|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Zwycięstwo Giedroycia
WOJCIECH KARPIŃSKI
Umarł w wieku 94 lat, do końca twórczo aktywny i to nie
jako prywatny człowiek, lecz jako instytucja, którą stworzył,
uosabiał i która odegrała w historii Polski, w historii
Europy XX wieku rolę zasadniczą. Umarł tak, jak zapewne sobie
tego życzył, w pełni działania: wrześniowy numer „Kultury”
(636) został rozesłany na niewiele godzin przed jego zgonem,
kończył przygotowania numeru październikowego. Poszedł na
badania do kliniki. W nocy z 14 na 15 września 2000 roku serce
we śnie przestało działać: une mort subite, nagła śmierć
– stwierdzili lekarze.
Zachował do ostatniego momentu zadziwiającą sprawność
umysłu, umiejętność pracy i ciekawość świata. Mogłem to
stwierdzać na zebraniach Funduszu Pomocy Niezależnej
Literaturze i Nauce Polskiej: był w tym gronie najstarszy, od
najmłodszego dzieliło go przeszło pół wieku, ale to w jego
oku zapalało się nagle światło i pamiętał o stypendium już
raz komuś przyznanym przed laty, albo dopytywał się rzeczowo
o losy jakiejś kwoty; to on na ostatnim spotkaniu rzucił pomysł
zwrócenia się do przedsiębiorców polskich o wspomożenie
Funduszu i na niewiele dni przed śmiercią wysłał pierwsze
listy w tej sprawie.
Gdy umierał, przeżył o trzy lata księcia Adama
Czartoryskiego. Od dziesięcioleci było jasne, że ich
dokonania można porównywać. Ponad czterdzieści lat temu w
szkicu o „Kulturze”, żartobliwie elegijnym i nadal
zadziwiającym trafnością charakterystyki i żywością
kreski, „Zagubieni romantycy: panegiryk – pamflet
– próba nekrologu?” – Wacław Zbyszewski
konstatował, że do miejsc związanych na trwałe z polską
historią w Paryżu i jego okolicach dopisać należy
Maisons-Laffitte. Ale dzisiaj przecież to zestawienie dwóch
wielkości wymaga zasadniczego uzupełnienia. O Giedroyciu
powiedzieć by trzeba, że to Czartoryski o szerszym polu działania,
bo przekształcił fundamentalnie polską politykę i kulturę i
splótł je nierozdzielnie, a przede wszystkim, że to
Czartoryski, którego plany i ambicje się spełniły. Epilogiem
działania domu „Kultury”, choć nie tak wspaniałego
jak Hôtel Lambert na Wyspie Świętego Ludwika, jest przecież
niepodległa Polska w sytuacji geopolitycznej, jakiej nie mieliśmy
od lat kilkuset, tkwiąca w Europie Środkowowschodniej o
demokratycznych i – w miarę stabilnych –
strukturach państwowych, mająca uregulowane stosunki z
niepodległą Litwą, niepodległą Ukrainą, niepodległymi
Czechami, niepodległą Słowacją, demokratycznymi i
zjednoczonymi Niemcami, Rosją wolną od komunizmu.
Kilka pokoleń odbywało pielgrzymki od podparyskiej stacji
kolejowej łukowato wygiętą avenue Charles de Gaulle do domu „Kultury”
skrytego w zieleni. Towarzyszyło tej wędrówce przyśpieszone
bicie serca: wzruszenie, bo było to od dawna miejsce mityczne;
kiedyś obawa, bo były to wizyty zakazane; a także uczucie skrępowania
przy zetknięciu się z osobowością trudną do przeniknięcia
i budzącą wielki szacunek; a wreszcie, nie ma co ukrywać, lęk
przed napadami złego humoru despotycznego władcy tego domu
– Faxa, ostatniego i najbardziej chimerycznego z dynastii
cocker spanieli „Kultury”.
W tych dniach myślę ze szczególnym wzruszeniem o Zofii
Hertz, która towarzyszyła wysiłkom Jerzego Giedroycia od lat
już prawie sześćdziesięciu; podkreślał, że bez niej „Kultura”
nie mogłaby istnieć i było to dla wszystkich oczywiste. Myślę
o jego bracie, Henryku Giedroyciu, poświęcił życie „Kulturze”,
on także; jego rozsądkowi, jego sumienności i taktowi zawdzięcza
wiele ten dom. A im, i tym twórcom, którzy się wokół pisma
skupili i znaleźli w nim żywotną przestrzeń duchową, nieskończenie
wiele zawdzięczamy my wszyscy. Jerzy Giedroyc stworzył
wydawnictwami „Kultury” dzieło trwalsze niż jego żywot
czy żywot tych, którzy się z nim stykali. To przecież on
wydawał najważniejsze utwory literatury polskiej XX wieku, te,
które wyznaczają jej silny nurt. Trwać będą tak długo, jak
długo trwać będzie zainteresowanie polskim słowem.
Kiedy patrzę teraz, w obliczu jego śmierci, na dzieło
Jerzego Giedroycia, ogarnia mnie poczucie wdzięczności. A także
poczucie radości. Czuję się bogatszy, czerpię radość z uświadomienia
sobie tego faktu: żyjemy w okresie Polskiego Odrodzenia,
odrodzenia społecznego i kulturalnego. Tego odrodzenia był
Jerzy Giedroyc jednym z najważniejszych współtwórców, można
powiedzieć, że był jego wielkim redaktorem. To odrodzenie
dostrzegałem przede wszystkim w dziełach Gombrowicza i Miłosza,
a także Czapskiego, Herlinga-Grudzińskiego, Wata, Jeleńskiego,
Stempowskiego, ale w ostatnich dekadach to odrodzenie zatoczyło
coraz szersze kręgi: promieniowanie osobowości polskiego papieża,
niezależny ruch społeczny ukoronowany przez Solidarność, a
wreszcie cudowne wydarzenia roku 1989, które odbieram jako
niespodziewany prezent od losu i mam nadzieję, że nigdy nie
przestanę być za ten dar wdzięczny i radować się nim:
upadek muru berlińskiego, upadek komunizmu, upadek Związku
Sowieckiego – to wszystko zmieniło oblicze Polski,
oblicze Europy, nasze myślenie o człowieku i myślenie o świecie.
Jest radosnym doznaniem żyć w takich czasach. I zupełnie
nie odczuwam, aby te przemiany należały do przeszłości, wręcz
przeciwnie, „Kultura” była zwiastunem postaw, które
dopiero w ostatnich czasach zdobyły prawo publicznego
istnienia. Dlatego nie odbieram śmierci Giedroycia jako końca
epoki. Przecież to on jest współtwórcą nowej epoki. Wielkość
jego dokonania wyraża się w tym, że jego dzieło nie zniknie,
nie może zniknąć. Otwierał nowe szlaki, nowe perspektywy.
Literatura polska wyznaczana przez pisarzy zbójeckich jest
literaturą jutra. Polityka suwerenności, wolności, uznania
dla wartości jest polityką na dzisiaj i na jutro.
Wojciech Karpiński
Autor, historyk idei i eseista, publikował na
łamach „Kultury” (m.in. jako Zenon Mielnicki); opublikował tomy szkiców
o pisarzach z kręgu „Kultury” („Książki zbójeckie”, „Herb
wygnania”).
|