|
JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?
Sukces księdza
KS. LESZEK SLIPEK
Socjotechniką
mało się przejmuję. Badania socjologiczne dotyczące ewangelizacji są potrzebne,
ale z natury rzeczy bardzo ograniczone. Opisują bowiem to, co widoczne, a tymczasem
to, co najważniejsze, wymyka się wszelkim badaniom socjologicznym. Albowiem to,
do czego jako ksiądz jestem powołany i co spełniam, nie jest sprawą ludzką,
tylko sprawą Bożą z samej swej istoty. Chodzi bowiem o nawrócenie drugiego
człowieka, co więcej – o jego uświęcenie. A to jest dzieło, które przekracza
siły natury ludzkiej. Wprawdzie dokonuje się poprzez ludzkie słowo, poprzez
przykład, wychowanie, ale w głębi ducha ludzkiego. A tam już człowiek sięgnąć
nie potrafi. Przynajmniej nie potrafi tak skutecznie, jak czyni to łaska Jezusa
Chrystusa. Dlatego sukces kapłański musi być mierzony nie tylko miarą socjologiczną,
ale miarą Bożą.
Jestem
przecież „z ludu wzięty”, ciągle więc jestem kuszony do takiego sposobu myślenia
i wartościowania, według którego sens życia mierzy się kategoriami sukcesu,
uzyskanego powodzenia, konkretnych osiągnąć. Nie ulega wątpliwości, że słowo „sukces”
jest jednym z tych, a może nawet pierwszym, które wywołuje pewien dreszcz u
współczesnego człowieka. Wiąże się ono z takim sposobem myślenia i
wartościowania, według którego sens życia mierzy się uzyskanym powodzeniem,
konkretnymi osiągnięciami.
W
kulturze naszych czasów pojęcia te oznaczają najczęściej majątek na odpowiednim
poziomie, z widokami na jego wzrost w przyszłości, pomyślną i szybką karierę
zawodową, korzystnie zawarte czy też udane małżeństwo, wielką wygraną. Sukces
postrzegany jest przez społeczeństwo jako coś, co nobilituje człowieka w oczach
innych. Czy rzeczywiście myślenie w kategoriach sukcesu jest właściwe?
Bez
wątpienia chodzi o naturalne ludzkie dążenie. Człowiek ma prawo liczyć na to,
że jego trud przyniesie owoce. I słusznie. Cały problem w tym, jak ów sukces
pojmuje. Czasami nie dostrzega się innej miary określającej wielkość życia
ludzkiego poza tą, którą wyznacza majątek, władza czy pozycja społeczna.
Jezus
Chrystus całym swoim życiem pokazał, że nie to jest najważniejsze, choć mogłoby
się takim wydawać w myśleniu ludzkim, ale tylko ludzkim. Bo w kapłaństwie
sukces nie polega na zdobyciu uznania, względów, awansu w hierarchii
kościelnej. Wielu socjologów bada, jaki jest prestiż kapłana w opinii
społecznej w różnych krajach, stara się ująć to w cyfry, wskazać lokatę owego
prestiżu w ogólnej tabeli preferencji danego społeczeństwa. Złudne są konkluzje.
Można nie cieszyć się uznaniem społeczeństwa, a być człowiekiem i kapłanem
naprawdę wielkim.
Sukces
kapłana może być praktycznie niewidoczny, ale autentyczny. Ważniejsze jest nie
to, czy powiedzie mi się tutaj, na tym radości i łez padole, ale żeby mój Pan
powiedział kiedyś, że przeżyłem moje życie tak, jak On sobie tego życzył. Że
byłem Mu wierny. Że zawsze dokonując wyborów, miałem na uwadze zgodność z Jego
wolą. Tak naprawdę, to o tak pojęty sukces chodzi.
Muszę
być przygotowany na to, że żyjąc w sposób zgodny z nauką Mistrza, przegram w życiu,
rozumianym w jego ziemskim wymiarze. Ale to nie powinno być dla mnie istotne.
Muszę patrzeć na kres mego biegu. Muszę widzieć perspektywę mojego życia i
myśleć o momencie, kiedy ukończę bieg. Obym wtedy usłyszał, że to były dobre
zawody.
W życiu
kapłańskim sukces może nosić znamię klęski, mieć postać przegranej. Gdy przebiega
się myślą życie Jezusa Chrystusa, to wyraźnie widać, jak przechodził On od
klęski do klęski, od przegranej do przegranej.
Bywa i
tak, że mimo wysiłków nic nie udaje się w życiu osiągnąć. Żadnej kariery,
żadnych spektakularnych dokonań, raczej porażki, nie zaspokojone aspiracje,
zawiedzione próby i marzenia, szara codzienność. Czy to znaczy, że całe życie
ma być chybione i przegrane, pozbawione sensu? Na pewno nie! Wtedy właśnie może
ono stać się odzwierciedleniem życia Jedynego Kapłana. Jezus Chrystus, pracując
uparcie i gorliwie, duszpasterzując w sposób wspaniały, genialny, ostatecznie
zakończył swe życie jako ktoś, komu się cała ta akcja nie powiodła.
Niezrozumiany, odrzucony, wyszydzony i powieszony. Przez przywódców duchowych
uważany za opętanego, przez rodzinę za tego, który odszedł od zmysłów. Szedł od
porażki do porażki, od klęski do klęski, aż do klęski całej swojej misji i
opuszczenia przez Boga.
Zewnętrzny
sukces nie musi być prawdziwym sukcesem, tak jak zewnętrzna klęska nie zawsze
oznacza klęskę prawdziwą. Codziennie sprawuję Eucharystię, która jest znakiem
klęski, jako uobecnienie śmierci Pana, i zarazem znakiem zwycięstwa, jako
miejsce spotkania ze Zmartwychwstałym. Ja sieję, ktoś inny będzie podlewał, a
tylko Pan może dać wzrost. A owoce? One nie są dla mnie. Pan ma je mieć. Ja
staram się głosić Ewangelię, która mnie przerasta.
Ks. Leszek Slipek
Autor
(ur. 1953) jest księdzem diecezji warszawskiej, proboszczem w Podkowie Leśnej.
|