|
JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?
Zaglądając w duszę księdza
KS. WACŁAW POKRZYWNICKI MIC
Tam, gdzie dorastałem – w małym
miasteczku na Kaszubach – księża cieszyli się dobrą opinią. Wszyscy znali
proboszcza osobiście. Kiedy rodzice chcieli sprawdzić, czy ich dziecko było na
Mszy, a nie biegało z koleżkami wokół kościoła, dopytywali się, kto mówił
kazanie, a kto zbierał tacę. Parafia słynęła w diecezji z tego, że po wojnie
dała Kościołowi ponad stu kapłanów. Ministrantów było ponad dwustu. Nic
dziwnego, bo z księżmi można było pograć w piłkę, pojechać na obóz, urządzić
podchody lub inne turnieje. Każdy syn przy ołtarzu był dumą rodziny, a jeśli
któryś „podpadł” u księdza opiekuna, to był wstyd na całą parafię.
KSIĘŻA NIE SPADAJĄ Z NIEBA
Bóg sprawił, że sam zostałem
księdzem i poznałem świat kapłański od środka. W nowicjacie miałem wspaniałego
Ks. Magistra, w seminarium imponowali mi księża profesorowie z KUL, a bił
wszystkich o głowę umiłowaniem Kościoła i Matki Bożej Kapłan, który chodził we
franciszkańskim habicie. Podczas formacji zakonnej Bóg stawiał na mojej drodze
niezwykłych prefektów i kierowników duchowych. Jednocześnie nie szczędził mi
doświadczeń spotkania z kapłanami, którzy zmarnowali dar powołania. Bardzo mnie
bolały odejścia moich współbraci, solidaryzowałem się z nimi w dramatach
powierzając ich Bogu w modlitwach i ofiarach. Przechowuję w sercu troskę o
pewnego księdza, do którego chodziłem się spowiadać. Był to alkoholik dobrze
rozumiejący problemy ludzkie, dający dobre rady duchowe, choć mało kto chciał
mu pomóc tak, jak to zrobiła jego matka – zabierając go do rodzinnej wsi.
Pisząc o tym myślę, że tacy są
kapłani, jak ich wierzące rodziny. To przecież św. Paweł powiedział: „Kapłan z
ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany”. Wiadomo, księża nie spadają z nieba!
Mają prawo do ludzkich słabości i powinni liczyć na wyrozumiałość
społeczeństwa.
PRACA W ZESPOLE
„...Przede wszystkim, nawet gdyby
tym wszystkim były rzeczy najpiękniejsze, najświętsze jak modlitwa, odprawianie
Mszy św. itp., bądźcie Jedno! Wtedy już nie wy będziecie działać, modlić się,
odprawiać... lecz zawsze – Jezus w was” –pisała Chiara Lubich w liście do
kapłanów. Te słowa pomagają mi w budowaniu jedności z bracią kapłańską i w
temperowaniu własnego indywidualizmu, którego wśród duchownych – jak i
świeckich – jest zbyt wiele.
Ideałem kapłana jest dla mnie Jan
Paweł II. Kiedy napisał encyklikę „Pastores dabo vobis” o formacji kapłańskiej,
byłem jeszcze seminarzystą – to na mnie i moich rówieśnikach formatorzy
próbowali wdrażać jej przesłania. Sam rozczytując się w niej do dzisiaj próbuję
zastosować jej wyzwania, by być jako kapłan „człowiekiem miłości” i „nauczycielem
modlitwy”.
Wiem, jak bardzo polskie
społeczeństwo takiego człowieka-kapłana potrzebuje i wciąż poszukuje,
przychodząc do kancelarii lub na nabożeństwa. Dwa lata na parafii, zaraz po
święceniach, było ciężkim przeżyciem. Dwadzieścia pięć godzin katechezy w
tygodniu plus praca w parafii (kolędy, pogrzeby, prowadzenie grup itp.) było
ponad siły młodego kapłana. Wyjechałem wówczas do Włoch – za zgodą przełożonych
– aby tam zrobić szkołę dla zakonników. Z pracy umysłowej przeszedłem na
fizyczną: pracowałem w zakładach drzewnych. Księża, z którymi mieszkałem, byli
mniej zajęci pracą duszpasterską, a więcej czasu poświęcali na tworzenie więzi
wspólnotowych. Wyrażało się to w wspólnym przygotowaniu posiłków, pracy w
pralni i w ogrodzie, we wspólnej modlitwie i rekreacji. Po tym doświadczeniu
wiem, jak ważne jest dla kapłanów pracować „w zespole”. Według słów Jezusa: „Gdzie
dwaj lub trzej zebrani w imię Moje – tam Ja jestem pośród nich”.
JESTEM SZCZĘŚLIWYM KSIĘDZEM
Utrzymując się z pracy własnych
rąk poznałem, jak ludziom musi być ciężko. Jak ciężko jest moim braciom, którzy
w Polsce są bezrobotni, mojej siostrze, która samotnie wychowuje dwóch synów i
pomaga choremu ojcu. Kiedy moje rodzeństwo prosi mnie o pomoc, to po długich
wahaniach idę do przełożonego i proszę o wsparcie. Wiem, jak nieprawdziwe jest
w takich sytuacjach powiedzenie: „kto ma księdza w rodzie – tego bieda nie
ubodzie”.
Pamiętam historię z pewnej
polskiej diecezji, gdzie na małej wiejskiej parafii ludzie mieli już dość
księży. Jeden z nich jeździł drogim samochodem, inny przegrywał pieniądze
parafian w karty itp. i ludzie zdesperowani nie wytrzymali – zaczęli wywozić księży
na taczkach. Wówczas przybył tam ordynariusz i zapytał tych ludzi, jakiego chcą
kapłana. Mieli długą listę życzeń – żeby był skromny, rozmodlony,
zainteresowany ich sprawami, pomagał najuboższym itp. Biskup zapytał: a wasza
parafia ilu kapłanów dała Kościołowi? Spuszczając głowy, rozłożyli ręce, bo z
ich parafii nie było żadnego powołania. Biskup zamknął tam kościół.
Słucham ludzi i myślę: jest też
rolą księdza w kraju, o tak niestabilnej sytuacji materialnej, podtrzymać
nadzieję, wypatrzeć najmniejszą iskierkę dobra w człowieku i z niej wykrzesać
ogień. Kiedy wchodzę na teren szkoły budowlanej (młodzież pozdrawia mnie: „strzała
księdzu!” i pyta: „pokopiemy piłkę?”), muszę wyczuć, kiedy porozmawiać z nimi o
problemach z narkotykami lub alkoholem, a kiedy pójść z nimi na boisko. Nieraz
dokuczają, przeciągają linę... Dziewczyny wypytują: „Dlaczego ksiądz został
księdzem?” Czasem pytają tylko z przekory lub żeby popatrzeć, jak ksiądz się
czerwieni, gdy musi wyjaśnić, że wcale nie dlatego, że rzuciła go dziewczyna
lub nie mógł żadnej znaleźć.
Mówię, że miłość do Boga jest
czymś większym i powtarzam: żyjesz, to znaczy Bóg Cię kocha, cierpisz, tzn.
kocha Cię jeszcze bardziej. To wszystko sprawia, że jestem szczęśliwym
kapłanem. Wiem, że przy odrobinie chęci poznania jego problemów mogę znaleźć dobry
kontakt z wiernym. Wcale nie trzeba długo czekać, by ów uczeń, który dokuczał
księdzu na religii, przyszedł na plebanię prosząc o pomoc. Nieraz w środku nocy
dzwoni domofon i słyszę głos: „naćpałem się i starzy wyrzucili mnie z chaty – niech
ksiądz mi pomoże”. Schodzę wtedy na dół, robię herbatę i podaję adres, pod
który ma się zgłosić, żeby rozpocząć leczenie.
Z uwagą słucham skarg kogoś z
rodziny alkoholika, których w Polsce jest tak dużo. Doradzam im, by udali się
na spotkania do Al.-Anon. Wstydzą się pójść, bo uważają, że to alkoholikowi
należy najpierw pomóc, a nie współuzależnionym. Przy Urzędzie Miasta i Gminy
należę do komisji ds. rozwiązywania problemów alkoholowych. Często widzę, jak
potrzebna jest tu obecność księdza, nie dlatego, żeby się wymądrzał, bo
specjalistów jest mnóstwo, lecz dlatego, żeby po prostu był.
Żyję w Polsce i staram się słuchać
głosów żyjących w niej ludzi. Polskie społeczeństwo dużo oczekuje od kapłanów.
Zobowiązuje to mnie, a nie społeczeństwo. Choć i ja czegoś od społeczeństwa
oczekuję: pomocy macierzyńskiej i opieki, modlitwy o wytrwanie w mojej posłudze
kapłańskiej, po to, bym umiał przyjmować ludzi takimi, jacy są i razem z nimi
być świadkiem Bożej miłości.
Autor (ur. 1965) jest wikarym i katechetą w Górze Kalwarii.
|