|
JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?
Moje bycie księdzem
KS. STANISŁAW OBIREK SJ
Artykuł ks. Andrzeja Turka „Boży maklerzy” („TP” nr 27)
przeczytałem z mieszanymi uczuciami. Z jednej strony autor w zasadzie wiernie
opisuje sytuację większości księży w Polsce ostatniej dekady, z drugiej zaś
perspektywa, z jakiej to czyni i język, jakiego używa, sprawiają, że ujęcie
jest jednostronne. Język bowiem, jakim posługuje się ks. Turek, to język
konfrontacji, gdyż zmusza do myślenia o księżach jako grupie szczególnej i
wyjątkowej. A tymczasem kapłan to człowiek nie tylko do ludu posłany, ale i z
ludu wzięty.
Nie bardzo również pojmuję zarzuty kierowane pod adresem
ankiety (wyniki opublikowano w „Rzeczpospolitej”), że – zdaniem ks. Turka – nie
zapytano w niej księży, jak oni siebie sami postrzegają. Wszak nie pytano też
postkomunistów, byłych działaczy opozycyjnych czy różnych kombinatorów. Po
prostu kapłani są postrzegani i oceniani jako jedna z wielu grup
uczestniczących w życiu społecznym. Oczywiście, można się z tym zgadzać albo
nie, ale z pewnością należy się z tym liczyć.
Jestem od ks. Turka dziesięć lat starszy i to zapewne w
dużym stopniu wpływa na postrzeganie mojego „księdzowania”. W każdym razie dla
mnie ostatnie dziesięć lat to nie tyle trud wpisywania się w nową
rzeczywistość, ile radość i wdzięczność wobec Boga, że mogę w owym
współtworzeniu nowej rzeczywistości uczestniczyć. To samo mogę powiedzieć o
wielu moich przyjaciołach-kapłanach, w tym o proboszczu mojej rodzinnej parafii
w ubogiej przecież Polsce południowo-wschodniej. O takim współtworzeniu na
różnych poziomach życia parafialnego za czasów „komuny” nie sposób było nawet
marzyć.
Moje bycie księdzem postrzegam nade wszystko jako uważne
wsłuchiwanie się w głosy współczesności i odkrywanie w nich śladów Bożej
obecności. A moja radość jest tym większa, że coraz wyraźniej dostrzegam
możliwości prawdziwego uwolnienia religii, a więc i Kościoła katolickiego, od
ideologicznych uwikłań, od dwuznacznego pomieszania porządku ziemskiego i
niebiańskiego.
Nie lekceważyłbym wspomnianych przez ks. Turka bandyckich
napadów na plebanie czy księży. Niemniej byłbym bardzo ostrożny w łączeniu ich
z jakimś szczególnym zamysłem bandytów wobec księży. Raczej kojarzę je z mitami
narosłymi wokół domniemanej (pytanie, czy tylko domniemanej, pozostawiam otwarte)
zamożności księży i brakiem finansowej przejrzystości parafii (oddanie finansów
w ręce rad parafialnych rozwiązałoby też sprawę niewątpliwie uciążliwych
PIT-ów). Tak dzieje się na przykład we wspomnianych przez ks. Turka Niemczech.
Być może apetyty złodziei znacznie by to umniejszyło, a w każdym razie troska o
bezpieczeństwo plebanii i proboszcza stałaby się troską całej parafii.
Co do zmian w programach seminaryjnych (ks. Turek proponuje
włączenie do nich zajęć o kulturze współczesnej, mediach itd.), wydaje mi się
to mało realne dla i tak przeciążonych programów studiów teologicznych. To nie
od programów, ale od wychowawców i profesorów należy zacząć, bo to oni w
decydującej mierze określają sposoby patrzenia na świat, społeczeństwo, a nawet
Kościół oraz zachodzące na naszych oczach przemiany. Inaczej mówiąc: jak długo
nie stać nas będzie na polską wersję niemieckich „Katholikentagów”, tak długo
marzenie o radykalnej reformie polskiego kleru pozostanie w sferze pobożnych
życzeń. Księża (ale również biskupi) nie mogą być jedyną stroną w trosce o
Kościół (choć niewątpliwie są stroną ważną i istotną). Musimy wraz ze świeckimi
katolikami stać się partnerami w trosce o człowieka, jak również o powierzony
przez Boga Kościół.
Uwaga ostatnia dotyczy katechezy, gdyż frustracja katechety
pragnącego w przypływie rozpaczy zjeść katechizm popijając go krwią wychowanka,
to znowu tylko szczyt góry lodowej. Uczciwość nakazuje, aby przyznać się do
popełnionych błędów w sposobie wprowadzenia katechezy do szkół i od nowa
przemyśleć – tym razem przy współudziale innych nauczycieli, samych katechetów
i katechetek, a może i samych uczniów (dlaczego nie?) – miejsce religii w
szkole. Dziś już wiemy, że demokratyczne i pluralistyczne społeczeństwo będzie
zawsze alergicznie reagowało na każdą decyzję autorytarną. A każda decyzja czy
rozwiązanie prawne musi być przejrzyste, tzn. poparte racjonalnymi argumentami,
gdyż tylko taki sposób postępowania może zostać przez społeczeństwo
zaakceptowany.
Muszę wyznać, że o swojej posłudze kapłańskiej więcej
dowiedziałem się od ludzi, którzy do mnie przychodzą, jak również od tych,
których sam jako ksiądz odwiedzam. I wiem, że właśnie jako ksiądz jestem im
potrzebny. Poza tym jestem pewien, że nie potrzebują menadżera od spraw
religijnych, ale potrzebują Boga, podobnie zresztą jak i ja Go potrzebuję. Ta
wspólna potrzeba określa, szczególnie w ostatnim dziesięcioleciu, moje bycie
księdzem.
Ks. Stanisław Obirek SJ
Autor jest jezuitą, mieszka w Krakowie.
|