Jerzy Giedroyc (1906 – 2000)

Równoległe drogi

JAN NOWAK-JEZIORAŃSKI

 
 

W liście, który przysłał mi faksem na 6 dni przed śmiercią, Jerzy Giedroyc wyrażał zgodę na wydanie przez Ossolineum przeszło siedmiuset listów, które wymieniliśmy w ciągu pięćdziesięciu lat. Te ostatnie słowa do mnie skierowane stały się jakby testamentem, w którym redaktor „Kultury” przekazywał mi naszą wspólną, bardzo dziwną spuściznę.

Nasze wzajemne stosunki najlepiej chyba określa angielskie powiedzenie „love-hate relationship”. Ileż razy zgrzytałem zębami czytając w „Kulturze” ataki na Wolną Europę. Stefan Kisielewski staczał w Maisons-Laffitte homeryckie boje w obronie Jana Nowaka przed panem Jerzym, który uważał, że Nowak marnuje ten potężny instrument, jakim jest Polska Rozgłośnia RWE. A jednak nasze nieustanne spory nigdy nie zamieniły się we wzajemny antagonizm. Wymienialiśmy poglądy i niejednokrotnie pomagaliśmy sobie wzajemnie. Ile razy byłem w Paryżu, spotykaliśmy się w ulubionym bistro pana Jerzego naprzeciwko dworca Saint Lazare albo w Maisons-Laffitte. W latach 50. Giedroyc odwiedził mnie kilkakrotnie w Monachium. Raz jeden wygarnialiśmy sobie wzajemne pretensje w domu państwa Sabbatów w Londynie. Posyłałem mu nasze przeglądy prasy krajowej i materiały otrzymywane z Polski, a on umożliwiał moje poufne spotkania z ludźmi z Polski. Jemu właśnie zawdzięczam nawiązanie pierwszych kontaktów ze Stefanem Kisielewskim, Stanisławem Stommą, Andrzejem Bobkowskim i wielu innymi. Raz na miesiąc Wolna Europa nadawała omówienia i fragmenty ostatniego numeru „Kultury”. Pamiętam, jak zmartwił się pan Jerzy, kiedy powiedziałem mu, że odchodzę z Radia. Okazał mi wówczas dużo poparcia i życzliwości.

Giedroyc był nie tylko tytanem pracy, ale prawdziwym wulkanem wyrzucającym z siebie nieustannie nowe pomysły i projekty, często kontrowersyjne, a czasem – w moim pojęciu – niezbyt praktyczne. Miał do mnie żal, że nie stosuję się do jego rad, ale w gruncie rzeczy nasze drogi biegły równolegle w tym samym kierunku. Bez żadnych uzgodnień i wzajemnego wpływania na siebie realizowaliśmy tę samą doktrynę, którą „Kultura” nazywała ewolucjonizmem, a my gradualizmem. Opierała się ona na założeniu, że mobilizowanie nacisku społecznego na rządzących może doprowadzić do stopniowego rozszerzenia marginesu wolności bez uciekania się do gwałtu. Z tą różnicą, że ja miałem do dyspozycji odrzutowiec z załogą ponad stu ludzi, a Giedroyc kilkuosobową awionetkę, którą pobiła wszystkie rekordy wysokości i długości lotu.

Rzadko widziałem pana Jerzego uśmiechniętego albo żartującego. Opuszczone w dół kąciki ust i powaga oblicza były wyrazem nieustannej troski. Rozczarowanie i niezadowolenie budziła w Giedroyciu nie tylko Wolna Europa i jej polski dyrektor, ale także polski Londyn, ludzie opozycji w Polsce, Prymas Wyszyński, biskupi i Kościół, „Tygodnik Powszechny” i Papież, a nade wszystko Ameryka i jej polityka. Miał w sobie intelektualną przekorność i umiał płynąć tylko pod prąd. „Kultura” naruszała wszystkie możliwe schematy, szokowała, budziła sprzeciwy i stała się przysłowiowym kijem raz po raz wsadzanym w mrowisko. I to było chyba jedną z największych zasług pana Jerzego, bo „Kultura” nie pozwalała na to, by myśl polityczna zastygła w bezruchu i w ogólnie przyjętych stereotypach.

Wydaje mi się, że szacunek i uznanie, jakie zawsze miałem dla Giedroycia, pomimo pozorów, spotykały się ze wzajemnością. Nie wyrażał jej w sposób serdeczny i ciepły. Listy zaczynały się z reguły od zwrotu „Drogi Panie”, a kończyły „najlepszymi pozdrowieniami”. Aż tu nagle, w końcu 1998 r. dostałem list utrzymany w tonie zupełnie odmiennym od wszystkich poprzednich:

„Drogi Panie Janie,

proszę przyjąć najlepsze gratulacje z powodu przyznania Panu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Wrocławskiego. Jest to dowód uznania dla Pana walki o odzyskanie niepodległości, a w tym włączenia Ziem Zachodnich do Polski.

Mimo wszystkich iskrzeń między nami była to wspólna walka, w czasie której nie brakowało Pana życzliwości i pomocy w mojej pracy.

Nasza walka jednak nie jest skończona. Prowadzimy ją dziś, by III Rzeczpospolita stała się Polską, o jaką walczyliśmy. Jestem pewien, że w tej walce jesteśmy bardziej zgodni niż przedtem. Tym więcej, że jest o wiele trudniejsza.

Wiele serdeczności

Jerzy Giedroyc”

Głęboko wzruszony odpowiedziałem:

„Drogi Panie Jerzy,

sprawił mi Pan najmilszą niespodziankę swoim listem z 14 listopada br. Przesyła mi Pan gratulacje z okazji przyznania tytułu d.h.c. przez Uniwersytet Wrocławski, ale to, co Pan napisał w tak serdeczny sposób, więcej dla mnie znaczy niż wiele honorów, tytułów i orderów, które tak hojnie na mnie spływają.

Przywiązywałem zawsze olbrzymie znaczenie do promieniowania na Polskę Maisons-Laffitte i byłem pełen głębokiego podziwu dla Pana, Panie Jerzy, boć przecież były to dokonania jednego człowieka, który miał do pomocy zaledwie kilku bezgranicznie oddanych ludzi...

Raz jeszcze dziękuję Panu serdecznie za list, który jest pięknym akordem zamykającym nasze spory. Pozostaje po nich wzajemny szacunek i świadomość, że innymi drogami zmierzaliśmy do wspólnego celu.

Łączę serdeczne pozdrowienia

Jan Nowak-Jeziorański”

We wspomnianym już ostatnim liście, pisanym na sześć dni przed zgonem, Giedroyc zapraszał mnie do Maisons-Laffitte i pisał: „Bardzo cieszę się na spotkanie, gdyż byłoby szereg spraw do przedyskutowania, jeśli idzie o sytuację w kraju, która wygląda wręcz katastrofalnie, a nie wiem, czy w wielu sprawach bardzo się nie różnimy”.

Myślę z głębokim żalem, że już nie dojdzie do tej jeszcze jednej małej kłótni z Jerzym Giedroyciem.

Dwanaście lat temu w eseju poświęconym Giedroyciowi wyraziłem przekonanie, że jest on najbardziej zasłużonym emigrantem okresu powojennego. Niewiele pozostałoby z naszego żołnierskiego uchodźstwa, gdyby nie było 634 numerów „Kultury”, ponad czterystu pozycji książkowych z dziedziny literatury, poezji, publicystyki i historii oraz 132 „Zeszytów Historycznych”, bezcennego źródła dla przyszłych dziejopisów. Gdyby Giedroyc nie zerwał w pierwszych latach powojennych z niezłomnością polskiego Londynu, jeden z dwóch największych poetów okresu powojennego, Czesław Miłosz, byłby twórcą nieznanym. Nie miałby gdzie ogłaszać swoich poezji, bo jako były attaché kultury ambasady PRL w Paryżu, stał się przedmiotem ostracyzmu ze strony wydawnictw i prasy emigracyjnej. Bez Giedroycia nie byłoby polskiej nagrody Nobla (O „Kulturze”. Wspomnienia i opinie. Puls Publication, London 1987). Dziś dodałbym do dawnej wypowiedzi przekonanie, że historia uzna Jerzego Giedroycia za jedną z czołowych polskich postaci ubiegłego wieku. Będzie tematem wielu prac, artykułów i monografii. Choć umarł, żyć będzie po śmierci w pamięci narodowej.

Jan Nowak-Jeziorański

 

 

 

 

 

 

 


FOT.BOHDAN PACZOWSKI

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl