|
JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?
Ksiądz na manowcach świata
KS. BOGUSŁAW MIELEC
Chciałoby się rzec: nareszcie! Po
próbach opisu sytuacji polskiego księdza, ograniczonych do dość elitarnych
środowisk (np. „Znaku” nr 11/1997 – ankieta „Być księdzem dzisiaj” czy
lubelskiego „Ethosu” nr 38-39/1997 „Kapłan w końcu wieku – sługa czy
funkcjonariusz?”), przyszedł czas i na „Tygodnik Powszechny”. Zasługą redakcji
jest wydrukowanie artykułu ks. Andrzeja Turka „Boży maklerzy” i zaproszenie
innych księży do dyskusji. Zasługa jest tym większa, że, jak czytam, nie tyle
chodzi o wypowiedzi „budujące”, ile „prawdziwe” (przy czym wcale nie musi
zachodzić tu przeciwieństwo). Redakcja wyraża też nadzieję, że „być może
rozmowa ta przyczyni się do usunięcia wielu nieporozumień czy wręcz niezrozumienia
jawiącego się czasem między stanem duchownym i świeckim”. Ośmielam się dodać:
być może także między księżmi a „Tygodnikiem”?
Tekst otwierający dyskusję nie
rości sobie pretensji do pełnego opisu kondycji księdza w Polsce. Zresztą nie
jest to możliwe. Jest ich tyle, ilu księży i środowisk, w których żyją. Z
pewnością inaczej postrzega rzeczywistość ksiądz pracujący w parafii „popegieerowskiej”,
inaczej ktoś taki jak ja – w parafii pracuję w ograniczonym wymiarze, studiuję
i wykładam teologię, mieszkając między świeckimi w bloku na jednym z
krakowskich osiedli. Łączy nas jedna wspólna cecha, która, jak mi się wydaje,
organizuje też myślenie autora „Bożych maklerów” i dotychczasowych uczestników
dyskusji. Na swój prywatny użytek nazwałem ją „ksiądz na manowcach świata,
czyli emocje kontra rozum”. Oczywiście odwołuję się tutaj do znakomitego cyklu
refleksji ks. Józefa Tischnera.
SZANSE
Pomijając cały kontekst
materialnych problemów księży (zresztą ciągle w Polsce postrzegany głównie
przez pryzmat emocji, a nie – właśnie – rozumu), skupię się na paru sprawach.
Jawią się one jako „manowce”, ale stają się także „ścieżkami” wiodącymi do
nowych przestrzeni dobra. Pierwszą z nich jest wymuszona „odgórnie” obecność
księdza w szkole, nie tylko wśród uczniów, ale i nauczycieli. Mój przyjaciel,
który akurat w tym roku kończy siedmioletni wikariat w jednej z parafii w
diecezji bielsko-żywieckiej, mówi, że jedną ze spraw, których będzie mu żal
przy odchodzeniu, są relacje z nauczycielami. Z jego opowieści wynika, że udało
mu się wypracować właśnie to, o co chodzi: odniesienia, w których każdy
pozostaje sobą, w których podstawą więzi jest i ludzka sympatia, i wspólna
praca (wiadomo, jak trudna), i wspólna kawa w pokoju nauczycielskim czy grill w
plebańskim ogrodzie. Żeby nie było niejasności: najbardziej zgraną grupę tworzą
ksiądz, świeży neofita-historyk, ateista-fizyk i „wuefista”-gorliwy katolik.
Zatem, nie negując horroru, jakim
bywa katecheza w szkole, warto zauważyć szansę, którą stwarza bycie „twarzą w
twarz” ze świeckimi na płaszczyźnie zawodowej: broni ona przed raczej
nieskutecznym paternalizmem, natomiast umożliwia stworzenie przestrzeni, w
której powstają naturalne międzyludzkie więzy (także poprzez ostre niekiedy
dyskusje i spory). Dopiero w tym kontekście zarysowuje się możliwość
ewangelizacji, w której role się zmieniają: ksiądz bywa głosicielem, ale także
słuchaczem.
Innym przykład: proboszcz jednej z
parafii na Żywiecczyźnie, a równocześnie diecezjalny duszpasterz rolników,
organizował w lipcu pomoc dla dotkniętego suszą Podlasia. Ludzie z wielu
parafii dawali ziarno, siano i słomę, pomagali w załadunku 30 tirów, miejscowi
proboszczowie finansowali przynajmniej część kosztów transportu. Przy czym
charakterystyczna była motywacja podawana w ogłoszeniach parafialnych: robimy
to, czego wymaga od nas miłość bliźniego, gdyż pomoc dociera do mahometan,
prawosławnych i katolików, słowem – pomagamy człowiekowi, którego dotknęło
nieszczęście. Trudno o bardziej wymowną realizację przypowieści o miłosiernym
Samarytaninie właśnie na podstawowym, czyli parafialnym poziomie. I tak dzieje
się w przynajmniej kilku diecezjach. I znowu: „manowce”, na które może
prowadzić pewien sposób uczestniczenia księży w życiu publicznym, mogą stać się
ścieżkami wiodącymi do ludzi.
Kolejną szansą jest niebywała
eksplozja na rynku dobrej książki. Nie chodzi jedynie o tłumaczenia,
otwierające dostęp do filozofii i teologii wypracowanej na Zachodzie czy
Wschodzie, ale również o możliwość spotkania poprzez książkę czy inne media
(np. telewizyjne „Rozmowy na koniec wieku”) tych osób, które żyją wśród nas i,
używając określenia abpa Życińskiego, tworzą „Rzeczposopolitą pięknych dusz”.
Dla przykładu należy wymienić prof. Annę Świderkównę i jej „Rozmowy o Biblii”
(wydane przecież przez świeckie wydawnictwo PWN) czy s. Małgorzatę Chmielewską
i panią Jankę Ochojską, znane już nie tylko z telewizyjnych migawek, ale i z
książkowych zapisów rozmów z nimi (chwała wydawnictwu „Znak” za tę serię).
Schodząc na nieco niższy poziom,
trzeba wspomnieć o telewizyjnych transmisjach ostatnich pielgrzymek papieskich,
niektórych uroczystości Wielkiego Jubileuszu czy urodzinowego koncertu z
Wadowic. O płycie, dzięki której osiem błogosławieństw, „wkuwanych” dotąd przed
egzaminem z katechezy, po raz pierwszy mogło przedostać się do szerszej
świadomości w tak atrakcyjnej formie. Nie mówiąc już o sukcesie zespołu „Arka
Noego”, który jest symbolem szerszego zjawiska – w polskim świecie muzyki
popularnej obserwujemy renesans religijny, nieporównywalny np. z zasięgiem
Sacrosongów w epoce Polski Ludowej.
Wiem, że ktoś może sceptycznie
zauważyć: te ślady dobra giną w zalewie zła, któremu nowe czasy dostarczyły
równie nowych form obecności w świecie. Zgoda. Lecz równocześnie trudno oprzeć
się dwóm refleksjom. Pierwsza dotyczy ewangelicznej mądrości, która w opisie
Królestwa Bożego posługuje się metaforą ziarna, tego najmniejszego, jak
chociażby ziarnko gorczycy. Druga, również rodem z Jezusowej wizji: „poznajcie
prawdę, a prawda was wyzwoli”. W tym kontekście pytam: czy nie lepsza gorzka
prawda od usypiającego mitu o Polsce prawie w stu procentach katolickiej,
jeszcze na początku lat 90. tak mocno obecnego w kościelnym myśleniu? Wszak
właśnie ta niemiła dla nas prawda przekonuje, że nie ma prostego powrotu do
dawnych form obecności chrześcijaństwa w polskiej kulturze. „Wierność korzeniom
nie oznacza mechanicznego kopiowania wzorów z przeszłości. Wierność korzeniom
jest zawsze twórcza, gotowa do pójścia w głąb, otwarta na nowe wyzwania,
wrażliwa na »znaki czasu«”. To słowa Jana Pawła II z pożegnalnego przemówienia
w Krakowie 10 czerwca 1997 roku.
A poza tym, jeśli z teologii
duchowości każdy ksiądz wie, że prawda rodzi pokorę, to można i trzeba
zastosować tę prawdę również do własnego myślenia o Polsce. Obawy przed Europą?
Owszem, o ile są uzasadnione rzeczywistym, a nie wydumanym rozpoznaniem faktycznych
problemów. Bo trzeba zdobyć się na odwagę i postawić brutalne pytanie: czy mogą
nas jeszcze bardziej zdemoralizować niż II wojna światowa, komunizm i nowa
rzeczywistość, która z oczywistych racji nadal jest w pewnej mierze hybrydalnym
połączeniem „starego z nowym”?
WYZWANIA
Parafrazując znane powiedzenie ks.
Tischnera, można powiedzieć, że każdy ksiądz, o ile nie chce stać się
ideologiem, sprawdza każdy sposób urządzenia świata, przekładając go na język
konkretnego człowieka. Wydaje mi się, że wiele negatywnych księżowskich emocji,
które potem przybierają kształt słów i czynów bulwersujących niektóre
środowiska, stąd się właśnie bierze. Błędne koło się zamyka, gdyż negatywne
uczucia dyktują postawy, które z kolei rodzą u innych negatywne reakcje – i tak
w kółko. O co chodzi? Skoro najlepiej dostrzega się ogólne problemy na
konkretnych przykładach, oto garść z nich.
Wątpliwe „uroki” reformy zdrowia
poznawałem podczas kolędy w jednym z krakowskich domów dla ludzi starych,
którzy prawie z dnia na dzień zostali pozbawieni opieki pielegniarki i lekarza.
Nie wspominam już o rozmowach ze starszymi ludźmi, którzy pogubili się w nowej,
zreformowanej rzeczywistości służby zdrowia, bo albo zlikwidowano im
przychodnię, albo okazało się, że do specjalisty nie tylko muszą mieć dodatkowe
skierowanie i jechać na drugi koniec miasta, ale jeszcze czekać na wizytę
przynajmniej miesiąc.
Inne wspomnienie z tzw. „wizyty
duszpasterskiej”. Starszy pan pyta z pretensją: proszę księdza, tak głośno
krzyczeliście przeciw aborcji, dlaczego nic nie mówicie, kiedy na nas dokonuje
się eutanazji, bo leki są tak drogie, że nie sposób ich wykupić?
Sprawa uwłaszczenia, która po
ostatniej uchwale Sejmu wzbudziła falę krytyki (także w „Tygodniku”). Każdy
ksiądz zna rodziny, które mieszkając w lokalach komunalnych nie mają szans na
zakup mieszkania, nawet po preferencyjnych cenach. Z jednej strony boją się
pozbyć niewielkich oszczędności trzymanych na tzw. „czarną godzinę”. Z drugiej,
boją się uwolnienia czynszów. Po rozmowie z takimi ludźmi budzi się pytanie
wobec wszystkich tak żarliwie protestujących przeciwko powszechnemu
uwłaszczeniu: dlaczego zabrakło waszego głosu, gdy prywatyzowano wiele
zakładów, doprowadzając je najpierw do upadłości, albo gdy wykupywano po
śmiesznie niskich cenach mieszkania zakładowe, aby potem wyrzucać z nich ludzi?
Proszę zrozumieć: nie chodzi mi o
zajęcie konkretnego stanowiska w sprawach, na których zresztą się nie znam (być
może przeciwnicy uwłaszczenia w przegłosowanej ostatnio formie mają swoje
racje). Chodzi o pokazanie pewnego procesu, który dokonuje się w nas, księżach.
Spotkanie z krzywdą konkretnego człowieka rodzi negatywne emocje, pogłębione
przez całkowitą bezradność, zwłaszcza jeśli rzecz przekracza możliwości pomocy.
Rodzą się pytania, na które ksiądz nie znajduje odpowiedzi. Jeśli tylko słyszy
magiczne słowa „prawa rynku”, „liberalizm gospodarczy” itp., to ponieważ
niewiele mu one mówią, w zetknięciu z obserwowaną krzywdą łatwo o gniewną
postawę szukania winnego. Tak powstają słowa-wytrychy: „obcy w rządzie”, „zdrada
polskich interesów”, „wyprzedaż Polski”, „dawniej politycy słuchali Moskwy, a
teraz Brukseli” itp. Jeśli dochodzą do tego kwestie obyczajowe, na które księża
są szczególnie wyczuleni, łatwo o niebezpieczny skrót myślowy: „wszystkiemu
winny jest liberalizm”. Nareszcie znaleźliśmy wroga. Naszym zadaniem jest
wytropić go i unieszkodliwić: w imię dobra człowieka i Boga. Na ambonie
(najczęściej), w kontaktach z ludźmi, przez ostrzeganie przed konkretnymi
środowiskami i mediami itp. Trudno ukrywać, że spotyka to także „Tygodnik”,
który uważany jest za tubę „Gazety Wyborczej”.
Dzieje się wówczas jeszcze jedna
niedobra rzecz: z nauczania Kościoła wybiera się wyrwane z kontekstu fragmenty,
które mają oficjalnym autorytetem wzmocnić własne „przedrozumienie” księdza.
Sprawy nie ułatwia fakt, że w odróżnieniu od innych Kościołów Europy
Zachodniej, nasz nie wypracował jeszcze formy tematycznych listów pasterskich,
które nie byłyby przeznaczone do czytania z ambony, ale zawierałyby kompendium
nauki Kościoła (zwłaszcza społecznej), przystosowane do aktualnych problemów. W
efekcie może dochodzić, i dochodzi, do sytuacji, w których osobiste emocje
danego księdza odbierane są jako nauczanie Kościoła. Można wtedy przyznać rację
ks. Tischnerowi: „tyle katolicyzmów, ilu proboszczów”.
OD ROZDARCIA DO TWÓRCZEJ SYNTEZY
Kroczący po manowcach tego świata
przeciętny polski ksiądz jest rozdzierany przez pozytywne i negatywne emocje.
Które z nich zwyciężą? Albo lepiej: na ile jest możliwa ich synteza przez
twórczy rozum? Dodajmy, że chodzi tu zarówno o rozum, który teologia nazywa „lumen
rationis” (rozum naturalny), jak i „lumen revelationis” (światło Objawienia).
Wszak jako ksiądz mam odczytywać Ewangelię w świetle ciągle nowych „znaków
czasu”. Jeśli tak jest, oznacza to, że jako polscy księża znajdujemy się
dopiero na początku długiej drogi. Chodzi o to, abyśmy to sami rozumieli, a co
więcej – znajdowali zrozumienie u innych, zwłaszcza świeckich. Gdyż oprócz
reakcji na zmieniającą się rzeczywistość świecką stoi przed nami jeszcze
poważniejsze, choć uwarunkowane tamtym, zadanie odnalezienia się w zmieniającej
się również rzeczywistości kościelnej. Przyjdą, już przychodzą nowi ludzie,
których mentalność ukształtowana została w zsekularyzowanej, pluralistycznej i
demokratycznej kulturze z wszystkimi jej cieniami i blaskami. Pojawią się jako
nasi koledzy-księża, uczniowie, studenci, parafianie itp. I będą pytać, już to
zresztą czynią, w jaki sposób chrześcijaństwo rzuca światło na ich ludzkie
problemy. Miłość, sens płciowości, sprawiedliwość społeczna, Kościoł jako droga
wiodąca do Boga – odwieczne pytania, a przecież stawiane w nowym kontekście
kulturowym.
Chodzi nie tyle o to, abyśmy
odpowiadali cytatami z odpowiednich dokumentów kościelnych, ale mówili sobą:
jak my na te pytania odpowiadamy sobie sami, właśnie w świetle nauczania
Kościoła, któremu zawierzyliśmy. Czy szukając odpowiedzi, doprowadzimy wreszcie
do wybuchu tej teologicznej bomby zegarowej, jaką według określenia George‘a
Weigla jest papieska teologia ciała? Czy przemyślimy i przyswoimy sobie
rachunek sumienia Kościoła, którego jednym z celów jest przecież uniknięcie
tych błędów w głoszeniu Ewangelii, które były udziałem niektórych naszych
braci-kapłanów w przeszłości? Czy odkryjemy najgłębszy sens Kościoła, którym
jest „communio” i w związku z tym kluczem do naszego kapłańskiego posłuszeństwa
uczynimy odpowiedzialność za Sprawę Jezusa w tym pokoleniu? Czy wreszcie,
odkrywając rzeczywiste manowce świata, nie pozostaniemy wyłącznie na poziomie
negatywnych emocji, ale odkryjemy, że Bóg, w którego po chrześcijańsku
wierzymy, może zło przemienić w dobro, a manowce w ścieżki wiodące do Niego?
Czasem wydaje mi się, że kluczem
do odczytania Biblii, a w jej świetle sensu naszego czasu, winno być
duszpasterskie doświadczenie św. Pawła. Zwłaszcza wyrażone w słowach „wystarczy
ci mojej łaski. Moc bowiem w słabości się doskonali” (2 Kor 12,9) oraz „gdzie
jednak wzmógł się grzech, tam jeszcze obficiej rozlała się łaska...” (Rz 5,
20). One wskazują wszak na dramatyczny charakter chrześcijańskiej egzystencji,
a przecież profesjonalizmem „Bożego maklera” jest właśnie poprawne odczytanie
sensu świata, w którym Bóg nie przestaje spotykać się z człowiekiem.
Ks. Bogusław Mielec (ur. 1964),
doktor teologii moralnej Papieskiej Akademii Teologicznej w Krakowie,
duszpasterz młodzieży.
|