|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Giedroyc i Kościół
KS. ADAM BONIECKI
Kiedy pierwszy raz, w roku 1972, wchodziłem do „Kultury”,
wiedziałem, że dom nie jest wielki, a załoga to zaledwie
kilka osób – w tej materii szoku nie przeżyłem. Przeżyłem
fascynację, która nigdy mnie nie opuściła. Przyszedłem na własne
oczy zobaczyć coś, co przekraczało wyobraźnię młodego księdza
z PRL – „Paryską Kulturę” (zawsze się wtedy
dodawało „paryska”), która była czymś niemożliwym,
czymś, co nie mogło istnieć, a istniało, podważając
aksjomat o wszechwładzy komuny. „Kultura” – pismo
w końcu elitarne, trudno dostępne, miało w Polsce większe
znaczenie i wpływ niż wszystkie inne gazety razem wzięte. Książki
„Kultury” otwarły świat, który cały czas istniał i
żył, choć ja o nim nie miałem pojęcia.
Uosobieniem misterium „Kultury” był jej twórca, człowiek,
ale bardziej jeszcze magiczne nazwisko, mit, przedmiot podziwu i
jednocześnie wściekłych ataków komunistów – Jerzy
Giedroyc. Z tamtego spotkania zapamiętałem jego fular i wzrok.
Fular był bordowy w drobny złocisty deseń, wzrok przenikliwy,
władczy, a jednocześnie – może z powodu ułożenia brwi
– jakoś naznaczony bólem, troską czy czymś takim.
Przebieg spotkania był niemal identyczny jak następnych. Część
kurtuazyjna (powitanie, wstępne zagadywanie o byle czym...)
zredukowana do minimum, by przejść ad medias res. Zawsze
redaktor „Kultury” widział we mnie przede wszystkim księdza
i rozmowa koncentrowała się na Kościele. Pytał, ale czułem,
że nie po to, by się czegoś dowiedzieć (chyba wszystko
wiedział), ale by mnie sprawdzić, zobaczyć jak i co myślę.
Potem przedstawiał swoją wizję zadań i strategii oraz ocenę
Kościoła w Polsce. Nie wykluczam, że do tych rozmów się
przygotował, tak wiele miał na podorędziu faktów, nazwisk,
informacji. Raczej jednak to wszystko po prostu wiedział.
Informacje, co prawda, nie zawsze były całkiem ścisłe. Był
krytyczny wobec ludzi Kościoła i chyba nie zawsze sprawiedliwy
w ocenach. Kryteria miał jasne. Mniej interesował go aspekt
duchowy, duszpasterski, doceniał zaś polityczne znaczenie Kościoła
i przeceniał możliwości Kościoła w sferze oddziaływania
społecznego. Traktował Kościół poważnie. Chętnie rozmawiał
z ludźmi Kościoła i pamiętam, że sam kiedyś pomagałem
zorganizować spotkanie z młodym wówczas, dobrze się
zapowiadającym biskupem – dzisiaj kardynałem. Pamiętam,
że obaj panowie byli potem zadowoleni.
Nie wszystko rozumiał i nie wszystko akceptował. Rok czy
dwa po wyborze Jana Pawła II powiedział mi chłodno: „nam się
ten papież nie podoba”. Zmartwiony starałem się
udowodnić, że jego znajomość papieża jest z drugiej ręki,
z francuskiej prasy i że nie ma racji. Uprzejmie mnie wysłuchał,
zgodził się przyjmować polskie wydanie „L’Osservatore
Romano”, nie wiem, czy je czytał. Nadal chętnie drukował
krytyczne materiały o Kościele, jak sądzę nie ze złośliwości,
a z troski o Kościół. Mnóstwo razy przysyłał mi wycinki z
prasy wymagające refleksji, czasem odpowiedzi. Czasem usiłował
wpływać na bieg kościelnych wydarzeń. Przed jedną z podróży
Papieża do Polski Giedroyc napisał do mnie z prośbą, bym „coś
zrobił”, by Papież w czasie wizyty w Polsce beatyfikował
metropolitę Szeptyckiego. Na nic się zdało tłumaczenie, że
mój wpływ na beatyfikacje jest żaden. Byłem w Rzymie, jako
ksiądz, Polak, powinienem... Zbadałem, jak sprawy stoją, i
to, czego się dowiedziałem, przekazałem Księciu. Nie był
zachwycony. W jego reakcji był zawód i irytacja (ten Kościół
niczego nie rozumie i traci tak ważne okazje), ale też i
rezygnacja.
Sądzę, że przez lata jego stosunek do Jana Pawła II
ewoluował. Wiedział, że Papież „Kulturę” czyta.
Kiedyś Ojciec Święty wyraził pragnienie przeczytania wydanej
przez Instytut Literacki, wyczerpanej już na rynku książki.
Natychmiast to życzenie przekazałem do Maisons-Laffitte z
sugestią, by książkę wysłać wprost do papieża. Odpowiedź
była lakoniczna: książka całkowicie wyczerpana, nawet w
magazynach nie ma...
Chłodny, przenikliwy, niesamowicie inteligentny, złośliwy,
manifestujący dystans do spraw i ludzi – takim zawsze go
widziałem – redaktor „Kultury” przyszedł do
paryskich Pallotynów na wieczór poświęcony pamięci Jerzego
Turowicza. Wtedy spotkałem go ostatni raz. Widać było, że
jest stary, szedł z trudem, podtrzymywany. Ale przyszedł... Po
zakończeniu wieczoru powiedział mi, że rzadko się wzrusza,
ale wspomnienie o Jerzym go wzruszyło. Widziałem, że ma łzy
w oczach. Taki pozostał mi w pamięci.
Ks. Adam Boniecki
|