|
JAK SIEBIE WIDZĄ POLSCY KSIĘŻA?
Razem nie tylko przy stole
KS. FRANCISZEK KAMECKI
Dzisiaj nie wystarczy idea, że kapłan jest drugim
Chrystusem. Jest. Ale bliźni też jest. Nawet nie drugim, tylko
pierwszym, rzeczywistym, którego nie wolno pominąć w drodze
do zbawienia. Nie wystarczy też modlitwa i miłosierdzie, bo w
innych religiach o to również się starają.
Redakcja zadała pytanie na czasie: co dzisiaj księża myślą
o sobie, o swojej roli i misji?
KONFERENCJA
PRZY ODPUSTOWYM STOLE
Pani Wanda Paszewska („TP” nr 30) ma rację: nie
tylko księdza nie stać dziś na gosposię. Gospodyni na
plebanii jest konieczna tylko wtedy, gdy ksiądz jest nieudolny,
ułomny i chory (etap starości i emerytury to dla wielu księży
realny lęk), albo gdy mieszka tam wielu księży, albo gdy z
organizowaniem jedzenia niełatwo (jak to było przed 10 laty w
Polsce pustych półek). Prędzej należałoby zmienić tradycje
odpustów, uroczystości kościelnych i zrezygnować z
ostentacyjnej obfitości jedzenia, ale... kto się na to odważy?
W imię czego? W imię ubóstwa księży? W imię prostoty
biskupów? W imię jakiej Ewangelii?
Problem w tym, że nie tylko nie ograniczamy, ale pomnażamy
okazje kościelno-towarzyskie – m. in. spotkania opłatkowe,
jubileusze – korzystając z profesjonalnych zespołów
kelnerskich i kucharek... najmniej sześciu, przy których
– wbrew przysłowiu – zawsze jest co jeść.
Siadanie przy obficie zastawionym stole jest prawdopodobnie
najmocniejszą stroną życia polskich parafii. Ile byłoby pożytku,
gdyby przy tym stole, oprócz przemówień, luźnych rozmów, często
nijakich, udało się zainicjować jakiś problem, zadać
pytanie, które domaga się odpowiedzi? Czasem przy obiedzie
odpustowym i kawie można łatwo zaliczyć – coraz krótszą
– konferencję dekanalną. Slowem: formalność i pozory
aktywności, czego i tak jest za dużo w Kościele.
U mnie nie ma gospodyni: jest pani dojeżdżająca jako
pracownik administracyjno-gospodarczy, która wykonuje wiele
zadań wspomagających istnienie grup, zespołów, Caritasu i
rekolekcji (nawet 15--dniowych, wg programu ruchu oazowego ks.
Franciszka Blachnickiego) oraz pilnuje wysyłek, opłat, PIT-ów,
spisów, spotkań, zebrań itp. Jedzenie przestało być czymś
koncentrującym, skoro wszystko można szybko kupić. Prawie na
każdym spotkaniu parafialnym z grupami pijemy kawę. Obsługujemy
się nawzajem. I ja sam mogę się też obsłużyć.
POTURBOWANE OJCOSTWO
Z tym wiąże się rzeczywista bezdomność księdza. Jak
pisał ks. Józef Tischner, ksiądz nie ma dokąd iść. Nie ma
domu (chyba że gdzieś kupił), nie ma żony (z zazdrością
patrzy na uśmiechnięte pary małżeńskie), nie ma dzieci
(chyba że jakieś niechcąco spłodził). Oczywiście, ksiądz
jest w rodzinie parafialnej, na pewno jest we wspólnocie Kościoła,
jest także ojcem wspólnoty, kierownikiem duchowym parafian
itd. Piękne określenia, ale abstrakcyjne. Tak, widać ojcostwo
księdza – serdeczne, troskliwe, ważne i subtelnie
duchowe – ale albo jakieś paternalistyczne (urzędowo
poprawne, z góry), albo zniewieściałe (sentymentalno-ojczulkowskie)
U młodych księży wracających ze szkolnej katechezy czuje
się nerwowe i poturbowane ojcostwo. Niejeden kapłan ucieka od
młodzieży: źle o niej mówi, boi się jej, a Jurka Owsiaka
wyzywa za to, że odciąga młodzież od Kościoła. Pytam się:
– Ile twojej młodzieży odciągnął Owsiak?
– No, no – zbywa mnie.
Albo że Owsiak kwestuje pod kościołem i angażuje naszą
najlepszą młodzież z oazy... Odpowiadam:
– Jakże możesz mówić źle o Świątecznej
Orkiestrze, skoro jest w niej ta nasza najlepsza młodzież? To
chyba dobrze dla nas, i dla Owsiaka.
OPINIE BEZ REFLEKSJI
Dwuznaczna radość przy księżowskim stole polega na tym,
że rzucamy opinie bez refleksji. Że masoneria zagraża z
wszystkich stron. Że narkotyki wnet będą rozdawane pod kościołami.
Że prostytutki jeszcze nie stoją blisko kościołów. Że
pornografia wszędzie wyłazi z gazet. O biedzie. O upadku
obyczajów i wiary, skoro coraz mniej ludzi przychodzi do kościoła.
Za komuny chodzili, a teraz nie. Wolność i samowola
pomniejszają naszą rolę w społeczeństwie. Po cichu nieraz
ktoś powie, że nie mamy dobrych programów odnowy
ewangelizacyjnej Polski, bo nie pracujemy zespołowo. Każdy
sobie rzepkę skrobie i dlatego rozproszone siły duchownych są
niewidoczne i nieskuteczne. Nie umiemy pokazywać Ewangelii ani
wartości w Kościele.
O „Tygodniku Powszechnym” także nienajlepiej. Chociaż
już bardzo dawno mój kolega ksiądz nie czytał tego pisma, bo
nie prenumeruje, ale je ocenia. Coś go boli wewnętrznie, więc
źle mówi o ważniejszych katolickich ośrodkach
intelektualnych w Polsce. Może teksty są dla niego za trudne.
Osobiście wolę czytać trudniejszy tekst, który będzie potem
„chodził mi po głowie”. Wtedy głowa staje się ważna
i wykorzystywana. Najgorzej, jeżeli głowa jest na dłużej
pusta. Pytam się kolegi księdza:
– Czyje teksty chcesz czytać? Czy dobrego pisarza,
noblisty, czy byle kogo, kto pisze źle po polsku lub nieźle,
lecz mało odkrywczo? Przecież wokół „Tygodnika”
utworzyła się grupa świeckich (a także duchownych)
intelektualistów, którzy stali się ważni również dla świata,
wśród nich warto wymienić paru najsławniejszych i żyjących:
Karol Wojtyła, Jan Twardowski, Czesław Miłosz, Mieczysław
Maliński, Jacek Woźniakowski, Marek Skwarnicki?
Piszę o tym, aby porównać stan myślenia księży z myśleniem
ludu polskiego. „Z ludu i dla ludu” jest kapłan. Jest z
tej samej gliny, co lud. Ale rozmowy księżowskie świadczą o
powierzchownym rozumieniu nowej rzeczywistości. My księża
wypowiadamy łatwe i przyjemne prawdy o codzienności, bez
odniesienia do Biblii. Narzekamy na władzę kościelną, na władzę
świecką, na cały świat i na demony podchodzące do świętej
Polski ze wszystkich stron świata. A przecież Polska nie jest
taka święta. Jej obywatelom brak wiary i nadziei. Pijaństwo,
agresja w rodzinie, złamana jedność oraz osłabiona miłość.
U księży brak systematycznych lektur i intelektualnego
mocowania się z problemami tego świata i tej Polski. Czekamy
na zmiany, które przecież są i nieustannie przewracają starą
strukturę komunikowania i technologii. Zbyt szybkie i potoczne,
homiletyczne i katechetyczne odpowiedzi nie są panaceum na bolączki
świata. Proszę poczytać drukowane materiały pomocnicze do
kazań. Przeglądam kilka przed każdą niedzielą i nie potrafię
z nich skorzystać, ponieważ są albo pisane językiem nie z
tej ziemi, uskrzydlone nietrafnym językiem religijnym, albo
rozgadane wielosłowiem i nachalnie moralizatorskie.
Tworzą się wśród kapłanów (pewnie na skutek rozmaitości
mediów, które kreują sztuczną rzeczywistość) dziwne i
negatywne opinie o pięknym, stworzonym przez Boga świecie (bo
tylko ludzie grzechem ten świat wykrzywiają). Powtarzane są
na giełdzie kapłańskiej, a może wzięte już wcześniej z
atmosfery kleryckiej w seminarium, od profesorów i katechety w
szkole, z pierwszych koleżeńskich spotkań... Te czarno-białe
opinie są ważniejsze niż sensowne pytania oraz wiedza z
teologii i nauk pomocniczych. Zbywa się powagę problemu
pytaniem: po co szukać i mnożyć argumenty? Po co weryfikować
sądy?
Nasze widzenie świata nie może pozostawać na poziomie
populistycznym i sprzecznym z doktryną Kościoła. Wiemy
przecież, że antysemityzm jest grzechem ciężkim, a rasizm
pod każdą postacią niegodny człowieka. Tymczasem w naszych
rozmowach dochodzą do głosu poglądy niechętne obcym. Także
niechętne miłosierdziu jako postawie najważniejszej w Kościele.
Ksiądz nie wyraża zainteresowania wobec ludzi, świata i współczesności,
w jakiej nam przypadło żyć? Księdzu brakuje zapału dla
nowej ewangelizacji?
WYPEŁNIANIE BEZDOMNOŚCI
Ksiądz jako bezdomny i bezżenny powinien być zajęty.
Inaczej można zwariować. Ja próbuję być zajęty. Wtedy mam
mniej głupich myśli. Wyjeżdżam mało. Czasem cztery, pięć
dni samochód stoi w garażu. Wiem, że odprawianie Mszy św.
jest zwyczajowo i liturgicznie ustalone. I to jest dla mnie ważny
punkt w czasie i przestrzeni. Nawet na obozie namiotowym
odprawiam Msze polowe i z całą grupą sumiennie przygotowuję
wszystkie elementy i funkcje liturgiczne. Zajmuje mi to godzinę
w ciągu dnia. Nie mnożę Mszy św., chociaż widzę wokół
nierzadko praktykę odprawiania dwóch i trzech Mszy św.
codziennie przez jednego księdza. Jedna Msza św. codzienna to
powinność księdza. Ale to nie jest jeszcze jego praca. To
jego być albo nie być. To świadomość istnienia i działania
„Przez Chrystusa, z Chrystusem i w Chrystusie”. Pytanie: co
jeszcze ksiądz pragnie czynić? Co ponadto jest budowaniem jego
roli i misji, przy pomocy łaski Bożej i swoich zdolności oraz
okoliczności czy uwarunkowań psychologicznych, społecznych i
materialnych?
Siadam przed pustą kartką i planuję rozkład dnia,
tygodnia, miesiąca, roku. Rozkładam na szczegóły pytanie, co
znaczy być księdzem, jak mam wierzyć w Boga i to pokazywać,
jak mam miłować, aby być przykładem dla innych i jak mam być
człowiekiem wspólnoty, który gromadzi, zwołuje, zaprasza,
jest otwarty na innych, pośredniczy, świadomy, że zbawienie
ma wymiar powszechny. Jezus jest „dla”. I my powinniśmy
być „dla”.
Staram się wypełnić bezdomność pragnieniem Boga jako
ostatecznej przystani na brzegu wieczności. Mówiąc
metaforycznie, biorę łuk do ręki i strzelam do tarczy. Czy
trafiam w centrum świata i człowieka? Codziennie uczę się od
nowa, gdzie jest środek, szukam tego miejsca ostatecznego, dokąd
powinienem dążyć. Redukuję codziennie swoje sprawy, buduję
hierarchię ważności i pierwszeństwa. Pamiętam, jak mój
profesor i malarz ks. Franciszek Znaniecki tłumaczył, w jaki
sposób robi się plakaty. Mówił: tak i tak, tak i nie,
wszystko i wiele, rozmaicie, a potem szarpnięcie –
redukcja fenomenologiczna. Aż pozostanie forma i treść w
najbardziej oszczędnym skrócie i znaku.
Taką metodą (docierania do centrum) weryfikuję wszystko i
wtedy pozostaje – zaskakująco, przerażająco i fascynująco
– tylko śmierć i zmartwychwstanie Jezusa. I podejmuję
obróbkę tej treści w sobie: co ma wspólnego moje życie z życiem
Jezusa i z Jego Ewangelią? Co ma wspólnego śmierć Jezusa z
moją śmiercią? Jaki jest związek zmartwychwstania Jezusa z
moim ewentualnym i obiecanym przez Niego zmartwychwstaniem?
Zauważam, że z wiedzy historycznej i biblijnej przenoszę się
w teren wiary bezinteresownej i sensownej, w sam środek życia.
Trudno realizować ideę więzi z Jezusem. Po drodze są
historie święte i mniej święte, zwyczaje wspaniałe i wątpliwe,
formuły łatwe i trudne, gesty proste i mniej czytelne, słowa
i gadatliwość... Bogactwo Kościoła przez dwa tysiące lat i
czas obecny, który jest podobny do pociągu ekspresowego. Żyjemy
szybciej. Za szybko. Zmiany nas zaskakują i przewracają nam w
głowie. Jeden film, jedna reklama, jedna pokusa w telewizji może
nas odciągnąć od naszego centrum. Jedna piękna i seksowna
dziewczyna, jakaś Beata w jakiejś scence na łóżku lub na
podłodze, może nas zwabić i powiedzieć, że dzisiaj ona
zbawia i jest w ten wieczór naszym zbawieniem: hej ty, księże,
chodź do mnie, ja ci pokażę pełną przyjemność i życie
bez stresu!
Potrzebujemy wspólnoty, która by nas obroniła przed
pokusami i przed frustracją, przed bezsensem i niewiarą.
Trzeba mieć czas. Zrobić sobie dzień skupienia. Nikogo nie
przyjmować. Nie jesteśmy pogotowiem ratunkowym ani strażą pożarną.
Samotność pracowicie wypełniona leczy i wzbogaca siły
fizyczne i duchowe człowieka. Niedawno w takim czasie skupienia
włamywacz – myśląc, że mnie nie ma – wyrwał po
kolei troje drzwi w plebanii, ukradł nieco i nagle, po
spotkaniu twarzą w twarz ze mną, nie zranił mnie trzymaną w
ręku metalową brechą ani nie pobił, lecz uciekł, nie czyniąc
mi nic złego. Miałem w nieszczęściu szczęście. Wybaczam
napastnikowi i złodziejowi. Pewnie się zgubił w nadmiarze półek,
książek i papierów.
NIE WYSTARCZY SUTANNA
Jakość naszej misji i jej skuteczność zależy od kondycji
kapłańskiej, a szczególnie od organizacji czasu. Brakuje nam
czasu i miejsca na rozmowy kapłanów, na analizy i projekty. Ważne
to, aby wspólnie dochodzić do programów i ich realizacji.
Brakuje dialogu międzyparafialnego. W dekanacie. W zasięgu
miasta, gdzie znajduje się kilka parafii. Duchowni powinni się
naradzać razem ze świeckimi – wspólnie. Zgodnie z
dodatkowym przykazaniem: pamiętaj o organizowaniu spotkań
roboczych na tematy religijne raz w tygodniu. Każde pytanie, każdy
temat wymaga opracowania, postawienia pytań pomocniczych.
Trzeba na koniec nasze zamiary i plany rozważyć w świetle mądrości
Słowa Bożego.
Dzisiaj nie wystarczy sutanna, jaką nosił niezwykły męczennik
ks. Jerzy Popiełuszko (wg piosenki). Nie wystarczy idea, że
kapłan jest drugim Chrystusem. Alter Christus. Jest. Ale bliźni
też jest. Bo każdy jest drugim Chrystusem. Nawet nie drugim,
bo pierwszym, rzeczywistym, którego nie wolno pominąć w
drodze do zbawienia. Nie wystarczy modlitwa i czynienie miłosierdzia,
bo w innych religiach o to również się starają.
Miłujcie się wzajemnie – mówi Jezus – jak ja
was umiłowałem. Nie w pojedynkę. Nie egoistycznie, lecz
razem. Po tym poznają nas inni. I przez to będziemy skuteczni,
a nie przez samochody, komputery, kamery, autobusy z
pielgrzymami...
Ks. Franciszek Kamecki
Autor (ur. 1940) jest proboszczem w
Grucznie (diecezja pelplińska).
|