|
JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?
Z tej i tamtej strony ołtarza
KS. PIOTR NITECKI
Kiedy przyjmowałem święcenia miałem 47 lat i
ustabilizowaną sytuację życiową. Przez długie lata byłem
więc z tamtej strony ołtarza i kratek konfesjonału. Od prawie
czterech lat sam jestem księdzem i duszpasterzem...
W swym świeckim życiu spotkałem bardzo wielu kapłanów,
zwykle wspaniałych, czasem słabych, oddanych jednak Kościołowi.
No i kilku takich, o których nie da się wiele dobrego
powiedzieć, choć pamiętam słowa księdza Twardowskiego, że
nie ma ludzi złych, są tylko nieszczęśliwi. Wszyscy mnie
czegoś nauczyli, ale uczyły mnie też inne sytuacje, których
kapłani, a nawet klerycy, zwykle nie doświadczają. Wiele razy
byłem w towarzystwie, gdzie był kapłan i słyszałem owe
komplementy, umizgi, pochlebstwa wobec niego. Gdy się komuś
przez całe lata mówi, że jest piękny, mądry i święty, to
nie dziwmy się, że wielu w to uwierzy. Jeśli musi budzić
niepokój, że według niedawnych badań ankietowych tylko 33
procent kapłanów cieszy się uznaniem świeckich, jest to też
wina świeckich, schlebiających nie wiadomo po co swym
duszpasterzom.
Byłem nierzadko w tym samym towarzystwie, gdy kapłan
wychodził już za drzwi. To były inne rozmowy, pełne wymagań
wobec księży. I choć to nie ,,wola ludu” ma kształtować
nasze kapłaństwo, lecz obraz Jezusa Chrystusa, warto jednak wsłuchiwać
się czasem w głos tych, którym mamy służyć. Świeccy
wymagają zaś od nas, księży, byśmy byli przede wszystkim
ludźmi prawymi i wyrazistymi w głoszeniu Chrystusa, wrażliwi
są na zgodność tego, co głosimy, z tym, jak żyjemy. Wymagają,
byśmy byli bezinteresowni, to znaczy by podstawowym motywem
naszej posługi była radość, że możemy dawać im Chrystusa.
Oczekują od nas tej radości tym bardziej, im sami są smutni i
zagubieni. Chcą od nas całkowitego zaangażowania w to, co
przyszło nam robić w kapłańskim życiu. Ludzie, którym służymy,
oczekują również, byśmy byli mądrzy i roztropnie umieli
kierować ludzkimi sumieniami, byśmy potrafili wskazywać im
nie tylko niebo, ale i prostą drogę po zawiłościach świata.
Takie oczekiwania, rzadko niestety wypowiadane nam w oczy, mogłyby
przerażać, gdybyśmy mieli liczyć tylko na siebie.
Gdy te wysokie wymagania wiernych spotykają się z naszą
ludzką słabością, rodzić mogą postawy tak zwanego
,,antyklerykalizmu”, którego nie należy jednak zbyt
pochopnie mylić z ,,antychrześcijaństwem”. Oczywiście,
krytyka Kościoła i duchowieństwa jest elementem celowo kształtowanej
propagandy rozmaitych środowisk opiniotwórczych. Nie byłoby
dobrze patrzeć jednak na to wyłącznie w tej perspektywie, gdyż
rodzi to niebezpieczeństwo samouspokojenia, że tylko zewnętrzni
wrogowie atakują Kościół, nie mając ku temu żadnej
podstawy. A przecież źródłem krytyki są także u ludzi
kochających Kościół autentyczne braki, nie tyle samego Kościoła,
bo ten jest święty doskonałością swego Założyciela, ile
nas, jego oficjalnych przedstawicieli. Tak rozumiany
,,antyklerykalizm” może więc być czasem uzasadniony
jako smutek z powodu braku ducha prawdziwej miłości i gorliwości
pasterskiej. Może on być łaską, źródłem oczyszczenia dla
Kościoła, bo przecież nie wszyscy z nas, duszpasterzy, są
– podobnie zresztą, jak i świeccy – święci, mądrzy
i dobrzy. Inaczej jest jednak, gdy ,,antyklerykalizm” jest
zamaskowanym odrzuceniem posługi Kościoła i zasadniczych treści
jego przepowiadania. Wtedy jest to już ,,antychrześcijaństwo”,
wobec którego człowiek wiary nie może milczeć.
Wobec takich wymagań i ich konsekwencji stale staje przed
nami problem naszej tożsamości i sensu kapłańskiej posługi.
Kiedy otrzymywałem święcenia kapłańskie, mój biskup
– kard. Henryk Gulbinowicz – pod koniec Mszy święceń,
wysyłając mnie do pracy duszpasterskiej, mówił: ,,Miej
zrozumienie dla wszystkich, którzy przyjdą do sakramentu
pokuty, żeby uzyskać przyjaźń, odnowić zgodę z Chrystusem,
z Bogiem i z bliskimi. Miej to serce, które do końca podźwignie
tego człowieka, który sam sobie stał się ciężarem, zapal
przed nim te jasne światła nadziei, że Bóg od nikogo się
nie odwraca i nikim nie gardzi”. Im dłużej jestem księdzem,
tym lepiej rozumiem, iż w tym przesłaniu mieści się najgłębszy
sens kapłańskiej posługi. Dźwigać człowieka i pokazywać
mu perspektywy nadziei, która nie jest czekaniem na coś, lecz
na spotkanie z Kimś, kto nadaje pełny sens ludzkiemu życiu.
Pośredniczyć w zbawianiu ludzi, czyli umożliwiać im bycie
szczęśliwymi. Pokazywać ludziom, że Bóg zawsze stoi po
stronie człowieka, potrafi oddzielić potępienie grzechu od miłości
wobec grzesznika. Czy to nie jest piękne?
Widać to chyba najlepiej właśnie w sakramencie pokuty, gdy
do konfesjonału przychodzi człowiek obity, upokorzony i
potrzebujący, aby go podnieść, umocnić w dobru, a nie potępić
i jeszcze bardziej upokorzyć. I gdy tak klęczy, wyznawszy
grzech i żal, to przecież nie jest już ważne, co było, ale
ważne jest to, co będzie w jego życiu po odejściu od
konfesjonału. Jeżeli spowiednik tego nie rozumie i usiłuje
jeszcze bardziej poniżyć swego penitenta, czasem lecząc w ten
sposób własne kompleksy czy poczucie winy z powodu własnych
grzechów, to naraża grzesznika, że może już nigdy nie uklęknie
u kratek konfesjonału. Często przychodzą do Boga ludzie, których
do Niego przyprowadził ksiądz, który zanim powiedział im coś
o Bogu, potrafił zafascynować ich sposobem bycia, osobistą
kulturą, sposobem odnoszenia się do drugiego człowieka. Ale
bywa też, że ludzie odchodzą od Boga, bo zawiedli się na księdzu
jako człowieku. Wiele nas, księży, uczą te spowiedzi, często
na łożu śmierci, odbywane nieraz po kilkunastu czy
kilkudziesięciu latach tylko dlatego, że penitenta zawiódł
kiedyś w brutalny nieraz sposób jakiś kapłan. Nie możemy wówczas
mówić, że była to po prostu słaba wiara. Tak, pewnie była
ona słaba, ale przede wszystkim w ogóle była i można ją było
albo rozpalić i wzmocnić, albo do końca stłumić. Trzeba
wiele Bożej łaski, by zetknąwszy się ze złym księdzem nie
odejść od wiary.
Jest to sprawa naszej kapłańskiej odpowiedzialności za
obecność Jezusa w świecie, której świadomość winna być
także obroną wobec nie tak rzadkiej pokusy kapłańskiego życia,
by jakoś Chrystusowi ułatwić, tak bardzo po ludzku, to Jego
dzieło. Stale się tego uczymy, że owszem, mamy ułatwiać,
nasze osobiste cnoty mają służyć Jego sprawie, a nasze
osobiste grzechy nie mogą Go zasłaniać. Ale autentyczna
troska o sprawy Boże może się też przerodzić w jakąś formę
niewiary w zasadniczą moc Mistrza. Tak jest wtedy, gdy rodzi się
myślenie, że to moja przedsiębiorczość, układy, spryt,
wiedza, elokwencja, nawet osobista świętość czy szukanie
wsparcia świeckich struktur dla dzieła zbawienia, tak naprawdę
decyduje o sile i skuteczności misji Chrystusa w świecie. Nie
wystarczy być tylko sklerykalizowanym technokratą i sprawnym
technicznie funkcjonariuszem kultu. Co robisz więc, by być świadkiem
tej pierwotnej, wyrastającej z Ewangelii Chrystusowej wizji kapłaństwa,
które obejmuje całego człowieka? Tylko wtedy można bowiem dźwigać
ku górze człowieka. Stale się uczymy, że nie można być księdzem
,,tylko trochę”, w godzinach urzędowania. Tak jak nie można
być ,,tylko trochę” mężem, żoną, ojcem czy matką.
Tak jak nie można ,,tylko trochę” kochać. Kapłanem
jest się zawsze, tak jak zawsze jest się mężem, żoną,
ojcem czy matką. I w służbie, i w sprawowaniu sakramentów, i
w modlitwie, i w odpoczynku. Tak, i w grzechu także.
Autor jest profesorem
Papieskiego Fakultetu Teologicznego we Wrocławiu i proboszczem
parafii p. w. Świętego Stefana we Wrocławiu-Tarnogaju.
|