruszając się praktycznie z miejsca, nie odnosił
spektakularnych zwycięstw – był natomiast w stopniu
niespotykanym uparty i niezależny w tym wszystkim, co czynił
dla Polski. A Polską był pochłonięty dosłownie bez reszty.
Pod koniec długiego życia odmówił przyjęcia orderu Orła
Białego, bo III Rzeczpospolita nie stała się w pełni Polską,
do której tak wytrwale dążył. Zapewne jednak powinien też
dostać, bo nań zasłużył jak nikt inny, zaprojektowany po
rozbiorach i nigdy nie zrealizowany, a przecież tak bardzo
polski order, który miał się nazywać Gwiazda Wytrwałości.
Posiadał przy tym Jerzy Giedroyc niepospolity instynkt czy,
jak kto woli, ostrość widzenia, która kazała mu przed wojną
skupić wokół „Buntu Młodych”, a potem „Polityki”, przyszłe elity polityczne, bo to uznał wówczas
za najważniejsze. Równie bezbłędnie odczytał z końcem
wojny przyszłe potrzeby nie tylko społeczności emigracyjnej,
lecz przede wszystkim odciętych od wolnego słowa Polaków w
kraju. Tworząc „Kulturę” oraz Instytut Literacki, zrazu
wśród żołnierzy II Korpusu w Rzymie, a wkrótce potem już w
Paryżu, myślał doprawdy dalekosiężnie, bez złudzeń co do
najbliższej przyszłości.
Nie poddał się emocjonalnej presji rodaków, z bezlitosnym
realizmem zwalczał szlachetne mrzonki, wymagając od Polaków
rzeczy najtrudniejszej: myślenia. Nie przysparzało mu to
przyjaciół. Izolowany przez struktury emigracyjne, zwalczany
zaciekle przez władze PRL, budował z mozołem – nakłaniając
do współpracy znakomite pióra – niepowtarzalną
jednoosobową instytucję. Setki kolejnych numerów miesięcznika,
setki wydanych tytułów książkowych czytanych coraz
powszechniej, częstokroć wręcz z nabożeństwem, stworzyło
siłę, którą uznać musieli w końcu nawet wrogowie. Dziś
dorosłemu inteligentowi polskiemu wręcz nie wypada nie przyznać
się, iż wychował się na „Kulturze” i jej książkach.
Niemniej Jerzy Giedroyc melancholijnie powtarzał, że docierać
do ludzi to jedno, a wpływać na nich to całkiem inna sprawa.
Miał więc poczucie, że rzuca często grochem o ścianę. A
przecież właśnie dziesiątki lat Giedroyciowej perswazji
dokonały przełomu: zrozumieliśmy na przykład, że na
wschodzie graniczymy nie z Rosją, lecz z Litwą, Białorusią i
Ukrainą, i to nim te państwa pojawiły się na mapie. Nie
ulega wątpliwości, że to Giedroyc położył podwaliny pod
nową polską politykę wschodnią, przsełamując stereotypy i
zmuszając nas do zrewidowania zakorzenionych postaw.
Kończy się XX wiek, kończy się definitywnie pewna epoka,
znika instytucja, której rolę w dziejach Polski można przyrównać
jedynie do roli XIX-wiecznego Hotelu Lambert Czartoryskich. Wiek
XXI będzie wymagał innych metod, innych instrumentów, nowe
wyzwania czekają Polaków. Tylko kto będzie nas dopingował do
wzmożonego wysiłku myślowego?
Krzysztof Kozłowski
|