JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?

Boży maklerzy

KS. ANDRZEJ TUREK

 

 

„Rzeczpospolita” przeprowadziła niedawno sondaż na temat ocen zmiany ustrojowej w Polsce w dziesięć lat po jej dokonaniu. Zdaniem zdecydowanej większości badanych najlepiej żyje się postkomunistom, byłym działaczom opozycji, wszelkiej maści kombinatorom i... księżom. Ci ostatni zostali uznani za beneficjentów przemian systemowych aż przez 87 % respondentów. Rzecz warta podkreślenia, owo „transformacyjne szczęście” duchowieństwa jawi się jako niekwestionowane dla osób z zewnątrz. Samych księży nikt o zdanie nie pytał. A szkoda, bo rzeczą niezmiernie ciekawą byłoby poznanie zarówno opinii, jak i stanu świadomości duchownych odnośnie polskich przemian. Byłoby to tym bardziej wskazane, że są badania ukazujące modyfikację oczekiwań wiernych wobec księży. Wskazują one, że współczesny ksiądz powinien być osobą bardzo kompetentną w „swoim zawodzie”, odznaczać się nie tylko autorytetem urzędowym, ale też charyzmatem osobistym i posiadaniem cech „ludzkich”, które wielu ankietowanych nawet bardziej ceni u duchownego, aniżeli religijne.

„BIJ CZARNEGO”

Duchowieństwu nigdy nie było nad Wisłą specjalnie łatwo. Ani za realnego socjalizmu, ani w żadnym stadium tzw. transformacji ustrojowej. Dystansując się kategorycznie od spiskowej teorii dziejów, trudno tutaj nie wspomnieć, że siły, które „z definicji” postrzegają Kościół jako instytucję wrogą, bynajmniej nie zaprzestały działalności po ’89 roku. One to, zwłaszcza przy aktywnym udziale niektórych mediów, zdołały wytworzyć dość gęstą antyklerykalną chmurę, która zawisła nad polskim duchowieństwem właściwie od początku społeczno-politycznych przemian.

Antyklerykalizm w Polsce jest sprawą wielce złożoną. Warto przytoczyć opinię abpa Życińskiego: „wśród nowych zjawisk, które przyszły w Polsce razem z odzyskaną wolnością, pojawiła się także rodzima wersja ksenofobii. Głosi ona niechęć do »czarnych« i operuje prostym równaniem ksiądz=obcy. Po jego uwzględnieniu rodzima ksenofobia otrzymuje postać klerofobii. Równanie to okazało się bardzo atrakcyjne dla tych środowisk, które pragnęły wykazać, że w marszu historii nie zostały bynajmniej w tyle i doskonale wiedzą, że miejsce wcześniejszych dyrektyw z Moskwy zajęte zostało obecnie w Polsce przez dyrektywy z Watykanu. Półinteligencki charakter podobnych skojarzeń jest względnie trudny do wykazania, gdyż zawsze można przytaczać katalog bulwersujących historyjek, po to, aby usprawiedliwić proste hasło »bij czarnego«”.

