|
DYSKUSJA O LITERATURZE LAT 90.
Teatr działań literackich
PIOTR KĘPIŃSKI
- Literatura lat 90. rozwija się znakomicie. Wielki
kryzys przeżywa natomiast krytyka literacka.
Na początku lat 90. byłem pewien, iż czasy w których
autor musiał określać swoje stanowisko ideowe albo był określany, bezpowrotnie
minęły. Niestety, tak się nie stało. Słyszymy dziś zarzuty o bezideowość,
negację i zmierzanie w pustkę, kierowane pod adresem poetów młodego i średniego
pokolenia. Camus pisał przed laty w dziennikach: „Durnie, myślicie, że negacja
jest ucieczką, podczas gdy ona jest wyborem... Myślą, że męskość to drgawki
prorocze, a wielkość to afektacja”.
ODGRZANY SCHEMAT
Nic dodać nic ująć. Może najnowsza literatura polska
winna być przeczytana powtórnie pod takim kątem, nie zaś w perspektywie
pokoleniowej czy ideowej. Historia literatury to dzieje ludzkiej wrażliwości,
gustów i mód. Odnoszę jednak wrażenie, że jest to też historia poszczególnych
autorów, nie tylko grup literackich czy też prądów. W latach 90. poeta stał się
dzięki Bogu tylko poetą, a pisarz tylko pisarzem. Jego pozycja zbyt wysoka, od
romantyzmu począwszy, a na PRL-u skończywszy, została w końcu zrównana ze
statusem, powiedzmy, nauczyciela gimnazjalnego. Dobrze się stało, chociaż ów
szok zdezorientował zarówno artystów, jak i krytyków. Miejmy nadzieję, że
szybko minie. Wtedy znikną także poszukiwania pokoleń, wspólnych zainteresowań
i Bóg wie jeszcze czego. Zostanie literatura. Trochę takiej anarchii
krytyczno-literackiej nam nie zaszkodzi.
Ale cóż, Polska jest krajem stadnego myślenia i odgrzewania
starych schematów – więc za wszelką cenę trzeba było wymyślić „pokolenie”.
Wykreowano formację sztuczną. Zapomniano, że pokolenie musi łączyć coś znacznie
ważniejszego niż wspólna data urodzenia kilkunastu twórców. Z uporem przez lata
budowano jakieś chorobliwe schematy uczestnictwa. Zapomniano, że autor nie musi
dzisiaj opowiadać się za czymś, przeciwko czemuś, ma prawo odwrócić się na
pięcie i powiedzieć, że ma to a to w nosie. I czytelnicy, i krytycy winni takie
stanowisko uszanować, chyba że mamy do czynienia z totalną nijakością. Jednak
współczesna literatura nie jest w żadnym stopniu nijaka.
Literatura lat 90. rozwija się znakomicie, wielki
kryzys przeżywa natomiast krytyka, której przedstawiciele wmówili sobie, że
wszystko trzeba opisać w kategoriach pokoleniowych, a co wymyka się tak
rozumianemu opisowi – nie istnieje. Różnorodność postaw artystycznych, brak
spójności, poważnych tematów i zdecydowanych postaw, przenikanie się poetyk –
to zarzuty uderzające we współczesną literaturę. A gdyby tak potraktować to
jako wartość?
Wtedy okaże się, że konserwatywni klasycyści,
klasycyści barbaryzujący, barbarzyńcy, post-bruLioniści, postmoderniści
prozaicy i poeci postmodernistyczni nie tworzą obok siebie, tylko w szczególny
sposób ze sobą korespondują. Ja np. lubię zestawiać wiersze
Tkaczyszyna-Dyckiego i Świetlickiego, by poszukiwać miejsc wspólnych, które
związane są czasami z klimatem poezji, z wrażliwością i specyficznym
„kadrowaniem” rzeczywistości.
POETA JEST POETĄ...
A i tak najciekawszym problemem, który winien nurtować
krytyków, jest język współczesnych autorów lub poszukiwania tego języka. Skąd
się wziął, czy ostatecznie się wyklarował? Przecież absolutną nieprawdą jest,
że to poezja Franka O’Hary zmieniła oblicze polskiej poezji. Ten język
wprowadził do literatury Piotr Sommer. To dzięki jego tłumaczeniom tak
doskonale po quasi-amerykańsku brzmiały wiersze młodych poetów. Ale to tylko
jedna strona medalu. Jest i druga. Otóż ten język musiał być przecież w jakimś
stopniu kontynuacją języka poprzedniego pokolenia. Czy w każdym razie jest
wielce prawdopodobne, że był. Poezja stanu wojennego nie wytworzyła swojej
specyficznej mowy, zapożyczała bowiem wiele z poetyki Nowej Fali, chociaż nie
tylko. We współczesnej poezji wiele jest Ryszarda Krynickiego, ale i Bronisława
Maja czy Jana Polkowskiego. Na początku lat 90. zaistniał zatem bunt, ale wbrew
pozorom, nie przeciwko językowi, ale tematyce i ideom. Buntu przeciwko formie
też nie było. Przecież w wierszach autorów młodego i średniego pokolenia oprócz
tłumaczeń Sommera wyraźnie słychać np. Jacka Bierezina, a dla wszystkich w
większym lub w mniejszym stopniu wspólny jest Różewicz, Herbert albo Miłosz.
Krytycy spodziewali się pewnie, że z dnia na dzień pojawi się nowa genialna
forma. Zbyt wiele oczekiwali, za mało dostali. Chociaż wszyscy wiedzieli, że
więcej dostać nie mogą. A przecież gdyby uważnie przeanalizować wiersze tzw.
pokolenia „bruLionu”, to znaleźlibyśmy przecież przykłady języka
wykrystalizowanego, niepowtarzalnego – Marcin Świetlicki, Jacek Podsiadło,
Andrzej Sosnowski.
Czy to mało? To dzięki tym autorom toczą się w Polsce,
szczątkowe bo szczątkowe, ale jednak – dyskusje literackie. To ci autorzy
proponują coś ważnego, coś ważnego również chcą powiedzieć.
A to, że inni im nie dorównują? To oczywista bzdura.
Jak nie dorównują! Czy wiersze Wojciecha Bonowicza są przejawem nijakości i
nihilizmu, a poezje Dariusza Sośnickiego – czy i one są przejawem artystycznej
i myślowej bezradności? Gdzie znakomite książki Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego,
Jakuba Ekiera, Marcina Barana, Marzanny Kielar? Czy krytycy nie czytają
najnowszych poezji Krzysztofa Śliwki i zajmującej prozy Karola Maliszewskiego
czy Rafała Ziemkiewicza? I nie ględźmy za dużo o hermetyczności, bo ci twórcy,
o których wspomniałem, nie mają z tym nic wspólnego. Nazwiska można jeszcze
mnożyć. I czego my jeszcze chcemy od tej literatury? Żeby góry przenosiła, a
nas samych uszczęśliwiała? Autor to tylko autor, a literatura to aż literatura.
ARCYDZIEŁO JAKO FETYSZ
W artykule Jarosława Klejnockiego „Pejzaż z Wisielcem”
( „TP” nr 6 ) można było wyczuć wyraźne zniechęcenie, a nawet gorycz i
rozczarowanie współczesnym życiem literackim – i co gorsza: współczesną
literaturą – które, jak napisał: „zmienia się w grę”. A współczesność oferuje
być może tylko „wyjałowienie, permanentny stan nie mającej się nigdy
ukonkretnić nieokreśloności”. Twierdzi także Klejnocki, że „widmo Nijakości”
krąży po Europie, i być może właśnie ta duchowa degrengolada jest przyczyną
artystycznego uwiądu. Zastanawia się, czy przypadkiem nie jest tak, że
społeczności żyjące w dobrobycie nie są w stanie wykrzesać z siebie iskry geniuszu,
z powodu nadmiernego konsumpcjonizmu. Pisze: „demokracja jest nudna i syta
(zwłaszcza w swych zachodnioeuropejskich realizacjach). Taka nuda czeka i nas”.
Trudno o sąd bardziej fałszywy. Jeżeli potencja
artystyczna twórcy miałaby zależeć od braku pieniędzy, ewentualnego głodu czy
niepewności materialnej, to winniśmy liczyć się z tym, że już niedługo z
Albanii czy też z Mołdawii trafią do zachodnioeuropejskich księgarń takie
arcydzieła, na które od dawna czekaliśmy. Nie trafią. Będzie tak jak zawsze.
Rzecz nie w tym, ile kotletów zje poeta, zanim coś stworzy, lecz – czy ma
wyobraźnię, czy też jej nie ma. I nie jestem też pewien, czy zachodnie demokracje
są tak nudne, jak sugeruje Jarosław Klejnocki. Być może nuda to uniwersytet,
niewykluczone, że nuda to synonim campusu – świata wygodnego i izolowanego.
Campus nie jest jednak światem. To jest obszar sztucznej ciszy, która nie ma
nic wspólnego z życiem, a ono jest zawsze dramatyczne, niezależnie od
szerokości geograficznej.
Demokracja jest nudna i syta. Demokracja jednak nigdy
sama wierszy nie napisze. Wiersze piszą ludzie, a tym jak świat światem zawsze
chodziło o coś więcej niż wypchane kieszenie. Spierali się ze sobą, mieli życie
lepsze lub gorsze i o nim z reguły pisali. Tak też będzie. Wierzę w to, że
apokaliptyczne przepowiednie dotyczące upadku literatury nie sprawdzą się z
jednego tylko powodu. Trawestując pewną definicję można powiedzieć, że człowiek
jest zwierzęciem duchowym. A literatura to przecież specyficzna forma
duchowości.
Klejnocki dalej dywaguje: „Być może nasza literatura
po prostu intuicyjnie przeczuwa nową sytuację. Dlatego mamy do czynienia z
atmosferą zastoju, dlatego nie pojawiają się arcydzieła”. Czyli – czekamy
obecnie na zachodnią nudę, by pogrążyć się w stagnacji i rozkładzie.
Upraszczając – na zachodzie Europy nikt już nic ciekawego nie pisze. A tam,
gdzie nudy nie ma – kwitnie literatura. Wystarczy spojrzeć na Bałkany – w
Serbii ostatnimi czasy nie powstało arcydzieło, w Chorwacji wielu autorów
wspomina wojnę, lecz z tego, co wiem, pomimo tragicznych przejść, także i tam,
nikt nie napisał genialnej powieści, za to wiele dobrych; to samo dotyczy Macedonii.
Rozumiem, że Klejnockiemu chodzi bardziej o wpływ
literatury na filozofię i o to, czy kreuje ona ważne dyskusje. I wreszcie, jaki
wpływ wywiera na społeczeństwo. Zapewne niewielki, lecz nie oszukujmy się –
nigdy zbyt wielkiego nie wywierała. W Szwecji nakłady tomów poetyckich są mniej
więcej takie same jak w Polsce – czyli porównując populację, w Szwecji jest
znacznie lepiej, „choć” zamożniej. Co roku zdarza się tam kilku debiutantów. Są
zauważani, pisze się o nich.
A to, że nie ma arcydzieła? A co to jest arcydzieło? –
chciałoby się zapytać. Jaka jest miara arcydzieła wieku XX? Odnoszę wrażenie,
że z arcydzieła czynimy fetysz, który ma wyjaśnić wszystkie problemy związane z
literaturą. Jak nie ma arcydzieła, to nie ma literatury. Jak się ono pojawi, to
wtedy twórczość odżyje. Wydaje się, że jest trochę inaczej. Literatura zawsze
żyje mimo arcydzieł, które z reguły zauważa się znacznie później niż one
powstały. W Polsce minęło zaledwie dziesięć lat od przełomu i w tym czasie
powstało wiele ważnych i znakomitych książek autorów starszego i młodszego
pokolenia. Dla mnie arcyciekawa była np. „Dukla” Stasiuka, „Widnokrąg”
Myśliwskiego, „Schizma” Świetlickiego czy ostatnio „Niemoc” Krasińskiego.
*
Najlepiej pewnie będzie, jeśli młoda, średnia i stara
literatura będzie się rozwijała zgodnie ze swoim rytmem. Niespiesznym.
Niewykluczone, że gonitwa początku lat 90. sprawiła, że krytycy i sami autorzy
uwierzyli w ewidentną bzdurę, iż co roku będą odkrywali nowe zjawisko
literackie. Okazało się, że nic nie ma od razu, że inne były oczekiwania
krytyków, inne czytelników, jeszcze inne autorów. Okazało się, że hierarchie
zbudowane przed laty nie do końca były trafione, choć dobrze do dzisiaj
funkcjonują. Jestem jednak pewien, że jeszcze młodsze pokolenie zweryfikuje to
już niedługo. Jak wieść niesie, jeszcze w tym roku mają ukazać się dwie antologie
literatury roczników 70. A takie antologie najbardziej uprzytamniają krytykom i
autorom upływ czasu i to, że nadchodzą Inni – być może bardziej interesujący,
albo po prostu – Inni.
Autor (ur. 1964) jest poetą i krytykiem.
Publikuje m.in. na łamach „Czasu Kultury” i „Plus-minus”, dodatku do „Rzeczpospolitej”.
Mieszka w Poznaniu.
Pierwodruk: „Tygodnik Powszechny” nr 12/2000
|