|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Redaktor jako redaktor
RAFAŁ HABIELSKI
Współpracownicy i autorzy „Kultury” mówili o nim
Redaktor. Było to oczywiste, gdyż biografia Jerzego Giedroycia
to niemal wyłącznie redagowanie. Począwszy od przedwojennych
pism „Myśl Mocarstwowa”, „Bunt Młodych” i „Polityka”,
po „Kulturę” – razem przeszło siedemdziesiąt
lat.
Pod wieloma względami Giedroyc przypominał naczelnych
wywodzących się z tradycji XIX wieku. Przez długi czas w ogóle
nie pisał. Komponował układ numeru (trzymając do końca w
najgłębszej tajemnicy to, co w nim będzie), zamawiał teksty
i obudowywał pismo współpracownikami, nie tworząc w zasadzie
redakcji w pełnym tego słowa znaczeniu. Sam czytał wszystkie
napływające materiały i wszystkie decyzje dotyczące druku
podejmował samodzielnie. Stąd wziął się żart, że w skład
redakcji „Kultury” wchodzą: Jerzy Giedroyc, Giedroyc
Jerzy, Giedroyc, Jerzy i inne osoby.
Już u początków swojej drogi różnił się od innych
redaktorów sposobem pojmowania tego, czym ma być jego pismo i
czemu ma służyć. Nie chciał, by było miejscem druku, choćby
najlepszych tekstów, będących wyłącznie przejawem
zainteresowań ich autorów. Wszystkie jego pisma („Bunt Młodych”,
„Polityka” „Kultura”) miały program, któremu
podporządkowane były i tematy, i oceny.
Giedroyc wielokrotnie mówił o sobie, że jest zwierzęciem
politycznym. Tak było w istocie, wobec czego trudno oddzielić
jego pasje w tej materii od pracy redaktorskiej. Aktywność w
życiu politycznym pojmował swoiście. Nie miał ambicji udziału
bezpośredniego. Chciał natomiast wpływać, kształtować,
poddawać pod rozwagę. Krótko mówiąc, traktował redagowane
przez siebie pisma, zwłaszcza „Kulturę”, jako coś w
rodzaju instrumentu politycznego.
Przed wojną to, że był piłsudczykiem, nie oznaczało, że
mógł drukować wszystko to, co chciał. Pozwalał sobie na
wiele, ale jego pisma padały ofiarą cenzury i konfliktów
frakcji w obozie władzy. Niewiele brakowało, a pojechałby do
Berezy z polecenia najbardziej liberalnego premiera pomajowego
Mariana Zyndrama Kościałkowskiego.
Jest coś z paradoksu, że pełną swobodę wypowiedzi zyskał
po utworzeniu „Kultury”, a więc poza krajem. Pierwszy
numer, wydany w Rzymie w lecie 1947, przy znaczącym współudziale
Gustawa Herlinga-Grudzińskiego, nie przypominał kolejnych. Można
nawet powiedzieć, że „prawdziwa” „Kultura”
zaczęła się od nr 2/3, który ukazał się w październiku
tegoż roku w Maisons-Laffitte. Najogólniejszym zadaniem pisma
było podtrzymanie kontaktu z krajem oraz objaśnianie
emigracyjnej inteligencji, czym jest powojenna rzeczywistość.
Prowadzenie miesięcznika, tym bardziej stawiającego sobie
takie cele, było nie do wykonania bez odpowiedniego zaplecza
autorskiego. Giedroyc rozpoczął więc, z benedyktyńską
cierpliwością, tropienie rozsianych po świecie swoich dawnych
współpracowników i poszukiwanie nowych. Nie zrażał się ani
odmowami, których było niewiele, ani nie odpowiadaniem na
listy.
Oprócz będących w zasięgu ręki, w Paryżu bądź blisko
Francji, Czapskiego, Bobkowskiego, Jeleńskiego, Stempowskiego,
Wacława Zbyszewskiego, Mieroszewskiego, Vincenza, dotarł do
mieszkającego w Buenos Aires Gombrowicza, zaszytego w
Montevideo Czesława Straszewicza, osiadłych w Stanach
Zjednoczonych Józefa Wittlina i Zygmunta Haupta, i w Kanadzie
Benedykta Heydenkorna. Do końca lat czterdziestych, oferując
bardziej niż skromne honoraria, zdołał nakłonić do współpracy
z „Kulturą”, wówczas mało znaną i dramatycznie walczącą
o byt, najlepsze pióra. Zachęcał do pisania i aktywności
tych, którzy uznali, że los emigranta wypełniać musi praca
fizyczna bądź biedowanie na zasiłkach i okazjonalnych
stypendiach. „Kultura” i Biblioteka „Kultury”
nie były po wojnie jedynymi miejscami druku poza krajem, lecz
nie ulega wątpliwości, że to Giedroyciowi polska literatura
zawdzięcza powojenną twórczość Gombrowicza, Miłosza,
Straszewicza i innych, a także publicystykę Mieroszewskiego
czy Jeleńskiego.
W strategii redakcyjnej, nierozerwalnie związanej z polityką,
mieściło się pozyskiwanie autorów krajowych. Przypadek Czesława
Miłosza jest tu najlepiej znany, a dopełniają go nazwiska
Wata, Stawara, Hłaski, pisarzy, którzy opuścili Polskę w
okolicach 1968 roku, i tych, którzy współpracowali „Kulturą”
nie wyjeżdżając z kraju. Giedroyc potrafił przez lata
zapewnić pismu dopływ świeżej krwi, a także wynajdywać
następców tych, którzy odchodzili. Po śmierci Gombrowicza swój
„Dziennik pisany nocą” publikować zaczął
Herling-Grudziński, po śmierci Mieroszewskiego jednym z głównych
komentatorów wydarzeń politycznych stał się obecny w miesięczniku
już wcześniej Leopold Unger. Uchroniło to „Kulturę”
przed jednopokoleniowością, czego smutnymi przykładami służyły
tygodniki emigracji londyńskiej.
Polityczny program pisma, zgodnie z zasadą utrzymywania
kontaktu z rzeczywistością, polegał na zmianie koncepcji i
pomysłów przy zachowaniu stałej pamięci o celach
zasadniczych. Giedroyc był zdania, że traktując jako
niezmienny fundament programu antykomunizm, niepodległość,
pojednanie na Wschodzie czy linię Odry-Nysy, można ewoluować
i wycofywać się z pomysłów wcześniejszych. A zatem zmieniać
poglądy przy zachowaniu zasad. Dbał o to, by robić to z
otwartą przyłbicą i nie udawać, że zapomniało się o tym,
o czym pisało się jakiś czas temu. Ten mechanizm pozwolił „Kulturze”
wiarygodnie odnajdować się w różnych rzeczywistościach i
czasach. Staliniźmie, Październiku, ponurej gomułkowszczyźnie,
po Grudniu, a także w Sierpniu i po Okrągłym Stole.
Naturalnie i wiarygodnie, po prostu uczciwie, przechodzić od
projektu wańkowiczowskiego Klubu Trzeciego Miejsca, przez pomysł
Brygady Międzynarodowej walczącej przeciw komunistom w Korei,
po koncepcję neutralizmu, poparcie Gomułki, cofnięcie tego
poparcia i zastąpienie go stymulowaniem oraz wspieraniem postaw
opozycyjnych w kraju.
Hasłami, które Giedroyc wypisał sobie na sztandarze,
uruchamiając „Kulturę”, i które stały się zasadami
jego pracy redaktorskiej, były niezależność i odwaga w myśleniu.
Pozwalały one czuć się Redaktorowi wolnym od oczekiwań
czytelników, którym chciał poddawać pomysły, wyzwalać z
niewoli schematów i pomagać w rewizji poglądów uznawanych za
nieweryfikowalne. Nie brał pod uwagę schlebiania opinii i
wychodzenia naprzeciw oczekiwaniom odbiorców pisma, ufając, że
uzasadniony koncept sformułowany w dobrej wierze, prędzej lub
później zyska uznanie, choć w punkcie wyjścia wielu wydawać
się będzie odstępstwem bądź zdradą. Tak było, gdy w początku
lat pięćdziesiątych, rozpoczynając budowę swego programu
wschodniego „Kultura” zaakceptowała utratę Kresów.
Niezależność i odwaga pomagały uwolnić miesięcznik od
brzemienia ideologii. Ten aideologiczny wymiar „Kultury”
zaważył na jej dość niezwykłym w polskich warunkach
obliczu. Nie była – rzecz jasna – ani ugodowa, ani
pozytywistyczna, ale także nie romantyczna, wychodząc tym
samym poza utrwalone w polskim doświadczeniu politycznym
tradycyjne wzory stosunku do rzeczywistości. Z pewnością nie
była prawicowa, w zasadzie także nie lewicowa, choć słychać
zachęty, by tak ją odczytywać. Mogła dzięki temu docierać
do czytelników o bardzo różnych zapatrywaniach, a także, dzięki
edycjom obcojęzycznym, do Ukraińców, Rosjan, Czechów, Słowaków
i Niemców.
Niemal od początku, to znaczy od pierwszego paryskiego
numeru, „Kultura” oparta była na najoczywistszym i
najprostszym pomyśle formalnym. Stałych działów prowadzonych
przez (w miarę możliwości) stałych autorów, w tym
korespondencji z najważniejszych skupisk polskich w świecie,
oraz umieszczonego na czołowym miejscu artykułu wyrażającego
stanowisko miesięcznika. Z biegiem czasu pojawiły się oświadczenia
oraz „Notatki Redaktora”. Specjalnością miesięcznika
były ankiety oraz zazwyczaj obszerny dział listów do redakcji
(nie drukowane były tylko laudacje). Wszystko to mogło być
realizowane pod warunkiem sumienności i punktualności autorów.
Redaktor pilnował jej, pisząc niekiedy tuzin listów dziennie,
przy czym korespondencja służyła nie tylko mobilizowaniu. Była
również okazją do szlifowania i precyzowania stanowiska
zajmowanego przez „Kulturę”, a w wielu wypadkach
zwyczajną rozmową, namiastką życia prywatnego.
Warunki współpracy z autorami podporządkowane były dobru
pisma. Redaktor wielokrotnie powtarzał, że liczy się przede
wszystkim tekst, a nie charakter autora czy stosunek do niego
opinii. Nie oznaczało to jednak, że w imię otrzymania dobrego
maszynopisu był skłonny do ustępstw, zwłaszcza w kwestiach
zasadniczych. Zdołał zbudować dość niezwykły związek z
autorami, w którym zależność od trzymania przez nich poziomu
i terminów, szła o lepsze ze swego rodzaju narzucaniem im
swojej woli, to znaczy dostosowywaniem tego, co pisali do
aktualnych wymogów „Kultury”. Spięcia i konflikty nie
należały do rzadkości. Ostatni, bodaj najgłośniejszy, z
Gustawem Herlingiem-Grudzińskim dowodzi, że spójność
programowa miesięcznika, czyli jego wiarygodność, była dla
Giedroycia ważniejsza niż wielkie pióro. Pozostał wierny
zasadom, które określały tożsamość „Kultury”,
pisma będącego zapisem jego nadziei, ambicji i pomysłów.
Rafał Habielski
Autor jest historykiem, badaczem dziejów
powojennej polskiej emigracji, autorem m.in. monografii londyńskich „Wiadomości”
(„Niezłomni, nieprzejednani”) oraz pracy o emigracyjnej kulturze.
|