|
JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?
Pytania i czyny
KS. JAN SOCHOŃ
Po upadku komunizmu Kościół-instytucja
jest postrzegany raczej jako jedno z wielu miejsc umożliwiających rozpoznawanie
prawdy o świecie i człowieku; stracił wyłączność w tej dziedzinie. Czy to
dobrze? Moim zdaniem, nawet bardzo dobrze, gdyż zmusza to nas, katolików, do
jasnego opowiedzenia się po stronie Ewangelii.
Wielu ludziom wystarcza
subiektywny punkt widzenia i działania – wybierają oni z dogmatycznego,
liturgicznego bądź obyczajowego obszaru religii tylko elementy nie wymagające
specjalnego wysiłku etycznego, a nawet intelektualnego; zadowalają się tym, co
im „duchowo leży”, co przynosi (choćby chwilowe) ukojenie przeżywanych
trudności. Ta atmosfera przenika do świadomości ludzi uznających się za osoby
religijne. Większy nacisk kładą one na wrażliwość wewnętrzną niż na powiązanie
swych doświadczeń z porządkiem kultu czy szerzej: instytucji kościelnej.
RZADKO SŁYSZĘ „SZCZĘŚĆ BOŻE”
Konsekwencją tej postawy jest nowy
stosunek do księży. Znikło w społecznych relacjach „wyróżnienie kapłańskie”
(swoisty szacunek dla tych, których Chrystus-kapłan wybiera, aby nieśli
ewangeliczne przesłanie i poprzez których sakramentalne czynności, sam działa).
Obok mego domu znajduje się liceum katolickie. Uczniowie, których spotykam idąc
na uniwersytet, jeszcze nigdy mi się nie ukłonili. Rzadko słyszę „Szczęść Boże”
czy „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus”.
Inny obraz: niegdyś wracałem
pociągiem do Warszawy. Gdy rozglądałem się za wolnym miejscem, w jednym z
przedziałów zauważyłem żywo dyskutujących podróżnych. Gdy wszedłem, rozmowy
nagle ucichły. Nieco zażenowany spytałem: cóż się stało? Padła szybka odpowiedź:
ach, przy księdzu nie sposób swobodnie dyskutować. Czyżby szczypta odmienności,
tkwiąca w kapłańskiej egzystencji, tworzyła niewidzialną barierę,
uniemożliwiającą tworzenie się zwyczajnych relacji międzyosobowych? A może to
właśnie resztki – tak przedziwnie ujawnionego – szacunku, o który dopominałem
się powyżej? Nie wiem. Wiem natomiast, że urzędowy Kościół musi sam siebie traktować
„podejrzliwie”, czyli ufać przede wszystkim Ewangelii, gdyż ona jest sercem i
racją jego istnienia. Ani bowiem uwikłanie w działania typowo polityczne, ani
nawet najszlachetniej pojęta troska o biednych czy pokrzywdzonych, nie
przyniosą owoców, gdy nie będą wynikiem związania z nauczaniem Jezusowym.
UPOKORZENIE I BEZRADNOŚĆ
Podjęcie służby kapłańskiej musi
być narażone na upokorzenie i bezradność. Upokorzenie również i z tego powodu,
że kapłan ma (mieć powinien) świadomość swojej grzeszności. Bezradność
natomiast odczuwa, stykając się z ciemnymi barwami życia, z niezawinionym
cierpieniem czy śmiercią. Bodaj Leszek Kołakowski wyznał, że rad jest, iż nie
przyszło mu być kapłanem i wobec tego nie ma obowiązku innym ludziom tych
trudnych rzeczy tłumaczyć. Wiele razy przecież, chociażby w konfesjonale czy
przy łóżku chorego, ksiądz bywa przeniknięty dogłębną niemożnością. Może tylko
wspólnie z cierpiącym pomilczeć, modlić się, dodawać otuchy. Ale jakże często,
najbardziej delikatne współczucie wywołuje tylko ironiczno-zbolały uśmiech.