Trzeba dodać, iż różne formy czynnej realizacji tego hasła nie przebrzmiały niestety wraz z końcem lat 90. I że niektórzy (może mniej wyrobieni intelektualnie) nie traktują go wcale w sposób metaforyczny. Od początku obecnego roku na Sądecczyźnie miało miejsce już osiem brutalnych napadów na plebanie. Mieszkania duchownych są plądrowane, a sami księża poddawani fizycznym i psychicznym torturom: wiązanie, kneblowanie, bicie, łamanie kończyn, polewanie żrącą substancją, groźby trwałego okaleczenia lub spalenia żywcem. Sprawcy owych napadów pozostają nieznani. Zdaniem niektórych duchownych jest symptomatyczne, iż zwykle tak gorliwe w tropieniu wszelkiej sensacji media nie okazują w tym przypadku większego zainteresowania. Pewnym wyjątkiem na tym tle byłyby telewizyjne „Wiadomości”, które 6 czerwca, po kolejnym napadzie, nadały o tym krótką informację. Jeden z sądeckich księży skomentował to tak: „Gdy nas napadano i bito, nikt się specjalnie nie interesował – ale gdy policji udało się wreszcie ująć podejrzanego – to trąbią o tym na całą Polskę”. Rodzi się pytanie, czy podobne zachowanie władz i mediów miałoby miejsce w przypadku, gdyby owa seryjna przemoc wymierzana była w jakąś inną grupę społeczną (np. prawnicy, lekarze, dziennikarze, nauczyciele). Myślę, że byłaby jednak inna – przypadek pobitej dziennikarki „Życia” nagłośniony od razu (zresztą słusznie), i zdecydowana postawa stróżów prawa w tym względzie – świadczą o tym nad wyraz dobitnie. Sami księża, zwłaszcza starsi, twierdzą, że nic się właściwie nie zmieniło, a za napadami kryją się najprawdopodobniej byli „ubowcy”, którzy chcą dalej poniewierać swoich „naturalnych” wrogów. Wśród kleru nie brak też opinii, że może to być planowa akcja, której celem jest dyskredytacja młodej demokracji, a zwłaszcza ukazanie słabości solidarnościowego rządu, co na terenach uważanych tradycyjnie za „bastion” prawicy mogłoby być tym bardziej wymowne. Tak więc, chociażby ta ostatnia, całkiem „świeża” sprawa napadów i psychoza strachu udzielająca się duchownym, każą skonstatować, że ich „sondażowe szczęście” nie wydaje się być aż tak oczywiste.

„A MYŚMY SIĘ SPODZIEWALI...”

Pamiętając o znaczeniu Kościoła w komunizmie, roli, jaką odegrał przy jego obalaniu, a także mając w świadomości ofiarę zdrowia i życia wielu duchownych (czego symbolem jest chociażby śmierć ks. Popiełuszki), można upraszczając powiedzieć, że w jakimś sensie księża dali Polsce demokrację. W tym kontekście nie od rzeczy będzie zapytać: co demokracja przyniosła księżom? W środowisku kapłańskim, obok świadomości wielu niekwestionowanych pozytywów, jakie dała wolność – zauważyć można też dużo rozczarowań, będących swoistym refleksem minorowych nastrojów, jakie towarzyszyły uczniom zdążającym do Emaus: „A myśmy się spodziewali”... Zresztą, znakomita część rozczarowań, które przeżywają duchowni w „zmaganiu się” z demokracją, jest podobna do tych wyrażanych przez znaczną część społeczeństwa, np.: nie rozliczenie komunizmu, wzrost przestępczości, pauperyzacja społeczeństwa, chaos polityczno-społeczny, zamieszanie aksjologiczne i postępujące zepsucie obyczajów, propagowane także przez media.

Pamiętam, jak kilka lat temu jeden z biskupów, odpierając zarzuty o triumfalizm polskiego Kościoła, zauważył na falach radiowych, że w życiu codziennym najbardziej odczuwanym przez duchownych „darem” demokracji jest antyklerykalizm i wysokie podatki. Swoją drogą księża do tej pory nie mogą się nadziwić swoistym regułom naliczania tych ostatnich; regułom, w myśl których każdy ksiądz pracujący „na parafii” płaci od każdej „duszy” osobno (czyli gdy przykładowo mamy parafię czterotysięczną, w której pracuje czterech księży, to w sumie wnoszą oni opłaty od 16 tysięcy wiernych).

PARAFIALNA KUCHNIA

Uprzedzając jednak ewentualną łatwość skojarzeń, jakoby źródłem największych bolączek duchownych w ich spotkaniu z demokracją były pieniądze – śpieszę z wyjaśnieniem, że nigdy nie słyszałem pośród księży jakichś lamentacji na niewydolność finansową. Można chyba stwierdzić, iż duchownym, zwłaszcza od czasu wprowadzenia wynagrodzeń za uczenie religii, żyje się pod względem finansowym wcale nieźle. Przynajmniej do pewnego stopnia, albowiem z tego, co można zaobserwować, księża z małych parafii bardzo często mają zaniedbane niektóre – zdawać by się mogło – podstawowe kwestie bytowe. Na przykład wielu musi samemu prowadzić gospodarstwo, ponieważ – jak twierdzą – wysokość opłat związanych z zatrudnieniem kogokolwiek powoduje, że po prostu ich na to nie stać. Zdarza się też, że na ofertę pracy na plebanii nikt nie odpowiada, co być może jest w jakimś stopniu uwarunkowane pokutującymi gdzieniegdzie stereotypami, jakoby bycie gospodynią stanowiło profesję etycznie dwuznaczną. Znam jednego starszego proboszcza, któremu kucharka gotuje raz na tydzień, on to wstawia do lodówki i potem sukcesywnie odgrzewa. Inny znów, najwyraźniej też pozbawiony codziennych ciepłych posiłków lub skazany tylko na własne umiejętności gastronomiczne, twierdzi, że w seminariach powinno się wprowadzić osobne zajęcia z nauki gotowania.

Nie wszyscy księża mogą się też cieszyć posiadaniem talentów organizacyjno-menadżerskich, w dzisiejszej dobie tak bardzo pożądanych w prowadzeniu parafii czy jakiejkolwiek inwestycji duszpasterskiej. Nierzadko wielkim, a dla niektórych duchownych wprost niepokonalnym problemem jest samodzielne wypełnienie PIT-u. Jedna z urzędniczek Urzędu Skarbowego w Brzesku, która często śpieszy księżom na ratunek, przyznała, że duchowni wykazują się zadziwiającą nieporadnością. Na pewno dużo lepiej przedstawia się sprawa percepcji wśród księży nowości elektronicznych (praca z komputerem, korzystanie z telefonu komórkowego, dostęp do internetu itp.). Być może jest w tym pewna zasługa kształcenia seminaryjnego. Przykładowo w seminarium tarnowskim bp Życiński założył i wyposażył salę komputerową i wprowadził do programu kleryckich studiów zajęcia z informatyki. Swoją drogą, gdy wspomniany biskup obejmował archidiecezję lubelską byłem świadkiem, jak jeden ze starszych kapłanów wyrażał swój autentyczny niepokój, że nie bardzo potrafi „dogadać się” z komputerem, a jak głosiła fama, po przybyciu do Lublina abpa Życińskiego wszyscy księża tej archidiecezji będą musieli wykazać się dużym polotem informatycznym.

NA WOLNYM RYNKU IDEI

Na pewno jednak daleko ważniejsze i trudniejsze, aniżeli przytoczone powyżej problemy materialno-bytowe, są zjawiska natury ideologicznej i kulturowej. Po 1989 r. księża polscy zetknęli się – w sposób chyba dla nich samych dość niespodziewany i nie do końca uświadomiony – z nowoczesnością, a konkretnie z dwoma złożonymi procesami, które są tej nowoczesności istotnymi składnikami i nośnikami. Chodzi mianowicie o sekularyzację i będący jej następstwem pluralizm. Sekularyzacja – według Bergera – polega na emancypacji i autonomizacji światopoglądów i struktur społecznych spod panowania religii. Z sekularyzacją organicznie związany jest pluralizm społeczno-kulturowy. Jest to nie tylko wielość i różnorodność światopoglądów i instytucji życia społecznego, ale też ich konkurencyjność. Niektórzy badacze mówią nawet o swoistym „rynku światopoglądowym”, jaki ukształtował się w społeczeństwach wysoko rozwiniętych.

Co to wszystko oznacza dla polskich duchownych? Sekularyzacja i pluralizm sprawiają, iż Kościół nie „nakłada się” już na całe społeczeństwo, ale staje się jednym z jego elementów, jednym z wielu uczestników społecznego, konkurencyjnego „rynku idei”. Co za tym idzie, trzymając się terminologii zapożyczonej z giełdy, ksiądz staje się kimś w rodzaju „Bożego maklera”, którego zadaniem jest zaoferować „religijny towar” w taki sposób, aby jak najwięcej ludzi zechciało go nabyć. Takie są po prostu prawidła demokracji i pluralizmu, z którymi trzeba się pogodzić; jakkolwiek niektórym duchownym, zwłaszcza tym o pasterskiej mentalności „nakazowo-rozdzielczej”, na pewno nie przychodzi to bez trudu.

Nowa rzeczywistość stanowi również wyzwanie do skupienia się wyłącznie na autentycznej, intensywnej pracy ewangelizacyjnej. Nie jest to na pewno łatwe ani proste, w porównaniu chociażby z okresem poprzednim, kiedy to pełnienie funkcji pozareligijnych niejednokrotnie rekompensowało czy wprost retuszowało braki w spełnianiu misji stricte religijnej. Demokracja domaga się modyfikacji modelu posługiwania księdza w społeczeństwie. Kościół jako jeden z segmentów życia publicznego musi być wobec wyzwań konkurencyjności swoiście „atrakcyjny”. Może dobrze byłoby już w procesie seminaryjnej formacji położyć większy akcent na problemy, które niosą w sobie zjawiska sekularyzacji i pluralizmu. Można by to zrobić w ramach wykładów z katolickiej nauki społecznej, teologii pastoralnej, czy nawet wprowadzić osobny przedmiot, który poruszałby zagadnienia z pogranicza kulturoznawstwa i zadań nowej ewangelizacji. Wszystko po to, aby młody ksiądz po opuszczeniu murów seminarium nie czuł się bezradny wobec złożoności sytuacji społecznej, w której przychodzi mu żyć i pracować.

Z drugiej strony nie sposób nie zauważyć, iż samo społeczeństwo wykazuje dużą skłonność do inercji, pojmowanej tutaj jako swoiste zapóźnienie rozwoju mentalności i obyczajowości w stosunku do przemian społeczno-strukturalnych. W relacji do księży ta inercja objawia się czasem wolą eliminacji osób duchownych z forum życia publicznego. Świat się zmienił, duchowni mogą wychodzić z „kruchty kościelnej”, dokąd zapędził ich komunizm, ale tzw. ogół najwyraźniej sobie tego nie życzy. Trudno w naszym kraju zauważyć księdza czy zakonnicę (nie daj Boże razem) w strojach duchownych np. w teatrze, w pizzerii, kawiarni czy na zakupach – to po prostu nie uchodzi. W Niemczech czy Austrii osoby odziane w „święte szaty” mogą spokojnie zjeść posiłek w restauracji czy zrobić zakupy i nikt się temu nie dziwi (sam widziałem, jak w Bawarii pewien zakonnik kupował trzy „zgrzewki” piwa, a pani przy kasie nie okazała najmniejszych oznak zdziwienia czy tym bardziej zgorszenia i przywitała go uprzejmie tradycyjnym Grüss Gott).

PRZETRWAĆ NA KATECHEZIE

Jednak chyba najtrudniejszym problemem powstałym w wyniku spotkania Kościoła z nowoczesnością jest kwestia religijnego wychowania. Chodzi o to, „co” i „jak” przekazywać w procesie religijnej socjalizacji, aby ukształtować człowieka religijnie w pełni dojrzałego i rozwiniętego; człowieka, który na „światopoglądowym rynku” będzie umiał świadomie wybierać to, co służy jego dobru, dobru wiary i dobru wspólnemu społeczeństwa. W procesie tym pierwszorzędną rolę pełni rodzina, gdzie ma miejsce tzw. socjalizacja pierwotna, tj. przekaz podstawowych orientacji religijnych i wzorów religijnych zachowań. Niemniej jednak ten typ socjalizacji w społeczeństwie pluralistycznym okazuje się niewystarczający. Zachowania religijne mają bowiem to do siebie, iż są bardzo labilne, ponieważ wtopione są w kontekst społeczno-kulturowy, który również podlega zmianom. Katecheci często popadają w frustrację, widząc, jak setki godzin lekcyjnych, okupionych nieraz tak wielkim trudem, nie znajdują spodziewanego rezonansu w życiu katechizowanych. Sądząc po opiniach większości księży jest to dziś najboleśniejsza część ich kapłańskiej posługi. Katecheci skarżą się nie tylko na brak odpowiedniej bazy dydaktycznej (np. wiele katechizmów będących obecnie w obiegu szkolnym ma się nijak do mentalności katechizowanych i współczesnego kontekstu kulturowego), ale też ma problemy z utrzymaniem dyscypliny; brak jakiegokolwiek kontaktu „z klasą” czy chociażby odruchów dobrej woli „z drugiej strony”.

Jeden z uczących religii w szkole zawodowej zwierzył się, że cała jego aktywność katechetyczna zawiera się w zapisaniu tematu do dziennika i pilnowaniu, żeby uczniowie nie wychodzili z klasy – nic więcej nie jest w stanie zrobić; inny znów w przypływie świeżej frustracji po powrocie ze szkoły, uderzając w nutę czarnego humoru, wydusił: „Zaprawdę, bliski jest dzień, w którym zjem katechizm i zapiję krwią któregoś z katechizowanych”. Problem jest na pewno poważny przede wszystkim dla młodych księży, zaczynających dopiero uczyć religii, zwłaszcza w dużych miastach. Księża są w większości ludźmi wrażliwymi, narażonymi na „łamliwość”. Nic dziwnego, że u niektórych z nich po pewnym czasie występują oznaki nerwowego rozstroju.

W tym kontekście pojawiają się nawet głosy postulujące powrót nauczania religijnego do sal przyparafialnych. Można się zgodzić, że jest w tym jakiś „strusi” odruch  kapitulacji, jednakże trudno odmówić pewnej racji także i tym, którzy argumentują, że wtedy przynajmniej przychodziliby na religię ci, którzy rzeczywiście chcą czegoś się dowiedzieć, katecheza byłaby spotkaniem ludzi wierzących, a nie „walką na śmierć i życie”, w dodatku... z wiatrakami. Problem tkwi zapewne w dużej mierze w tym, że socjalizacja pierwotna nie znajduje odpowiedniej kontynuacji, przedłużenia i dopełnienia w postaci socjalizacji permanentnej. Nieprzychylny religii kontekst społeczno-kulturowy zdolny jest nie tylko osłabić przyswojoną w dzieciństwie religijność, ale też nawet całkiem ją wyeliminować. Dlatego też potrzebna jest socjalizacja pełna i ustawiczna, obejmująca całość życia człowieka. Życie religijne (zwłaszcza w wymiarze autentycznie religijnych wzorów zachowań), aby istnieć i rozwijać się, musi być nieustannie wzmacniane i podtrzymywane przez środowisko ludzi wierzących. Niezbędne są żywe kontakty osób wierzących zarówno na linii duszpasterz-wierni, jak i w komunikacji „horyzontalnej” pomiędzy samymi wierzącymi poprzez mniejsze grupy, różnorakie formy duszpasterstwa specjalistycznego, małe wspólnoty religijne.

Nie trzeba chyba dodawać, iż do tego wymagana jest znaczna korekta stylu posługiwania i obecności księdza pośród wiernych. Ksiądz powinien mieć czas nie tylko dla tego konkretnego człowieka, który do niego przychodzi lub do którego trzeba wyjść, ale też więcej czasu dla siebie; jest to istotne z punktu widzenia jego higieny psychicznej i duchowej. Taka modyfikacja stylu kapłańskiego posługiwania mogłaby się z powodzeniem dokonać np. kosztem zmniejszenia ilości różnych „akcyjek” i nabożeństw. Nie jest to chyba jednak sprawa prosta ani oczywista w naszej mentalności religijnej, gdzie nadal pokutuje przekonanie, iż ksiądz, który pod koniec dnia nie pada ze zmęczenia, jest kiepskim duchownym i najpewniej źle ten dzień przeżył.

Ks. Andrzej Turek

 

 

Autor (ur. 1969) jest księdzem diecezji tarnowskiej. Ukończył dziennikarstwo na KUL, przygotowuje doktorat z socjologii kultury. W artykule wykorzystano książkę W. Piwowarskiego „Socjologia religii”, Lublin 1996.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl