|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Oskarżony: Jerzy Giedroyc
KRZYSZTOF BURNETKO
Proces odbył się przed Sądem Wojewódzkim dla miasta stołecznego
Warszawy. Trwał zaledwie kilka dni, od 9 do 24 lutego 1970
roku. Składowi sędziowskiemu przewodniczył R. Bodecki, ławnikami
byli M. Wójtowicz i A. Zabłotowicz. Oskarżali prokuratorzy:
M. Pancer i E. Górski. Na ławie oskarżonych zasiadło pięcioro
młodych ludzi: Maciej Kozłowski (absolwent archeologii śródziemnomorskiej
UJ, początkujący dziennikarz, a z zamiłowania alpinista),
Krzysztof Szymborski (biofizyk), Jakub Karpiński (socjolog) i
Maria Tworkowska oraz Małgorzata Szpakowska (krytyk literacki).
Zarzut wobec pierwszych czworga brzmiał: „Wejście w
porozumienie z obcą organizacją w celu działania na szkodę
Państwa Polskiego” (art. 5 tzw. Małego Kodeksu Karnego;
w związku z wejściem w życie nowego kodeksu kwalifikację tę
zmieniono potem na art. 132 k.k.). Szpakowska miała być winna „lżenia,
wyszydzania lub poniżania ustroju PRL” (art. 270 kk).
Dla wszystkich było jednak jasne, że oskarżonym w tym
procesie był również Jerzy Giedroyc i paryska „Kultura”.
Wszystko zaczęło się kilka lat wcześniej, na początku
lat 60. Przy okazji wyjazdu wspinaczkowego w Alpy francuskie
Maciej Kozłowski, wtedy lat niewiele ponad 20, jedzie do
podparyskiego Maisons-Laffitte, by odwiedzić Jerzego
Giedroycia.
Odtąd za każdym razem, gdy wraca z Alp, zahacza o siedzibę
„Kultury” i zabiera do kraju wydawnictwa Instytutu
Literackiego. Kilkakrotnie przesłuchiwany w latach 60. przez Służbę
Bezpieczeństwa PRL i namawiany do współpracy, dziś wspomina:
„Najpierw mówiłem im, że polityka mnie nie interesuje, że
jeżdżę do Francji tylko ze względu na góry. Prowadziłem tę
grę, bo zależało mi na utrzymaniu kontaktu z Giedroyciem i
przywożeniu książek. Ale w końcu ich pogoniłem”.
Protesty studenckie Marca ’68 omijają Kozłowskiego,
bo w tym czasie uczestniczy w górskiej wyprawie w okolicach
Chamonix. Po powrocie do Polski wpada na pomysł – razem z
Krzysztofem Szymborskim – aby wydawać niezależne pismo
dokumentujące represje, analizujące sytuację w kraju i
mechanizmy systemu. Ponieważ w Polsce okazuje się to niemożliwe
(brak powielaczy, farb, papieru), planują drukować je za
granicą i przemycać do kraju przez Tatry, wykorzystując umiejętności
członków Klubu Wysokogórskiego. W ten sam sposób chcą
szmuglować wydawnictwa emigracyjne.
Ponieważ SB zaczyna nachodzić również jego rodzinę, Kozłowski
przemyśliwa o emigracji. Okazją do wyjazdu może być wyprawa
na Spitsbergen latem 1968. Stamtąd po kilku miesiącach jedzie
do Paryża. Na początku grudnia 1968 roku razem z Andrzejem
Mrozem (również alpinistą) wyrusza do Czechosłowacji, by
zbierać materiały do reportażu o nastrojach po zdławieniu „Praskiej
Wiosny”.
Wtedy po raz pierwszy przechodzą do Polski przez góry
– przez „zieloną granicę”. Tą samą drogą Kozłowski
wraca do Czechosłowacji. W plecaku niesie odezwy, ulotki,
rezolucje oraz relacje świadków Marca ’68 –
opublikowane później przez IL w zbiorze „Dokumenty.
Wydarzenia Marcowe 1968 roku”. Kozłowski informuje też
Giedroycia o możliwości przemycania emigracyjnych książek
przez Tatry.
24 stycznia 1969 roku Kozłowski ponownie przyjeżdża do
Pragi i jako reporter „Kultury” bierze udział w
pogrzebie Jana Palacha, studenta, który popełnił samobójstwo
przez samospalenie w proteście przeciw inwazji Układu
Warszawskiego. Od czeskich studentów dostaje dokumenty z okresu
„Praskiej Wiosny”. Czesi obiecują też pomóc w
przerzucie do Polski wydawnictw emigracyjnych. Sytuację w CSRS
Kozłowski opisuje potem w „Kulturze”.
Od początku 1969 roku Kozłowski z przyjaciółmi
parokrotnie przemycają z Polski kolejne partie dokumentów o
Marcu ’68 oraz analizy sytuacji w kraju. Przedrukowuje je „Kultura”;
służą też do opracowania poświęconego PRL rozdziału „Słownika
więźniów politycznych świata” Amnesty International.
Do kraju zaś przenoszą przez góry numery „Kultury”
oraz ponad tysiąc egzemplarzy książek (m.in. „Widziane z góry”
Stalińskiego-
-Kisielewskiego, „Pornografia” Gombrowicza, „Wszyscy
byli odwróceni” Hłaski, „Czarny polonez” Wierzyńskiego
i dotyczące Marca ’68 opracowanie „Polskie przedwiośnie”).
Zimą wykorzystują zachodnie partie Tatr – Rakoń, Dolinę
Chochołowską. Latem – dostępną tylko dla wytrawnych
wspinaczy trasę przez Rysy.
Wiosną 1969 roku Kozłowski przy pomocy czeskich studentów
drukuje w Pradze pierwszy numer „Biuletynu
nieocenzurowanego”, którego tysiąc egzemplarzy ma być
przerzucone do Polski. Oprócz dwóch artykułów Kozłowskiego,
pismo zawiera głośne przemówienie Mieczysława Jastruna na
nadzwyczajnym zebraniu Warszawskiego Oddziału Związku Literatów
Polskich z lutego 1968 oraz wiersz Zbigniewa Herberta.
25 maja Kozłowski wraz z Marią Tworkowską przyjeżdżają
z Pragi do leżącego w Tatrach Słowackich Smokovca. Wiozą książki
„Kultury” oraz „Biuletyn”. W Smokovcu mają
spotkać się z kurierem z Polski, który ma przenieść materiały
dalej do kraju. Jednak następnego dnia zostają aresztowani
przez czechosłowacką służbę bezpieczeństwa StB – i
przekazani na Łysej Polanie władzom polskim. Równocześnie
StB zatrzymuje ich czeskich współpracowników oraz studiującą
wówczas w Pradze Agnieszkę Holland. W kraju SB aresztuje
Szymborskiego.
Władze szykują pokazowy proces. W przeddzień zamknięcia
śledztwa zapada decyzja, by do tzw. sprawy taterników dołączyć
nie związanych z Kozłowskim, Szymborskim i Tworkowską (choć
też zajmujących się dokumentowaniem Marca ’68) Jakuba
Karpińskiego i Małgorzatę Szpakowską. Oboje siedzą już w
areszcie pod zupełnie innymi zarzutami.
Wszystkich oskarżonych oficjalna prasa określa jako „adeptów
dywersyjnego rzemiosła”. Padają zarzuty o finansowaniu
ich przez CIA oraz „sięgających daleko – nawet do Tel
Aviwu – korzeniach sprawy”. W tym kontekście
pojawiają się ataki na „Kulturę”. To Jerzy Giedroyc
ma być przedstawicielem „obcej organizacji” (czyli
Instytutu Literackiego), z którą powiązani byli Kozłowski,
Szymborski i Tworkowska. Naczelny „Życia Literackiego”
Władysław Machejek swój komentarz tytułuje wprost: „Proces
przeciwko Gedroyciowi” [tak w oryginale – KB].
Mecenas Stanisław Szczuka, wówczas obrońca Jakuba Karpińskiego,
wspomina dziś: „To nie był proces przeciwko oskarżonym. Ten
proces miał na celu zdyskwalifikowanie Giedroycia. Był to
proces przeciwko »Kulturze«. Wyglądało to jak
proces Romualda Traugutta, który w gruncie rzeczy miał być
procesem Rządu Narodowego, a oskarżeni widzieli się po raz
pierwszy w sądzie. Tutaj było podobnie: mój klient Jakub
Karpiński nigdy się nie wspinał i na oczy nie widział wcześniej
Macieja Kozłowskiego”.
Mecenas Szczuka zwraca sądowi uwagę, że o ile emigrację
można uznać za wrogą wobec PRL, to w żaden sposób nie da się
jej uznać za „obcą”. Zatem przepis, który mówi o „organizacji
obcej” – dowodzi Szczuka na sali rozpraw – nie
może odnosić się do Instytutu Literackiego, wydającego miesięcznik
„Kultura”. Jako jedyny adwokat Szczuka podnosi też zasługi
„Kultury”, mówiąc, że to dzięki niej „mamy okazję
poznać wartościową współczesną literaturę polską”.
Szczuka wspomina dziś: „Absolutnym kuriozum były opinie
biegłego, którym był niejaki doktor Janusz Kolczyński.
Stwierdził on, że »Kultura« jest od początku
instytucją agenturalną. Dowodem miał być m.in. fakt, że
oficjalnie powołano ją we Włoszech ze środków II Korpusu
gen. Andersa, które nie mogły być duże – a tymczasem
rychło Giedroyc kupił za miliony franków posiadłość w
Maisons-Laffitte. Skąd więc wziął takie pieniądze? –
wołał retorycznie dr Kolczyński. Wtedy zadałem panu biegłemu
jedno tylko pytanie: czy to były nowe franki, czy też stare?
Kolczyński nie wiedział, o co chodzi. Więc zwróciłem się
do sądu z prośbą, bym mógł wyjaśnić biegłemu, że po
okupacji niemieckiej w obliczu szalejącej inflacji rząd
francuski zdecydował się na wymianę franka w stosunku 1:1000.
Miliony starych franków nie były więc sumą szokującą, a
Giedroyc, by je mieć, nie musiał być niczyim agentem. Nie mówiąc
o tym, że wówczas Maisons-Laffitte było tylko ubogim,
robotniczym raczej przedmieściem Paryża, a kupiona willa była
w – łagodnie mówiąc – kiepskim stanie
technicznym. Ale naturalnie argumentacja ta na niewiele się zdała”.
Znamienne, że to Giedroyciowi poświęcono najwięcej
miejsca w akcie oskarżenia. Wedle prokuratury kierowany przez
niego Instytut Literacki prowadził „działalność dywersyjną”,
„inspirowaną przez imperialistyczne ośrodki”, „zmierzającą
przez szkalowanie ustroju i naczelnych organów PRL do
stopniowego podważania socjalistycznych zasad
ustrojowych”. Do materiału dowodowego zaliczono wydawane
przez „Kulturę” książki: „Wybór pism” Simone
Weil, „Politykę i rzeczywistość” Jeanne Hersch, „Wielką
czystkę” Weissberga-Cybulskiego oraz oczywiście te tytuły,
które „taternicy” przemycili przez zieloną granicę.
Latem 2000 roku Maciej Kozłowski znowu stanął przed sądem,
tym razem oskarżony przez Rzecznika Interesu Publicznego o tzw.
kłamstwo lustracyjne. Przed Sądem Lustracyjnym bronił go
mecenas Szczuka.
W materiale dowodowym znalazł się list Jerzego Giedroycia z
31 lipca 2000. Redaktor pisał: „Tego rodzaju oskarżenie jest
jednym z haniebnych epizodów III Rzeczypospolitej. Macieja Kozłowskiego
poznałem na początku lat 60., gdy był jeszcze studentem
archeologii, i nawiązałem z nim bardzo ścisłą współpracę.
