|
Jerzy
Giedroyc (1906 – 2000)
Nie wierzę, że umarł
EWA BERBERYUSZ
Nie wierzę, bo taki człowiek jest nam dziś niezbędnie
potrzebny.
Ostatni list, jaki otrzymałam z Maisons-Laffitte, nosi datę
8 września 2000. Redaktor kwituje odbiór „Kartek ze skażonej
strefy” (moich comiesięcznych korespondencji w „Kulturze”),
dziękuje za nie (mimo lapidarności stylu, zawsze dziękował),
ubolewa, że znów odłożyli mi operację zaćmy, i kończy: „U
nas wszystko bez zmian – normalne kłopoty...” W liście
z 8 sierpnia br. pisze: „Bardzo jestem ciekaw pani książki („Ale
się porąbało”) i żałuję, że zapomniała Pani ją
przysłać, bo chętnie bym się z nią zapoznał... Zosia już
wyszła z następstw pogryzienia (pogryzł ją ulubiony spaniel,
Fax – EB) i zastanawiamy się, kto będzie kolejną ofiarą...”
Fax go nie pogryzie, ja nie zapoznam się z jego krytyką
mojej książki i nie otrzymam od niego listu (na najbłahsze
natychmiast odpowiadał, zapomniana już kindersztuba.)
Jerzego Giedroycia poznałam w roku 1991 „przy
okazji” wypowiedzi o Władysławie Andersie, o którym
zbierałam materiały do książki. Piszę „przy
okazji”, ponieważ Andersa użyłam jako wybiegu, żeby
dostać się do Maisons-Laffitte, przed którym to miejscem czułam
nabożną trwogę.
Przy pierwszej wymianie zdań onieśmielenie prysło,
zorientowałam się, że siedzący przede mną Redaktor –
wbrew panującej opinii, że nieprzystępny i wyniosły –
jest człowiekiem wręcz nie znoszącym postawy na kolanach.
Przeciwnie, traktuje rozmówcę na równi, ale nie na zasadzie
brat-łata; prawie z nikim nie przechodzi na ty (nie wiem, jak
dokonał tego Adam Michnik). Jest skryty i wewnętrznie
opancerzony: napisał mi wprost: „...żyję ciągle w
gorsetach i jak się rozluźni, to się rozsypię...”. Człowiek
niezmiernej wrażliwości, myślę, że w ten sposób chronił
się przed zranieniem. Mimo obronnej postawy stwarzał wokół
siebie przedziwną „sytuację zawierzenia”. Chyba z tego
tytułu, przed laty, umierający Andrzej Stawar, człowiek z
innej „parafii”, marksista, udał się do
Maisons-Laffitte, żeby tam umrzeć, powierzając Giedroyciowi
swój piśmienniczy dorobek. Ja również, siedząc naprzeciw
niego w przeszklonym gabinecie, podgryzana przez Faxa, pomyślałam,
że temu człowiekowi mogłabym powierzyć i powiedzieć o sobie
wszystko, najgorsze rzeczy.
Naturalnie głównie rozmawialiśmy o kraju. O czymże innym
mówić z Giedroyciem! W wielkim skrócie: to on „nauczył
mnie polskości”. Z tego człowieka, który wzbraniał się
nadużywać słów „ojczyzna, naród, patriotyzm”, nawet
„racja stanu” – a wolał mówić, że po prostu
zajmuje się sprawami polskimi, emanował bezprzymiotnikowy
autorytet Polaka. Wielu powie, że wyolbrzymiał zło w polskiej
dzisiejszości, że krakał; moim zdaniem, mówił prawdę i
tylko prawdę. Kto po nim powie nam ją w oczy z taką szczerością?
Nie mogę sobie wyobrazić, że już go nie usłyszę, że
nie otrzymam listu, drobnego prezenciku (mam od niego „judaszowski
pieniążek” z 1863 r. kuty dla zdrajców Powstania oraz
mały zegarek, który najdokładniej odmierza czas na moim
nocnym stoliku). Nie mogę sobie wyobrazić, że nie poczuję
wspaniałej bezpośredniości w wymianie poglądów z osobą
tego kalibru. Miałam szefa podobnego formatu, Jerzego
Turowicza, ale mimo że daleko łagodniejszego usposobienia niż
Giedroyc, w obcowaniu nie odważyłabym się na taką swobodę.
Zaczęłam na dobre pisać do „Kultury”, kiedy jej
wyjątkowość przestała istnieć. Na wolnym rynku zaroiło się
od wolnych pism. Jednakże, „Kulturę” cechowało coś,
czego nie miały inne renomowane gazety. Giedroyc nie uznawał
żadnej „political correctness”, żadnej opcji, żadnego
lobby, żadnych ulubieńców. Liczył się tekst. Nie patyczkował
się z autorem. Krótko i węzłowato, żeby nie powiedzieć,
bezwzględnie, odrzucał elaboraty, o czym można się przekonać
czytając „Odpowiedzi Redakcji”. Niektórzy czytelnicy
zaczynali lekturę „Kultury” od tej rubryczki dla jej
okrutnego dowcipu. W adiustacji natomiast bywał niesłychanie
delikatny. Pytał o pozwolenie na zmianę niemal przecinka. Dałam
mu wolną rękę na wszelkie skróty i dopiski; niech sobie mój
tekst przewraca do góry nogami. Czynił to jednak niezwykle
oszczędnie, chociaż zwierzył mi się, że przed wojną, kiedy
redagował „Bunt Młodych”, a potem „Politykę”,
wiele artykułów znakomitych autorów (np. Adolfa Bocheńskiego)
lądowało w koszu.
Sprawom Polski oddał się bez reszty jako kilkunastoletni chłopiec
po zamordowaniu prezydenta Narutowicza. Koledzy z gimnazjum
Zamoyskiego klaskali z radości. Był to szok, który ukształtował
go i przesądził o jego późniejszym życiu.
Patrząc na dzisiejszą Polskę, stawiał na „małe
ojczyzny”, na Prowincję przez duże P. Uważał, iż tam
wylęgnie się coś dobrego, coś uzdrowicielskiego dla Polski.
Na prowincji miał też najwięcej wiernych abonentów. Wśród
inteligencji małych miast będzie po nim prawdziwy płacz.
Był zadziwiająco dobrze poinformowanym Polakiem, chociaż
po wojnie nie przyjechał do kraju. Wielu czyniło mu z tego
zarzut. Ja nie. Nie wyobrażam sobie uroczystych powitań na
lotnisku, obwożenia, laudacji, orderów (w ogóle ich nie
przyjmował). Nie znosił tego, nie wspominając, że od lat
naprawdę ciężko było mu się poruszać.
W „Kartkach” z wrześniowego (ostatniego!) numeru „Kultury”
użyłam wyrażenia: „spadają jak gruchy”, myśląc o
prawie jednoczesnych odejściach Herlinga-Grudzińskiego, księży
Tischnera i Zuberbiera, Jana Karskiego. Ani przez sekundę nie
pomyślałam, że może do nich dołączyć najstarszy, Jerzy
Giedroyc. Gdy w piątek usłyszałam wiadomość idąc rozsłonecznioną
warszawską ulicą, pożałowałam, że choć ciągle z nim w
duchu dyskutując, korespondencję i telefony odkładałam na później.
Jak bardzo praktyczny sens ma powiedzenie księdza
Twardowskiego: „śpieszcie się kochać ludzi...”
Ewa Berberyusz
Autorka – dziennikarka, współpracowniczka
„Kultury” – wydała m.in. książkę „Książę z
Maisons-Laffitte”.
|