Poza tym ksiądz coraz częściej
znajduje się w środowisku nieprzychylnym, a przynajmniej obojętnym wobec
zjawisk religijnej natury. Niemal każde działanie Kościoła, przybierające
społeczny kształt, zostaje uznane za „wtrącanie się w cudze sprawy”. A ponieważ
mamy też do czynienia z erozją wyobraźni religijnej, w której rdzeniu znajduje
się myślenie symboliczne, stąd propozycje zgłaszane przez kulturę
chrześcijańską trafiają na „skalisty grunt”. Posługa kapłańska staje wobec niespotykanych
dotąd wyzwań. Nie są one jedynie konsekwencją pojawienia się zaczątków
demokracji czy liberalnych zapatrywań (nie wszystko, co liberalne trzeba
potępiać) albo nacisku totalnej informacji, internetu, lecz również wynikają z
przeobrażeń dokonujących się w głębi samego Kościoła. Księża prowadzą bardziej
otwarte życie, rezygnują z kurczowego trzymania się ustalonych przez tradycję
konwencji i wsłuchują się w głosy świata. Zapewne dlatego „umierają” tradycyjne
formy ewangelizacji i duszpasterstwa, jak Nieszpory czy Godzinki.
Wielu księży gubi swą ewangeliczną
jednoznaczność poprzez utratę czegoś, co nazwałbym odwagą misyjną. Coraz
częściej krąg oddziaływania duszpasterskiego zacieśnia się tylko do określonych
środowisk, często mniejszych niż parafia. Księża boją się konfrontacji z
niekiedy wrogą, a najczęściej obojętną rzeczywistością. Albo więc uciekają w
swoistą „prywatność kościelną”, albo poszukują satysfakcji duszpasterskich w
ruchach religijnych, albo wreszcie próbują dostosowywać się do oczekiwań
grupowych, które nie zawsze pozostają wrażliwe na wartość Tradycji i
dogmatyczny wymiar nauki chrześcijańskiej.
Ta dogmatyczna sfera zeszła na
dalszy plan także w nauczaniu katechetyczno-homiletycznym. Rzadko słyszę
kazanie poświęcone tajemnicy Trójcy Świętej czy bóstwa i człowieczeństwa
Chrystusa. Wygląda na to, że nowoczesna (także kapłańska) świadomość religijna
karmi się raczej egzystencjalnym wymiarem doświadczenia wiary, chce wyjaśnień
emocjonalnych, odwołujących się do racji serca, zaś sama doktryna
chrześcijańska, życie sakramentalne, liturgia, zdają się mieć znaczenie
drugorzędne. Świadczą o tym także najnowsze projekty reformy programu nauczania
w polskich seminariach. Najwięcej miejsca rezerwuje się w nich dla zagadnień
socjologicznych, medialnych, społeczno-politycznych, mniejszą zaś wagę
przywiązuje się do wielkiej tradycji humanistycznej, złączonej z klasycznymi
językami, historią sztuki czy literatury.
BĄDŹMY PROROKAMI
Jezus stawia przed nimi jedno z
najważniejszych zadań: bądźcie moimi sługami, rozgłaszajcie światu wieść o
miłości, o szansie pokonania zła i grzechu. Bądźcie prorokami. Co to znaczy?
Niektórzy sądzą, że prorokowanie
to kulturowy anachronizm, nie pasujący już do pragmatycznej, po-nowoczesnej
wizji świata, znużonej poglądami o osobowo rozumianym Bogu. Chrystus
(pamiętajmy, że jest On obecny nie we wspomnieniu, pamięci, ale realnie – w
tajemnicy sakramentów, pod postacią Chleba i Wina) powiada: musicie stawać się
prorokami wiary, nadziei, miłości, aż do całkowitego ogołocenia. Jako
głosiciele Ewangelii nie zabiegajcie więc o nic poza laską – symbolem drzewa
życia.
Apostołowie otrzymali od Jezusa
moc nad duchami nieczystymi. Oznacza to, że i kapłańskim postępowaniem kieruje
Boża życzliwość, skoncentrowana na ubóstwie, pokorze, wobec których wszelkie
zło traci oścień. Oto wartość religijnego proroctwa: zło załamuje się, gdy
natrafia na dobro. Kapłani winni przekładać tę sytuację na najbardziej prywatne
gesty. Wówczas będą autentycznymi prorokami-głosicielami Ewangelii. Wystarczy
zdać się na Jezusową miłość, uwierzyć, że ubóstwo, pokora idą w parze z
otrzymywaną od Boga potęgą, potęgą jedynie w miłości.
Nie jest łatwo przyjmować wskazaną
logikę. Bycie prorokiem wiary wymaga wysiłku, gdyż zło jest zawsze blisko, a my
łatwo poddajemy się grzechowi. Dlatego odczuwamy ciężar, gdy staramy się iść
tam, gdzie podąża Jezus, gdy słyszymy o sprawach, które znajdują się poza
wszelkim ludzkim wymiarem, gdy pokonujemy egoizm, a staramy się wsłuchiwać w
zobowiązujący głos sumienia, gdy wreszcie uczymy się odpowiedzialności za
siebie, środowisko pracy czy dom rodzinny. Prorok ufający w Jezusowe ubóstwo,
nigdy nie daje się omamiać „tą ziemią”. Trzyma w dłoni chleb, chleb Bożej
mądrości i rozdaje, kawałek po kawałku, aż do granic życia, prowadzącego ku Zmartwychwstaniu.
LUDZIE POGRANICZA
Najtrudniejsze w kapłaństwie
bywają spotkania z ludźmi, którzy Boga poszukują albo są ludźmi religijnego
pogranicza. Na tej delikatnej linii rozgrywa się „być albo nie być” kapłańskiej
odpowiedzialności. Jak dotrzeć z ewangelicznym przesłaniem do osób poranionych
i zgorzkniałych, nie zawsze z własnej przecież winy? Jak ich związać z
Kościołem, gdy prawo nie reaguje na egzystencjalne i psychologiczne
uwarunkowania podejmowanych przez nich decyzji? Cóż ma np. począć młoda kobieta,
opuszczona przez męża, który wyjechał za granicę i założył nową rodzinę? W
duszpasterskiej rozmowie usłyszy ona zapewne, że nic specjalnego nie można tu
uczynić, gdyż małżeństwo pozostaje czymś ostatecznym, wymaga poświęceń i
podtrzymywania podjętych zobowiązań. W takiej perspektywie wypada porównać
sytuację małżeńską do sytuacji męczeństwa, albowiem przyjmując chrześcijańskie
zobowiązania, trzeba świadomie godzić się na wszelkie, najtrudniejsze nawet,
ewentualności. Bo w chwilach wymagających heroizmu można zachować bliskość z
sakramentalnym porządkiem wiary, o ile Chrystusa rzeczywiście traktuje się jako
Kogoś najważniejszego w życiu, i w którego sercu składa się wszystkie nadzieje.
Któryś z czytelników mógłby teraz
krzyknąć: łatwo księdzu wypowiadać utopijne poglądy. Rzeczywistość jest
bardziej pogmatwana i zmuszająca do kompromisów. Zapewne, ale chrześcijanin – o
ile pragnie pozostawać w religijnej z Jezusem zażyłości – musi kierować się
racjami Ewangelii, choćby zmuszały one do bolesnego prostowania ścieżek życia.
Osiągnięcie stanu świętości winno być chrześcijańską oczywistością.
A księża? Niech czynią co w ich
mocy, aby pozostawać świadkami Bożej miłości. Niech poszukują swych „małych
powołań” w głębi kapłańskiego powołania, zharmonizowanych z możliwościami
każdego z nich z osobna (np. aby obdarowani charyzmą pedagogiczną mogli ją
rozwijać w szkołach). Jedność Kościoła warto budować na indywidualnych rysach
osobowości poszczególnych kapłanów, włączonych w wymiar Tradycji i bogactwa
duchowego Kościoła.
I ostatnia uwaga: nie próbujmy
zawładnąć wszystkimi aspektami kapłańskiego życia. Ono mieści w sobie płynące z
nieba tajemnice. Na szczęście.
Autor (ur. 1953), dr hab, pracuje
na Wydziale Filozofii Chrześcijańskiej Uniwersytetu Kardynała Stefana
Wyszyńskiego w Warszawie. Opublikował kilkanaście tomów wierszy i esejów.
|