Był on niezmiernie pomocny w przerzucaniu »Kultury«
i naszych wydawnictw do Polski, i robił to z bardzo wielkim poświęceniem
i jak najbardziej bezinteresownie. Wielokrotnie mówił mi, że
jest nachodzony przez władze bezpieczeństwa. Bynajmniej tego
nie ukrywał nie tylko przede mną, ale i przed swoimi przyjaciółmi
i znajomymi w Polsce. Z tego też powodu, po wyjściu z więzienia,
gdzie odbył karę za współpracę z »Kulturą«
(tzw. proces taterników), nie mógł zdobyć pracy, był objęty
zakazem druku i odmówiono mu paszportu. Dopiero pod koniec 1981
r., w zmienionych warunkach politycznych, mógł wznowić
kontakt ze mną. Mogłem wtedy wyrazić mu swoją wdzięczność
za tak cenną współpracę.
Stwierdzam, że w walce o odzyskanie niepodległości Polski
Maciej Kozłowski odegrał dużą rolę i zasługuje na największe
uznanie, a nie na tak haniebne i krzywdzące go oskarżenia.
Orzeczenie Sądu Lustracyjnego będzie sprawdzianem niezależności
tego organu...”.
Proces „taterników” nie był w PRL pierwszym
procesem, związanym z „Kulturą”.
Latem 1958 na trzy lata więzienia skazano Hannę Rewską. Sąd
uznał ją winną kolportowania „Kultury”, co
potraktowano jako „równoznaczne z rozpowszechnianiem fałszywych
wiadomości mogących wyrządzić szkodę istotnym interesom Państwa
Polskiego”. Proces ten miał być sygnałem, że władza
nie zamierza tolerować istniejącej od odwilży Października
’56 sytuacji półlegalnego kolportażu „Kultury”
w kraju (była ona przez pewien czas dostępna nawet w niektórych
bibliotekach naukowych) oraz współpracy z pismem niektórych
krajowych autorów.
Wprawdzie pod presją opinii publicznej władze uwolniły
Rewską, lecz wkrótce, we wrześniu 1961, sprokurowano kolejny
podobny proces. Sekretarka Polskiego Towarzystwa Socjologicznego
i członkini „Klubu Krzywego Koła”, Hanna Rudzińska,
została oskarżona o podpisanie z Giedroyciem umowy o tłumaczenie
książki Feliksa Grossa „The Seizure of Political
Power” oraz o kolportaż i przechowywanie wydawnictw
zagranicznych. Tu protesty nie pomogły: karę (rok więzienia)
wykonano.
Śledztwa w sprawie kontaktów z „Kulturą” wszczęto
też w 1964 r. przeciwko Januaremu Grzędzińskiemu (legioniście
i kawalerowi Virtuti Militari, który znał Giedroycia jeszcze
sprzed wojny, a za PRL wysyłał mu analizy sytuacji w kraju)
oraz w 1965 r. przeciw Stanisławowi Catowi-Mackiewiczowi, który
pod pseudonimem Gaston de Cerizay relacjonował konflikt między
partią a środowiskiem literackim po „Liście 34”. W
tych przypadkach – ze względu na nazwiska podejrzanych
– władze nie zdecydowały się na proces.
O ile jednak sprawy te kwalifikowane były najwyżej jako „rozpowszechnianie
fałszywych wiadomości” i „szkalowanie ustroju”,
w przypadku taterników szło o rzecz poważniejszą: udział we
„wrogiej organizacji”.
13 lutego 1970 r. Jakub Karpiński mówił przed sądem: „Prokuraturze
nie chodzi tu w istocie o to, kto się z kim porozumiewał i w
jakim celu. Chodzi natomiast o książki i artykuły. Chodzi o
to, żeby w myśl zasady »i nie wódź nas na pokuszenie«
– ustrzec obywateli PRL przed lekturą rzeczy nieprawomyślnych.
W istocie zatem w myśl owej hipotezy proces ten byłby; po
pierwsze, procesem przeciwko książkom, przeciwko słowu; po
drugie, procesem przeciwko paryskiej »Kulturze«. Nie
można jednak posadzić na ławie oskarżonych ani książek,
ani Jerzego Giedroycia. Posadzono na ławie oskarżonych nas.
Książki leżą na stole sędziowskim. Jeśli by ta hipoteza o
motywach kierujących organami ścigania była słuszna, to
instytucje te okazałyby rodzaj zbiorowego myślenia podobny do
tego, który kierował projektodawcami zdjęcia »Dziadów«.
Myślenie to jest mieszaniną paranoi ze złudzeniem totalnej
manipulacji. Można by owo myślenie scharakteryzować dwoma
formułami, z których pierwsza zdaje sprawę z elementu
paranoidalnego i brzmi: »wszystko nam zagraża«.
Druga formuła zdaje sprawę ze złudzenia totalnej manipulacji
i brzmi: »wszystkiego można zakazać«. Wśród
rozmaitych środków oddziaływania na ludzi można wyróżnić
słowo i żelazo, perswazję i siłę. Przeciwstawienie wzajemne
tych środków odegrało w historii ludzkości niemałą rolę.
Słowo nie jeden raz chciano wypalić żelazem, wyplenić
mieczem albo otoczyć kratami”.
W tym momencie prokurator przerwał oskarżonemu, wołając: „To
nie dotyczy tematu”. Karpiński dokończył: „Nie sposób
przecenić znaczenia niniejszej sprawy dla interpretacji nowego
prawa w Polsce. Powstaje bowiem kwestia, czy w XX wieku, w
Europie, prawo może być po stronie żelaza, a przeciw słowu.
Ten dylemat raczy Wysoki Sąd rozstrzygnąć”. Po czym odmówił
odpowiedzi na jakiekolwiek pytania.
Kozłowski w ostatnim słowie powiedział: „Przysłuchując
się procesowi odnosiłem wrażenie, że nie ja tu jestem oskarżonym,
lecz Instytut Literacki i Jerzy Giedroyc. »Kulturę«
uważałem za instytucję polską. Opozycyjną, ale polską. Nie
myślałbym o nawiązywaniu kontaktów z Giedroyciem, gdybym
swoje poglądy mógł wypowiadać gdzie indziej. Ale od marca
1968 jedynym miejscem, w którym można było wyrażać swoje
przekonania były sale sądowe. Nie uważam swej działalności
za polityczną. Zajmowałem się publicystyką. Oczywiście,
publicystyka społeczna od polityki uciec nie może. Moje
marzenia polityczne związane były z wydarzeniami w Czechosłowacji.
Widziałem to społeczeństwo i byłem nim zafascynowany. Cały
świat był zafascynowany – wyjąwszy pięć państw Układu
Warszawskiego. Cały świat potępił akcję militarną przeciw
Czechosłowacji. Nie przestaję żywić nadziei, że politycy
zrozumieją, że uboczne skutki zakazów w sferze myśli są groźne.
Przed Wysokim Sądem staje grupa osób, które myślały
odmiennie i starały się swoje myśli propagować. Pozostaje mi
tylko odwołać się wobec Wysokiego Sądu do polskich tradycji
tolerancji”.
Prokuratorzy zażądali: dla Kozłowskiego – 5 lat więzienia,
dla Karpińskiego i Szymborskiego – po 4,5 roku, dla
Tworkowskiej – 4 lata, a dla Szpakowskiej – 3 lata.
Sąd skazał Kozłowskiego i Karpińskiego na 4,5 roku więzienia.
Szymborskiego i Tworkowską na 3,5 roku, zaś Szpakowską na 3
lata.
Skazani odsiedzieli większą część swoich wyroków,
wyszli na wolność po amnestii w 1971 r.
Krzysztof Burnetko
|