Jerzy Giedroyc (1906 – 2000)

O Jerzym Giedroyciu lirycznie

TADEUSZ CHRZANOWSKI

 
 

Zawsze, aż do dziś, myślałem, że on mnie przeżyje, bo chociaż o przeszło 20 lat starszy, wydawał się instytucją, a więc czymś wiecznotrwałym. Czas powoli odciskał piętno na jego posturze, ale umysł pozostawał niezłomny, tak jak niezłomny był on sam pośród odmętów historii stającej się codziennie. Tak więc coś niedobrego się dokonało: nie ma już w Maisons-Laffitte Pana Jerzego, nigdy nie wysiądę na niewielkiej podmiejskiej stacji i nie podrepczę długą avenue Charles De Gaulle aż do miejsca, w którym w ogrodzie stoi willa z prostą tabliczka przy domofonie: „Institut Litteraire”.

Co dopiero odszedł Gustaw Herling-Grudziński, który tyle lat z „Kulturą” współpracował i był jej współtwórcą. Starsi panowie dwaj niepotrzebnie się poróżnili, ale mam głębokie przekonanie, że tam, gdzie się obecnie znaleźli, uścisnęli sobie ręce i wzajemnie wszystko wybaczyli. W ciągu kilku zaledwie miesięcy zmarli dwaj ludzie stanowiący filary tamtej, odchodzącej w historię epoki. I nieważne, czy mieli bardzo odmienne poglądy, ważne, że poprzez „Kulturę” oddziaływali na Polskę i co światlejszych jej mieszkańców, jako też na masy polskiego wychodźstwa, podtrzymując spójność narodową ludzi tak bardzo narażonych na wynarodowienie.

Nieprzecenialne są zasługi Pana Jerzego, zwłaszcza gdy dodać do długiego szeregu zeszytów „Kultury” edycje książek, które – zwłaszcza w dobie ucisku cenzuralnego – przynosiły nam ważne, a nieosiągalne na rynku krajowym pozycje od Koestlera po Sołżenicyna, jak też autorów polskich, z noblistą-Miłoszem na czele. Zasługą Giedroyca było też propagowanie w społeczeństwie polskim idei zbliżenia z sąsiadami, w szczególności tymi ze wschodu. Podkreślał zarówno sentymentalne, jako też historyczne związki tych krajów i narodów z Polską, ale ta postawa nigdy nie wiązała się z tendencjami rewindykacyjnymi, z jakimikolwiek pretensjami czy to terytorialnymi, czy też nacjonalistycznymi.

Pan Jerzy był przykładem demokratyzmu, pełnego zrozumienia cudzych ambicji i pragnień. Pochodzący z rodziny o korzeniach litewskich, był zarówno Polakiem, jak Litwinem, a więc indywidualną, jednostkową wypadkową wielkiego wydarzenia w dziejach Europy, jakim była Unia Korony i Litwy. Rozumiał wszelako, że nawiązywanie do tradycji owej unii jest nie do przyjęcia przez współczesnych Litwinów, Łotyszów, Białorusinów i Ukraińców. Był za maksymalnym zbliżeniem, wzajemnym sobie wybaczaniem, wspólnym marszem do Europy z obozu komunistycznego, który się na jego i naszych oczach rozpadał. Siedząc w swej podparyskiej samotni, doskonale orientował się w tym, co się dzieje w Środkowej i Wschodniej Europie. Nie poddawał się naiwnemu ale krzykliwemu antykomunizmowi ani antyrosyjskości.

Obawiam się, że Polacy w swej ogromnej masie niewiele skorzystali z propozycji, które wysuwała „Kultura”, ale dobrze, że posiew myśli, którą lansował Pan Jerzy oraz zgromadzeni przez niego publicyści z Mieroszewskim, Stempowskim, Ungerem, Kruczkiem-Hellerem i wielu innymi, jednak przenikał do elit. Nie będąc ani prawicowcem (zwłaszcza deklamatorskim), a już z pewnością także nie lewicowcem, uważam, że o kształcie kraju decydują nie tak zwane masy, składające się przede wszystkim z ciemnoty i ludzi rozumujących tylko z perspektywy interesu własnego, ale właśnie inteligenci, świadomie zohydzani przez komuchów w minionym okresie. Także oczywiście pośród inteligencji lęgną się oszołomy i głupy, czego wachlarz prezydenckich amatorów stał się ostatnio kapitalną, choć zasmucającą panoramą. Niemniej o kształcie państwa decydują ludzie z cenzusem i doświadczeniem, a to właśnie do nich była adresowana „Kultura” i jej publicystyka.

Jedną z podstawowych cech psychiki i mentalności Pana Jerzego było to, co sam określał jako instynkt państwowy. Był „państwowcem” w najlepszym rozumieniu tego terminu, to znaczy kimś, kto widział państwo w perspektywie ogólnej, jako element scalający i zabezpieczający funkcjonowanie zbiorowości, zbyt skorej, zwłaszcza u nas, do warcholstwa w imię własnego osobistego interesu, za to z gębą pełną wznioslych komunałów. Był patriotą prawdziwym i dojrzałym, nie deklaratywnym, nieustannie wsłuchanym w rytm kraju odległego, ale nigdy obcego.

Drugiej Rzeczypospolitej zawdzięczamy wiele i niewiele zarazem: było w tamtej Polsce wiele nieprawości, wiele zawirowań i wiele głupoty, ale czego odmówić tamtemu społeczeństwu nie można, to wielkiego narodowego zrywu odbudowy państwa i zagospodarowania go miłością i wiernością. II wojna światowa zmiotła pokolenie, które kraj potrafił w ciągu swego krótkotrwałego niepodległego istnienia wychować. Kiedy takie wspaniałe społeczeństwo będzie w stanie odrodzić się nad Wisłą?

Pan Jerzy, zawsze schludny, zawsze z fularkiem pod szyją, stale palący papierosa i spod nawisłych powiek obserwujący przybysza, każdego przyjmował godnie i z szacunkiem. Takiego pamiętam i będę pamiętał. I pamiętam także, jak podczas mojej ostatniej wizyty w „Laficie”, siedząc w jego zapchanym książkami i czasopismami gabinecie posłyszałem nagle dobitne dobijanie się do okna i spojrzawszy w tym kierunku zobaczyłem koguta, który walił z uporem w szybę. Pan Jerzy poderwał się i podreptał swoim drobnym kroczkiem do kuchni, skąd po chwili przyniósł miseczkę z ziarnem: „Nie wiem, skąd się ten przybłęda tu pojawił, ale skoro uznał ten dom za swój, nie pozostaje mi nic innego jak mu podawać ulubione jadło.”

W tym domu strawę, dach nad głową i opiekę znajdowało moc przybłędów większych i mniejszych. Czasem w sieni spotykało się długą, lekko przygarbioną sylwetkę Józefa Czapskiego. W ostatnich latach pojawiła się też galeria portretów stałych bywalców i przyjaciół. Znalazł się w niej oczywiscie konterfekt Stefana Kisielewskiego, który z Panem Jerzym często i zażarcie się kłócił, ale obaj ogromnie się szanowali i lubili. Kiedyś zapytałem gospodarza, jak ocenia swój portret wymalowany w „Sprzysiężeniu” Kisiela, a on trochę się jakby zawahał, ale potem uśmiechnął i zrozumiałem, że zaaprobował ten konterfekt z czasu „Buntu Młodych”.

Kończąc, chciałbym podzielić się czymś bardzo osobistym. Uważam się generalnie za człowieka szczęśliwego: mam miłą rodzinę, śliczne wnuczęta, udało mi się to i owo zrobić. A fundamentem tego udanego żywota jest między innymi to, że dane mi było natrafić na dwóch niezwykłych redaktorów, dwóch Jerzych, z których jeden – Turowicz – umożliwił mi debiut w „Tygodniku Powszechnym”, a drugi – Giedroyc – znosił i drukował moje elukubracje w „Kulturze”, które pisałem pod różnymi pseudonimami, to jako Tymoteusz Klempski, to jako Józef Szrett. Obaj „moi” redaktorzy byli redaktorami wytrawnymi i lojalnymi: nigdy nie poprawiali moich tekstów ani ich tym bardziej nie zmieniali bez porozumienia się ze mną. Stara szkoła, obecnie coraz bardziej wychodząca z krainy dobrego obyczaju. I obu ich już nie ma, więc jak mam żyć w tym kraju znikających ludzi, którzy mnie prowadzili po bezdrożach świata? Czy mogę być nadal człowiekiem szczęśliwym?

Tadeusz Chrzanowski

 

Autor, historyk sztuki i publicysta, publikował w „Kulturze” m.in. jako Tymoteusz Klempski i Józef Szrett.

 

 

 

 

 

 

 


FOT.BOHDAN PACZOWSKI

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl