|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Myśląc o redaktorze
ANDRZEJ DOBOSZ
Ostatnie lata życia Jerzego Giedroycia były pełne goryczy.
Z dezaprobatą oceniał rozwój sytuacji w Polsce. Oczywiście
jego wymagania były tak surowe, że gdybyśmy byli krajem o dużo
lepszych niż dziś obyczajach politycznych, i tak jego nadzieje
byłyby dalekie od spełnienia. Bardzo krytycznie oceniał kiedyś
Polskę dwudziestolecia. Potem wiele rzeczy gorzkich miał do
powiedzenia o generale Sikorskim.
Z tym wszystkim polityka zagraniczna Polski po odzyskaniu
suwerenności była w głównych liniach realizacją jego
projektów. Co więcej, stała się możliwa dzięki „Kulturze”.
Przecież przed 50 laty idea niepodległościowa wydawała się
powszechnie związana z odzyskaniem Lwowa i Wilna. To
kilkadziesiąt lat publicystyki „Kultury” doprowadziło
do zasadniczej reorientacji naszego myślenia.
Za wielkim dziełem 636 numerów „Kultury”, wydanych
w ciągu 54 lat, za 506 tomami Biblioteki „Kultury” kryją
się jeszcze tysiące działań i akcji różnej doniosłości i
różnej skuteczności. Na ślad bardzo drobnej ich części
naprowadza „Autobiografia na cztery ręce”: „Interesowałem
się nie tylko czystą polityką. Uprawiałem również stale
jakąś działalność społeczną. Tak np. zupełnie
przypadkowo zająłem się problemem rybaków Kaszubów. Kiedyś,
gdy niezbyt dobrze się czułem, pojechałem w marcu na Hel. Tam
zamieszkałem u jakiegoś rybaka, u którego spędziłem kilka
dni. Zobaczyłem wtedy, w jak ciężkich warunkach żyją ci
ludzie i jak są traktowani z największą podejrzliwością
przez władze. Ponieważ miałem jakiegoś przyjaciela w Urzędzie
Morskim, zająłem się propagandą spożycia ryb morskich i
nawet sfinansowałem wydawnictwo pod nazwą »Pani
Florentyna«, które zawierało przepisy kulinarne”.
Nie lekceważąc podobnych spraw, Jerzy Giedroyc miewał
zazwyczaj bardziej ambitne projekty. Tak więc w pewnej chwili
uznał, że byłoby dla Polski korzystne, gdyby generał
Sosnkowski zastąpił Rydza-Śmigłego na stanowisku Naczelnego
Wodza. J.G. był wówczas sekretarzem ministra rolnictwa Rogera
Raczyńskiego, zaprzyjaźnionego z generałem. „Kiedyś, gdy
byliśmy tylko we trzech, poruszyłem tę sprawę. »A kto
pan jest?« – zapytał mnie na to Sosnkowski.
Odpowiedziałem urzędowo: »Jestem sekretarzem
wiceministra rolnictwa itd.«. On popatrzył na mnie i
powiedział: »To są tematy, o których ja z panem nie będę
dyskutować«”...
Latem 1939 nie zrażony J. G. wpadł na pomysł, że
Sosnkowski powinien zostać wysłany z misją wojskową i
polityczną do Stanów Zjednoczonych. Generał bardzo długo
zastanawiał się nad tą propozycją i wreszcie uznał, że się
zgodzi, jeśli min. Beck mu coś takiego zaproponuje. Giedroyc,
trzydziestotrzyletni sekretarz ministra przemysłu i handlu nie
znał osobiście Becka, a jednak sprawił, że ten wyraził
aprobatę. Tyle że dwa dni później wybuchła wojna.
Nieporównanie bardziej skuteczne były wpływy Redaktora na
literaturę polską Jego Stulecia.
„Dziennik” Gombrowicza: „Niech się Pan zastanowi,
czy Pana Dzienniczek i takie szkice jak o Sienkiewiczu nie mogłyby
wypełnić książki? Byłaby to nie tylko doskonała książka...”
„Dziennik pisany nocą” Herlinga, „Dziennik podróży”
i większość esejów Jerzego Stempowskiego nie powstałyby bez
„Kultury”. O ile trudniejszy byłby los Miłosza. Rola
Jerzego Giedroycia nie ograniczała się do tych czterech
wielkich nazwisk. „Jestem tym, który wydostaje od Wittlina
artykuły, ale jak obliczyłem, wydostanie jednego essayu wymaga
dwóch lat starań oraz około 89 listów. Po tym okresie dostaję
essay na inny temat, ale zawsze znakomity”.
Doskonale zapowiadający się urzędnik państwowy, a zarazem
twórca i redaktor pisma właściwie opozycyjnego, o skłonnościach
zarazem konserwatywnych i lewicujących, nie identyfikujący się
nigdy z żadnym ugrupowaniem, gotów był jednak utrzymywać
kontakty, rozmawiać i wpływać na wszystkich: cywilizowanych
endeków, szefów OZON-u, socjalistów, wreszcie postkomunistów.
Choć można go uznać z sztandarową postać myśli
demokratycznej, to jego poglądy nie poddawały się kryteriom
politycznej poprawności... „Gdy usprawiedliwiałem działania
niekonstytucyjne czy sam usiłowałem je podejmować, miałem na
widoku naprawę państwa, uczynienie go lepszym, bardziej
sprawiedliwym, bardziej logicznym. Dlatego np. uważałem Brześć
za uzasadniony. Centrolew był realnym zagrożeniem, zamierzał
robić w Polsce rewolucję... Internowanie działaczy Centrolewu
było w tych warunkach aktem obrony koniecznej, chociaż gwałciło
immunitet poselski i było nielegalne, leżało w interesie państwa”.
Do końca przejmował się losem państwa polskiego, ale również
tym, że warto wznowić, a kto wie, czy nie wydać po koreańsku,
pochodzącą z początku wieku książkę Wacława
Sieroszewskiego o Korei.
Andrzej Dobosz
|