JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?

Dawniej wystarczyło ubrać się w sutannę

KS. MAREK ŁUCZAK

 

 

Ks. Andrzej Turek powołuje się w swym artykule na sondaż przeprowadzony przez „Rzeczpospolitą” na temat zmiany ustrojowej w Polsce. Zdaniem większości badanych, po dokonanych przemianach najlepiej żyje się między innymi księżom. Ks. Turek polemizuje z tą opinią. Skarży się też, że nikt samych księży nie pytał o zdanie.

Sondaże jednak nie oddają istoty rzeczywistości, ale mówią, w jaki sposób ta rzeczywistość jest odbierana. Dlatego trudno dyskutować z ich wynikami. Jeżeli zadajemy pytanie: komu żyje się najlepiej po transformacji? – to musimy najpierw zapytać: pod jakim względem lepiej? Zwykle ludzie oceniają ustrój czy sytuację w kraju na podstawie przesłanek materialnych, dlatego można przypuszczać, że księży uznają za ludzi, którym się powiodło, bo do takiej oceny skłonił ich dobry samochód proboszcza czy markowy ciuch wikariusza.

Osobiście nie znam proboszcza, który przechodzi na emeryturę i kupuje sobie dom za granicą, żeby korzystając z nagromadzonych oszczędności spędzić resztę życia na słodkim „nic nie robieniu”. Wszyscy, których znam, zajmują najczęściej malutkie mieszkanko i dorabiają, pomagając w pobliskich parafiach. Ale jest faktem, że od strony materialnej żyje nam się lepiej niż przeciętnym rodzinom. Mnóstwo jest ludzi, których nie stać na godne życie, o luksusach nie wspominając. To, co jest normalne dla ludzi zamożnych, inaczej jest odbierane przez biednych. Dlatego w sondażach spotykamy się z takimi opiniami, które nie odzwierciedlają stanu majątkowego księży, są tylko przypuszczeniem czy odczuciem.

Ks. Andrzej Turek pisze także, że „współczesny ksiądz powinien być osobą bardzo kompetentną w »swoim zawodzie«, odznaczać się nie tylko autorytetem urzędowym, ale też charyzmatem osobistym i posiadaniem cech »ludzkich«...”. Powyższe słowa są trafne, ale dotyczą w nie mniejszym stopniu wszystkich aktorów życia społecznego. I dobrze, że tak się dzieje.

Autor „Bożych maklerów” pisze, że ksiądz powinien odznaczać się nie tylko autorytetem urzędowym. Wydaje mi się, że trzeba zapomnieć o autorytecie urzędowym. Po prostu skończyły się czasy, kiedy wystarczyło ubrać się w sutannę, żeby być traktowanym jak nauczyciel. Dzisiaj wszyscy muszą pracować na swój autorytet. Kiedyś było się wolnym od odpowiedzialności. Nikt specjalnie nie podważał kompetencji. Dziś ludzie są bardziej krytyczni. Trzeba jednak zaznaczyć, że niekoniecznie wobec samych księży, ale także wobec nauczycieli, dziennikarzy, policjantów, lekarzy... Taka sytuacja jest w dużym stopniu wynikiem transformacji naszego społeczeństwa. Nie można wymagań ze strony wiernych utożsamiać z postawami antyklerykalnymi. Jeżeli ktoś żąda profesjonalizmu od nauczyciela, to wcale nie znaczy, że jest wrogo nastawiony wobec nauczycieli w ogóle, ani tym bardziej wobec szkoły. Niezrozumiałe jest więc zacytowanie w tekście o życiu księży po transformacji wypowiedzi ks. abpa Życińskiego, w której „ksiądz” równa się „obcy”. Twierdzę, że po pierwsze, obcość tworzą co najmniej dwie strony. A po drugie, tworzy się ją przez dłuższy czas, nie zaś z dnia na dzień. Transformacja spowodowała jedynie, że to, o czym się kiedyś tylko myślało, teraz można głośno wypowiadać. Jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić, żeby w gazecie napisano krytyczny, interwencyjny artykuł na temat władz miasta czy policji. Wolność słowa zachęciła ludzi do większej wrażliwości na przejawy patologii w życiu publicznym. I tak zrodziła się pewna forma kontroli społecznej. Można chyba zaryzykować twierdzenie, że dobrze się stało. Jeżeli ktoś w czymkolwiek przesadza, media pomagają mu się zreflektować.

Ks. Turek dla podparcia tezy o wzrastającym antyklerykalizmie podaje przykład wzrastającej liczby napadów na probostwa. Trzeba jednak właściwie ocenić ten fakt. Autor artykułu jest socjologiem, musi więc uwzględnić pewne założenia statystystyki. W czasach wielkiej pauperyzacji obserwujemy wzrost zachowań agresywnych. Nie tylko w nocy, ale także w dzień odnotowuje się liczne napady na stacje benzynowe i puby. Nie sądzę, by w pierwszym przypadku należało winić za napady obrońców przyrody, a w drugim – członków klubu Anonimowych Alkoholików.

Na koniec warto się przyjrzeć uwagom autora „Bożych maklerów” o katechezie. W omawianym tekście można przeczytać nawet o pewnego rodzaju terrorze uczniów wobec katechety. Niestety, jest to szerszy problem. Należałoby tu wspomnieć o słabości szkoły. Słyszy się nieraz o aktach agresji wobec nauczycieli czy pomiędzy uczniami. Nie tylko podczas katechezy, ale w ogóle w szkole coraz trudniej wyegzekwować dyscyplinę. Dyrektorzy boją się drastycznych rozwiązań, ale naprawdę nie wszyscy uczniowie nadają się do tego, żeby uzyskać wykształcenie zawodowe czy średnie. Niezależnie od dobrych albo dostatecznych wyników nauczania, pozostaje jeszcze cały szereg postaw, które trzeba właściwie ocenić, zanim da się uczniowi promocję do następnej klasy. Trudno sobie wyobrazić szkołę, w której nauczyciel (nieważne, jakiego przedmiotu) czuje się jak ktoś, kto walczy o przetrwanie. Takie zachowania uczniów wymagałyby może nawet interwencji ze strony policji. Trzeba wreszcie jasno powiedzieć, że o pewnych podstawowych zasadach kultury nie można zapominać. Podczas katechezy nie chodzi na początku o wiarę, ale właśnie o kulturę. To katecheza ma doprowadzić do wiary, ale bez kultury się tego zrobić nie da. Od egzekwowania zaś kultury muszą być wszyscy nauczyciele, a przede wszystkim dyrekcja. Jeżeli im się to nie udaje, niech przyznają pokornie, że nie potrafią, i dadzą szansę innym. Niedopuszczalne są sytuacje, w których pozostawia się niedoświadczonych, często młodych księży na łaskę i niełaskę rozwydrzonej młodzieży. Na konferencjach pedagogicznych wychowawcy na ogół mówią, że wszystko jest w porządku. Okazuje się, że nie mamy odwagi spojrzeć prawdzie w oczy. W tym przypadku też trudno się doszukiwać antyklerykalizmu.

Zgadzam się jednak, że sytuacja księży po transformacji jest trudniejsza. Ale problem dostrzegam gdzie indziej. Nie boję się krzykaczy i awanturników. Dla nich mogę pozostać „obcym”. Bardziej boję się tych, którzy z wyrafinowaną miną i uśmiechen zwrócą się do Metropolity Lubelskiego: Panie Życiński, zamiast tradycyjnego Księże Biskupie. Pozornie nie czynią niczego, co byłoby niewłaściwe, ale w gruncie rzeczy manifestują coś bardzo niebezpiecznego: mianowicie przeświadczenie, że w kulturze po transformacji nie ma miejsca dla Kościoła. Jedyne, co pozostaje, to mieć nadzieję, że przecież bywały trudniejsze czasy, a Kościół nieprzerwanie głosił Ewangelię. I tak będzie zawsze.

Ks. Marek Łuczak

 

 

Autor jest księdzem diecezji katowickiej.

 

 

 

 

 

 

 

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl