JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?

Niepewność i ryzyko

KS. ANDRZEJ LUTER

 

 

Była zima. Wracałem tramwajem z warszawskiej Pragi od zaprzyjaźnionego księdza. Ubrany byłem w ciepłą kurtkę z kapturem na głowie. Anonimowość zapewniona. Tramwaj wjechał na most Śląsko-Dąbrowski, gdy nagle ktoś chwycił mnie za rękę. W pierwszym odruchu pomyślałem, że to złodziej, kieszonkowiec, jakich w Warszawie wielu. „Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus” – usłyszałem. Zdziwiony spojrzałem na młodego człowieka, którego, jak sądziłem, w ogóle nie znałem. „Ksiądz mnie nie pamięta. Jestem Marek. Trzy lata temu spowiadałem się u księdza na Placu Trzech Krzyży. Wie ksiądz, po tej spowiedzi zmieniło się moje życie”. Zacząłem grzebać w pamięci. Wśród setek spowiedzi trudno przypomnieć sobie tę jedną. Ale przypomniałem sobie. Ona była ważna również dla mnie. Na chusteczkach higienicznych wymieniliśmy numery telefonów. No cóż, mógłbym teraz patetycznie powiedzieć, że dla takich momentów warto być księdzem. Bo to prawda. Wróciłem późnym wieczorem do swojego mieszkania i był to radosny wieczór.

„Co Knorr to Knorr”

Ktoś może zapytać, jak ta budująca, ale autentyczna historyjka ma się do tekstu ks. Andrzeja Turka o polskich księżach. Wyjaśniam zatem, iż chciałem przez nią powiedzieć tylko to, że nie powinniśmy zbytnio utyskiwać na rzeczywistość, która przecież składa się właśnie z takich drobnych, pozornie nieistotnych zdarzeń, nadających codzienny sens naszemu powołaniu. Można oczywiście narzekać, bo są trudności, np. na „odcinku gospodyń”, no ale przecież „co Knorr to Knorr”. Cywilizacja idzie do przodu nawet w dziedzinie zupek. Mam zresztą kolegę, proboszcza parafii, który doskonale gotuje. A co do PIT-ów: jeśli ksiądz nie potrafi bądź nie chce wypełniać tych skomplikowanych dokumentów, to korzysta z fachowej usługi, jak wielu innych podatników. Nie widzę w tym nic złego. Solidaryzuję się natomiast z ks. Turkiem w sprawie „zgrzewek” piwa.

W tekście „Boży maklerzy” najważniejsze pytanie brzmi: jak się znaleźć na wolnym rynku idei? Kościół nie „nakłada się” już na całe społeczeństwo – pisze ks. Turek – ale staje się jednym z jego elementów. Jak zareklamować, zaoferować, a w konsekwencji sprzedać „religijny towar”? Już takie stawianie sprawy może razić. Rozumiem jednak, że ks. Turek prowokuje do przemyśleń.

Nie chcę uprawiać prywatnego pryncypializmu i pouczać innych. Wypowiadam się tylko we własnym imieniu. Nie mam zamiaru reklamować religii; nie mam też zamiaru wymyślać atrakcyjnych ofert, które zachęcałyby do kupna. I nie dlatego, że ktoś mi powie: za drogo, towar wybrakowany albo też zwróci mi uwagę na galopującą inflację słów. Otóż nie będę Bożym maklerem, bo nie wiem, co to właściwie oznacza.

Czytam św. Pawła, który mówił: „... dla wszystkich stałem się wszystkim”. Słucham Jana Pawła II i staram się zrozumieć Jego przesłanie. Myślę, że daje on przykład postawy otwartości, w tym sensie, że na każdego człowieka, nawet tego najbardziej oddalonego od Kościoła, patrzy jak na osobę, z którą w jakimś punkcie można się porozumieć, bez zacierania różnic. Jeśli postawa dialogu w dzisiejszym świecie rynku idei i światopoglądów jest reklamą wiary, to zgoda – mogę być nawet „Bożym maklerem”. Bez tej postawy nie widzę możliwości pogłębienia świadomości religijnej i etycznej, szczególnie wśród młodych ludzi. Nie można dopuścić, aby najtrudniejszy dla formacji człowieka i chrześcijanina czas młodzież spędziła z dala od Kościoła. Nawet jeśli niesprawiedliwie i krzywdząco będzie atakowała ten Kościół (ostatecznie młodzież zazwyczaj postrzega rzeczywistość radykalnie i buntowniczo), to nie znaczy, że przestała poszukiwać Boga. Jak dotrzeć do niej bez postawy dialogu, prowadzonego w Prawdzie?

Katorga

Sądzę, że tu tkwi źródło wielu księżowskich porażek katechetycznych. Ks. Turek pisze, że lekcje katechezy dla niektórych księży to katorga. Myślę, że powinniśmy wreszcie zrozumieć, iż nie wszyscy duchowni nadają się do szkół, co ich wcale nie deprecjonuje. Ktoś może być wspaniałym spowiednikiem, ale 45 minut w szkole to dla niego czas nie do przebrnięcia. Powierzając księdzu obowiązki należy wcześniej rozpoznać jego możliwości i charyzmaty. W przeciwnym razie może być łatwo zaliczony do zbioru księży, którzy do niczego się nie nadają (no, pozostaną mu co najwyżej kancelaria i pogrzeby).

Znam kilku księży, którzy wspaniale pracują z młodzieżą w różnych ruchach kościelnych, ale nie chcą katechizować na lekcjach. Z kolei dla niektórych prefektura w szkole to spełnienie pragnień. Mimo wszystko patrzę optymistyczniej na przyszłość katechezy niż ks. Turek, choć – przyznaję – może dlatego, że z sentymentem wspominam czasy, kiedy uczyłem religii w technikum mechaniczno-elektrycznym (w szkole, która miała opinię trudnej wychowawczo). Kłopoty będą zawsze, szczególnie w szkołach średnich, bo tam młodzież zaczyna zadawać pytania. Nie wszyscy potrafią, a może nie chcą na nie odpowiadać.

 Odrębny problem stanowią tzw. „zawodówki”, gdzie ksiądz często styka się z młodymi ludźmi, którzy weszli na drogę przestępczą bądź pochodzą z patologicznych rodzin, co zresztą czasami łączy się ze sobą. Przełożeni powinni dokładnie rozważać każdą nominację na katechetę do takich szkół, by uniknąć frustracji i rozczarowań. Tu nie może być prostego „rozdzielnika”.

Codzienne parafialne życie Kościoła tętni (...powinno tętnić) we wspólnotach charyzmatycznych, biblijnych, neokatechumenalnych i wszelkich innych. Wszystko to nie może rzecz jasna zagłuszyć liturgicznego rytmu duszpasterstwa. Wspólnota realizująca Eucharystię to fundament Kościoła. Jeśli to jest oferta na dzisiejsze czasy, to jestem „Bożym maklerem”. Dodajmy w tym miejscu, że – paradoksalnie – rozwój wspólnot wzmocni duszpasterstwo indywidualne. Sam wiem, jak ważny jest osobisty kontakt z kimś, kto, być może, jest na obrzeżach Kościoła i wiary; kto nie znajduje sobie miejsca w żadnej wspólnocie; kto jest katolikiem „niezrzeszonym” albo w ogóle poza Kościołem. Osobiste i prywatne relacje z księdzem są ważne dla wielu ludzi, tak wierzących, jak i niewierzących. Mówi o tym w swoich wspomnieniach prof. Stefan Swieżawski, człowiek wielkiej wiary. Takie kontakty rozwijają zresztą samego księdza.

 Wikary i parafianin

Wiem, że księdzu Andrzejowi Turkowi chodzi o to, by Kościół jako „segment życia publicznego” był konkurencyjny i swoiście atrakcyjny. Zgadzam się z tym. Tak samo jak autor uważam, że należy „w procesie formacji seminaryjnej położyć większy akcent na problemy, które niosą ze sobą zjawiska sekularyzacji i pluralizmu”. Dawno, dawno temu ks. Bronisław Dembowski (dziś biskup włocławski) w czasie rekolekcji przed święceniami kapłańskimi mówił nam, że chodzi o to, by przeciętny wikariusz nie był głupszy od przeciętnego parafianina. Inaczej mówiąc, by nie był bezradny wobec rzeczywistości, w której przychodzi mu żyć, pracować i głosić Ewangelię. Ks. Dembowski uczył nas wtedy miłości do świata i drugiego człowieka, jakikolwiek on by był. A niepewność i ryzyko będą nam towarzyszyły w życiu do końca. Wszak każdy człowiek nosi w sobie jednocześnie postawy dwóch braci z przypowieści o synu marnotrawnym, a więc: rozdarcie i dążność do równowagi wewnętrznej. Ten stan nie omija również księży.

Św. Paweł w 1 Liście do Koryntian naucza: „Skoro jeden mówi »ja jestem Pawła«, a drugi »ja jestem Apollosa«, to czyż nie postępujecie tylko po ludzku? Kimże jest Apollos? Albo kim jest Paweł?... Otóż nic nie znaczy ten, który sieje, ani ten, który podlewa, tylko Ten, który daje wzrost – Bóg”. (1 Kor 3, 4-7). Sukcesu apostolskiego nie wymierzy żaden ośrodek badań opinii społecznej. Jan Paweł II pisał w swojej pierwszej encyklice „Redemptor hominis”: „Postawa misyjna i misjonarska zaczyna się zawsze w poczuciu głębokiego szacunku dla tego, co »w człowieku się kryje«, dla tego, co już on sam w głębi swojego ducha wypracował w zakresie spraw najgłębszych i najważniejszych – szacunku dla tego, co już w nim zdziałał ten Duch, który »tchnie tam, gdzie chce«”. Czy trzeba lepszego tekstu, gdy zastanawiamy się nad naszym działaniem w Kościele?

Ks. Andrzej Luter

 

 

Autor (ur. 1956) jest księdzem diecezji łowickiej, wykładowcą w Wyższym Seminarium Duchownym w Łowiczu.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl