|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Ile dywizji ma Giedroyc?
EWA BIEŃKOWSKA
Jak dla wielu osób mojego pokolenia, Giedroyc był dla mnie
najpierw kimś tajemniczym, mitycznym. To było nieznane
przedmieście podparyskie, z którego emanowały numery „Kultury”,
książki o słynnej okładce, która wywoływała przyspieszony
puls u tych, co brali ją w ręce. Moje przebudzenie polityczne
było późne – nastąpiło na studiach uniwersyteckich.
Powoli uczyłam się nazwisk pisarzy i publicystów związanych
z „Kulturą”, oszołomiona całą tradycją wokół
nich, sięgającą Polski przedwojennej, która w PRL była obłożona
tabu. Docierało do mnie, że przecież ta tradycja sięga
jeszcze dalej, jest kontynuacją Wielkiej Emigracji
romantycznej, że chodzi o to samo zadanie, o tę samą
konieczność: chronienia wolnej myśli i twórczości,
przygotowywania przyszłej wolnej Polski. Moi najbliżsi
przyjaciele w latach 60. wyjeżdżali do Paryża, odwiedzali
Maisons-Laffitte i potem opowiadali o zdumiewającej wspólnocie,
grupce paru osób pracujących razem i jedzących wspólnie w
kuchni, jak w klasztornym refektarzu.
Pod koniec roku 1968 „Kultura” wtargnęła naraz do
mego życia domowego. Mój ojciec, Władysław Bieńkowski,
wstrząśnięty przeżyciami Marca, jako bilans okresu gomułkowskiego
i jako własny rachunek sumienia napisał książkę
“Motory i hamulce socjalizmu”. Przedstawił ją władzom
komunistycznym ze świadomym wynikiem samobójczym, został z
miejsca wyrzucony ze wszystkich stanowisk. Wtedy zdecydował się
na przesłanie tekstu do Maisons-Laffitte: bodaj pierwszy z
kraju publikując tam pod własnym nazwiskiem. Po paru latach
doszła następna książka, “Socjologia klęski”,
surowa krytyka reżimu. Gdy po raz pierwszy znalazłam się w
Paryżu wiosną 1971, perspektywa wizyty w „Laficie”
napełniała wzruszeniem i tremą. Wiedziałam o zachłannym
zainteresowaniu sprawami krajowymi, o wypytywaniu gości o
wszystkie aspekty życia polskiego. Z moją ignorancją młodej
intelektualistki nie czułam się godna mych rozmówców.
Ale były to chwile niezapomniane. Weszłam w sam środek
mitu: słynna kuchnia z polsko-francuską kolacją, dostojny i
wcale nie sprzyjający odprężeniu atmosfery Redaktor, stawiająca
rzeczowe pytania pani Zofia Hertzowa, Zygmunt Hertz i Jeleński,
tak uroczy i ciepły, że rozpływało się serce. Redaktor
chciał wiedzieć, nad czym pracuje teraz mój ojciec. W
Warszawie ojciec przygotował mnie do tej rozmowy i kazał
powiedzieć, że pisze rozprawkę o ogólnych prawidłowościach
rozwoju społeczeństw. Giedroyc był bardzo niezadowolony
– niech pisze o Polsce, o rzeczywistości, którą tak
dobrze zna, niech nie ucieka w abstrakcje! A zwłaszcza niech
sobie nie wyobraża (mówił surowo), że będzie czytany w
obcojęzycznych tłumaczeniach. Tylko Polaków interesują doświadczenia
człowieka z Polski – i to doświadczenia konkretne, zapis
i analiza dziejącego się rozdziału historii współczesnej
– a mój ojciec jest wyjątkowo do tego powołany z racji
swojej politycznej roli. Wiedziałam, że ojciec ma szersze
ambicje, ale uderzyło mnie, że podobne opinie o jego zadaniach
mają ludzie, o których można powiedzieć, że są bliscy
duchowi „Kultury”: Stefan Kisielewski i Wojciech Karpiński.
Wielokrotnie to samo Ojcu powtarzali.
Niesamowita była walka tego niemal samotnego człowieka, za
którym nie stała żadna siła, z lewiatanem komunizmu. Któż
to zadał to słynne pytanie: ile dywizji ma Giedroyc? A potem
samotna opozycja względem nowej Polski, której długo (do końca?)
nie chciał przyznać atrybutu prawdziwej wolności i prawdziwej
demokracji. Zadecydował, że i jego grób będzie w
Maisons-Laffitte. W tej decyzji widzę nie tyle nieufność
wobec dzisiejszej Polski, ile konsekwencję, wierność wobec własnego
losu. Losu wygnańca, który pokazał, że serce Polski może bić
poza jej terytorium.
Ewa Bieńkowska
Autorka jest romanistką i
historykiem idei.
|