JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?

 Święty zawód

O. JÓZEF PUCIŁOWSKI OP

 

W Polsce, jak rzadko gdzie w Europie, kapłan reprezentuje zawód obciążony historycznie. I to obciążony pozytywnie. Nawet w czasach, gdy „ksiądz” kojarzyć się miał z reakcjonistą, zacofańcem i wyzyskiwaczem, a zaszczytu znalezienia się w podręczniku historii dla szkół średnich dostępowali wyłącznie duchowni „postępowi”, jak Kołłątaj, Staszic czy Ściegienny, trudno było ukryć fakt męczeństwa polskich kapłanów w czasie II wojny światowej. Tak naprawdę właśnie wojna zapoczątkowała dziejową karierę tego zawodu, umocnioną w okresie prymasostwa kardynała Wyszyńskiego i bijącą pełnym blaskiem światła padającego obecnie ze Stolicy Apostolskiej. Nie wchodząc w szczegóły: mimo krytyk, przegięć mediów, a wiele razy w sytuacji bezradności w nowym, wolnym świecie (na tym wszystkim lepiej się znają panowie Gowin, Graczyk i mój Wielki Brat w Zakonie, o. Zięba), ksiądz w Polsce po komunizmie nie ma się czego wstydzić.

Umyślnie piszę „zawód”. Nie dlatego, bym nie wiedział, że takim pojęciem mogę zranić uszy wielu, ale z tego powodu, by lepiej – sobie i innym – uzmysłowić częstą (wielokroć niesłuszną) konotacyjną plajtę innych środowisk, np. lekarskich, prawniczych, niekiedy i naukowych. Pozycję tamtych trzeba odbudowywać, tłumaczyć, usprawiedliwiać itd. „Ksiądz” dla większości polskich uszu brzmi dźwiękiem czystym, budzącym dobre skojarzenia.

Szlachectwo zobowiązuje

Historią wypromowany, ze społecznie wysoko stojącym statusem, ksiądz jest dla siebie samego problemem. A ściślej mówiąc, jest u początku swych problemów. Bo jeśli czytam (ks. Bogusław Mielec, „TP” 33 br.) o proboszczu, który na Żywiecczyźnie organizuje pomoc dla dotkniętego suszą Podlasia, czuję się wzruszony; zawód nie zawodzi także w nowej sytuacji. Ale jestem też zaniepokojony wręcz niepokojem Apostołów (wiem, jak to megalomańsko brzmi, ale trudno), którzy woleli poświęcić się posłudze Słowa, a nie stołów.

Niepokój mój powodowany jest również mnożącymi się uroczystościami państwowymi, centralnymi i lokalnymi, podczas których księża przemawiają. Póki czynią to p o z a obszarem sakralnym, to pozostaje oddać szacunek – lub wyrazić żal (ufam, że coraz mniej) polonistom ze szkoły średniej. Gorzej, gdy to samo przenoszone jest do świątyni.

Ilustracja: W lecie słyszałem transmisję pewnego kazania (?) nadawanego przez Radio Maryja. Długie, quasi-historyczne wywody, przeplatane agresją, pomówieniami, czasem podlane sosem wątpliwej w tym kontekście pobożności. W sumie nie wiem, co było treścią wywodu, bo trudno o spójną myśl w czymś takim. Byłem wstrząśnięty i pełen żalu (tylko do kogo?), gdyż autor-kaznodzieja ma wspaniałą biografię i wysoki status. Pocieszył mnie odbiór kleryków dominikańskich, ludzi o 30--40 lat ode mnie młodszych; odczuli to samo – żal! Na szczęście nie było mowy o agresji, złości. Tylko żal...

No właśnie: żal, że czasem tak mało mówią księża o Panu Jezusie. Homilia, kazanie (któż ze słuchaczy odróżni w praktyce treść tych pojęć?), jeśli są bez-Bożne, stanowią Boską obrazę. Jestem przekonany, że liczba uczestników Mszy św. z młodzieżą szkół średnich czy ze studentami w naszych dominikańskich kościołach w różnych miastach Polski (liczę, że nikt nie poczyta tego za zakonną pychę!) ma źródło w dobrze przygotowanej liturgii i mówieniu n a t e m a t, a tematem tym jest sam Bóg i człowiek.

,,Uczyć się, uczyć się,
uczyć się” (Lenin)

O kolejnych dwóch kwestiach chciałbym mówić jeszcze ostrożniej, zgodnie z metodologiczną zasadą św. Tomasza z Akwinu, „videtur” (wydaje mi się).

Ksiądz w Polsce jest dziedzicem Galla Anonima i Jana Długosza – by wymienić tych najważniejszych c z y t a j ą c y c h, za czasów, w których ksiąg było niewiele. Wydaje mi się, że to ubóstwo przedgutenbergowskich czasów j a k b y dalej trwało. Dbałość o wystrój meblowy, o różne audiowizualne oraz techniczne środki widzenia, pisania i słuchania miast poszerzać, zacieśnia horyzonty myślenia. Znikoma ilość książek u wielu kapłanów jest porażająca.

Ale nie to jest najgorsze. Najgorsze tkwi w złu wyniesionym – chyba – z seminarium, które wszak ma ambicje bycia wyższą uczelnią. Jego absolwenci skłonni są do unifikacji świata i uniformizowania ludzi, co w sumie nie najlepiej świadczy o metodologii nauczania, która wszak winna kształcić ku szacunkowi dla jedności w wielości i umiejętności mądrego różnienia się. Tu gdzieś pewnie trzeba szukać źródeł pytania sprzed lat, czy Rzym suspendował już ks. Tischnera? Pytanie stawiane było przez ludzi, którzy w życiu nawet nie dotknęli książek ks. Tischnera...

Ksiądz jako przedstawiciel zawodu zanurzonego w historii i zawodu stojącego wysoko w hierarchii społecznej nie musi być uczonym, winien natomiast być uczącym się i uczącym innych.

Media

Nie o to mi chodzi, by księża nie występowali w telewizji lub radiu (kto może i go o to proszą, to jego i jego Szefa sprawa). Chodzi o to, że kapłańskie wypowiedzi mogą być zawsze i wszędzie nagrane, odtwarzane, „puszczane”: zarówno w mediach, jak w większym czy mniejszym gronie – niekoniecznie wielbicielek i -cieli.

Odpowiedzialność za jakość słowa stawia nas przed specjalnymi zadaniami. Kapłan nie jest przewodnikiem po muzeum, który może setki razy mówić to samo i tak samo, nie jest też członkiem modnego zespołu muzycznego, który robi, co tylko się da, by się przypodobać masom.

Daleko jeszcze w Polsce do normalnego traktowania księży. Dlatego łatwo o zgorszenie (niech ksiądz z małego miasta – o wsi nie wspomnę – spróbuje, jak we Włoszech, pójść do restauracji: prędzej sczeznie z głodu), ale zarazem jest szansa, by ksiądz przyczynił się do wypracowania realistycznych pojęć o swym zawodzie. Ksiądz ma prawo zjeść, napić się, uśmiechnąć, trzymać sztućce zgodnie z przyjętymi normami i uczęszczać do toalety jak każdy normalny człowiek.

Na końcu pragnę wyrazić podziękowanie – może ktoś z zainteresowanych przeczyta – wszystkim Paniom i Panom służącym na granicach Rzeczypospolitej, przy odprawie paszportowej i celnej. Przez cztery lata często przekraczając granicę jestem traktowany, zarówno w samochodzie, jak i samolocie czy pociągu, jak najserdeczniej.

Podobnie przez policję, gdy nawet pan kierowca co nieco szarżował.

Za każdym razem czuję się zawstydzony dobrocią ludzi, którzy nie dlatego tak się zachowują, że mnie znają, ale dlatego, że jestem jednym z tysięcy, którzy reprezentują ten historycznie sprawdzony i społecznie wysoko stojący Święty Zawód.

O. Józef Puciłowski

 

Autor jest doktorem historii, Wikariuszem Generalnym Zakonu Dominikanów na Węgrzech, gdzie przebywa od 4 lat.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl