JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?

Czy Kościół jest z nami?

WANDA PASZEWSKA

 

 

„Tygodnik” zachęca do rozmowy o sprawach, które poruszył ks. Andrzej Turek w artykule „Boży maklerzy” („TP” nr 27 br.) Sądzę, że to bardzo potrzebna inicjatywa. Zanim jednak podzielę się swoimi uwagami, wyznanie osobiste. Dokonując niedawno „bilansu” różnych spraw, uświadomiłam sobie, jak wiele zawdzięczam księżom. Myślę o tych wszystkich anonimowych księżach, którzy wiele razy pomogli mi w konfesjonale – tym, że w nim byli, a także swoją życzliwością, cierpliwością, wiarą. Myślę też o tym młodym księdzu, który przyszedł do mojego umierającego ojca, a którego dobroć i delikatność czuję do dzisiaj. Ta lista mogłaby być znacznie dłuższa. Nigdy żadnemu z nich nie podziękowałam. Nie było okazji, a gdyby nawet była, pewnie powstrzymałoby mnie zwykłe zażenowanie. Tak więc teraz mówię – dziękuję.

A teraz o „Bożych maklerach”. Zacznę od sprawy najbłahszej. Ksiądz Turek pisze, że księży nie stać na gosposię. Drogi Księże Andrzeju, a kogo stać? Żyję wśród naukowców. Docent habilitowany robi zakupy, pani profesor przygotowuje szybki obiad, nie mamy kamerdynerów ani kucharek. Czemu z księżmi miałoby być inaczej?

Ucieszyłam się, że – jak pisze ks. Turek – sytuacja bytowa księży wygląda nieźle, ale zaraz ogarnęły mnie wątpliwości. Mieszkałam w parafii, która budowała kościół i proboszcz latami mobilizował nas do wysiłku, również finansowego. Staraliśmy się poważnie traktować jego apele. W pewnym momencie zorientowałam się jednak, że liczba parafialnych samochodów jest równa liczbie naszych księży. W niebogatej parafii, czy to nie przesada?

Znam zapracowanych księży, dla których samochód, tak jak i komputer, jest narzędziem pracy. Wytykanie im tego jest równie głupie jak żenujące. Pytanie jednak pozostaje – czy w biednym kraju każdy ksiądz potrzebuje tego narzędzia? Czy można być autentycznym duszpasterzem ludzi, którym brakuje na lekarstwa, wysiadłszy z volkswagena? I jeszcze jedno pytanie – czy, a jeśli tak, to w jakim stopniu, do zjadliwego antyklerylizmu ostatnich lat, o którym pisze ks. Turek, przyczyniło się przekonanie, że (wyjąwszy Caritas) Kościół w Polsce pozostawił biednych ludzi samym sobie? Nie pamiętam żadnego głosu Kościoła w sprawie etycznych aspektów eksmitowania ludzi z mieszkań na bruk.

Ostentacyjne demonstrowanie religijności przez niektórych polityków (ale nie poprzez troskę o dobro wspólne), polityków, którzy nie wypracowali sobie żadnego autorytetu w społeczeństwie, udział Kościoła w imprezach stricte politycznych – wszystko to nie sprzyja życzliwości dla Kościoła w pozostałych kręgach ani umacnianiu jego autorytetu.

Natomiast udział Kościoła w imprezach państwowych powoduje, że jest on postrzegany jako część establishmentu.

Po wspaniałym doświadczeniu z czasów PRL, kiedy to Kościół zawsze „był z nami”, wielu ludzi ma teraz poczucie, że Kościół „z nimi już nie jest”.

To, co pisze ks. Turek o katechezie, zgadza się z relacjami świeckich katechetów. Mój syn (niedawny uczeń) twierdzi, że chamstwo dotyka również nauczycieli innych przedmiotów, choć w mniejszym stopniu. Przypuszczalnie część młodzieży czuje, że katecheza została im narzucona, że jest – ich zdaniem – „do niczego niepotrzebna”. Może też młodzież podświadomie prowokuje katechetę: „podobno jesteś taki dobry, zobaczymy, ile wytrzymasz”. Może należałoby zrezygnować z mitu o „98% katechizowanej młodzieży”, aby móc katechizować tych, którzy owej katechizacji naprawdę potrzebują? Przy okazji pytanie do nas wszystkich – czemu wśród młodzieży tyle agresji i chamstwa? Jak będziemy żyć w takim agresywnym społeczeństwie?

Ks. Turek poruszył chyba najważniejszy problem naszego duszpasterstwa – jak księża mają się odnaleźć w nowym kontekście społecznym i kulturowym. Jak ewangelizować młodzież? Jak ewangelizować polskie społeczeństwo? Mam nadzieję, że artykuł ks. Andrzeja Turka nie przejdzie bez echa, że przyczyni się do przemyślenia, do przemodlenia, do przepracowania tego problemu i do stosownych decyzji. Nie sądzę jednak, aby bez udziału świeckich udało się znaleźć jakieś rozwiązanie?

To w końcu my, świeccy, wiemy, czego nam brakuje w Kościele (np. możliwość spowiedzi poza Mszą, starannej liturgii i skupienia w czasie Eucharystii), a co wielu z nas wydaje się zbędne (gazetki ścienne, billboardy, perygrynacje różnych obrazów). Kościół jest przecież naszą wspólnotą. Rola księży w owej wspólnocie jest nie do przecenienia, my jesteśmy owieczkami, to prawda, ale jednak nie baranami!

Aby ta współpraca była możliwa, potrzebne są normalne, partnerskie stosunki między duchownymi a świeckimi, a o to przecież bardzo trudno.

Dla mnie przeżyciem była wizyta u Małych Braci ze zgromadzenia Karola de Foucauld. Nie przypuszczałam bowiem, że kontakt z zakonnikami kontemplacyjnego zakonu może być tak łatwy i przyjazny. Ale oni żyją wśród wszystkich ludzkich bied i wszystko rozumieją. Przypuszczam, że wiele problemów zniknęłoby, gdyby doświadczenie duszpasterskie takich środowisk było bardziej obecne w pracy Kościoła.

Chciałabym poruszyć też sprawę, której ks. Turek nie zauważył, a która również ma wpływ na sprawowanie przez księdza jego posługi. Zetknęłam się kilkakrotnie z przypadkami ukarania młodych księży za pewną gorliwość duszpasterską. W jednym z tych przypadków ksiądz z wiejskiej parafii pobierał od biednych za pogrzeby mniejszą ofiarę niż mu polecił proboszcz. Proboszcz podsumował brakujące sumy i oskarżył księdza o „kradzież”, a biskup go ukarał.

Niedawno uczestniczyłam w uroczystościach czterdziestolecia kapłaństwa pewnego proboszcza. Uroczystość była bardzo piękna, proboszcz dostał od swych wikarych czterdzieści róż, ale trochę może zbyt mocno podkreślali oni, że mieli szczęście, iż „dostali się” do niego, a nie gdzie indziej, ponieważ proboszcz „był dla nich jak ojciec”.

Wspaniale, ale jak bywa w takim razie gdzie indziej? I kim ma być proboszcz dla wikarych, jeśli nie ojcem?

Pewien wybitny teolog powiedział kiedyś (prywatnie). – „Biskupowi mówi się to, co on chce usłyszeć. Tylko z nielicznymi można rozmawiać”. Dlaczego?

Jak może sprawnie działać duszpasterstwo w parafii, w której świeccy nie mogą się porozumieć z wikarymi, wikarzy mają złe stosunki z proboszczem, a proboszcz najprawdopodobniej nie jest szczery z biskupem?

Pewien biskup, zresztą człowiek otwarty i przystępny, któremu ośmieliłam się zawracać głowę tymi sprawami, powiedział mi, że ksiądz jest zobowiązany do posłuszeństwa. Oczywiście, ale czy jego zwierzchnik nie jest zobowiązany do lojalności i życzliwości wobec powierzonego sobie człowieka?

Przyznam się, że odkąd zetknęłam się z załamaniami tak traktowanych księży, inaczej spojrzałam na alkoholizm wśród niektórych spośród nich, na ich prawdziwe czy rzekome romanse.

Pewna zakonnica stwierdziła kiedyś, że im lepsza wspólnota, tym mniej odejść, niewierności, załamań.

Może Kościół mniej zinstytucjonalizowany, bliższy ludziom, dawałby i księżom większą radość z ich pracy?

Wanda Paszewska

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl