WŚRÓD KSIĄŻEK


Lektor





Powrót poety

Marcin Świetlicki: ZIMNE KRAJE – wydana w 1992 roku i firmowana przez „bruLion” seria tomików wierszy z okładkami w kolorze biskupiego fioletu, na których zamiast nazwisk autorów umieszczono zdjęcia ich twarzy, była wyjątkowo efektownym wejściem nowego pokolenia. Autorów serii więcej przy tym różniło niż łączyło; Świetlicki, Sendecki, Podsiadło czy Ekier to indywidualności, które – dziś nie ma co do tego wątpliwości – trudno ze sobą pomylić i równie trudno podciągnąć pod wspólny mianownik. 
Wydawnictwo Lampa i Iskra Boża nawiązało dziś do tamtego przedsięwzięcia. Nawiązało podwójnie: ten sam jest wściekły fiolet, no i wśród książek nowej serii znalazło się wznowienie głośnego a spóźnionego debiutu Marcina Świetlickiego (przypomnijmy – rocznik 1961). Tyle że na okładce zamiast zdjęcia mamy – też fioletowy – portret poety autorstwa malarskiego kronikarza naszych dni, czyli Marcina Maciejowskiego z grupy „Ładnie”.
„Zimne kraje”, teksty z dziesięciolecia 1980-90, to bardzo ważna książka z wierszami, które – jak to się mówi – pozostaną, niekoniecznie dlatego, że (jak wiersz „Do Jana Polkowskiego”) stały się symbolem pokoleniowego buntu przeciw poprzednikom; bardziej dlatego, że są po prostu wierszami dobrymi, poruszającymi, chwytającymi klimat swojego czasu (niepotrzebne skreślić). „Bieguny”, „Świerszcze”, *** [„Blachy liści na blachę ziemi”], „Zły ptak”, „Anna i Lucjan Świetliccy”, „Le gusta este jardin…?”, „Etos pracy (24 marca 1988)”, *** [„Państwo dokładnie obejrzane nocą”], *** [„W listach zimno i czarno”], „Pora śmierci choinek”, wreszcie (last but not least) „Polska” – zapamiętane kiedyś, pamiętam do dziś. A to dobry dla wierszy znak. I tyle. (Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2002, s. 64. Cena – niestety nie wiem, jaka.)



Tajemnica Pędrka Wyrzutka

Stefan Themerson: PRZYGODY PĘDRKA WYRZUTKA. Ilustracje Franciszki Themerson – Pędrek Wyrzutek to bardzo sympatyczna istota, która ma kłopoty z własną tożsamością. „Pędrek Wyrzutek był sobie Pędrkiem Wyrzutkiem, ludzie jednak myśleli, że jest w nim coś psiego, psy zaś były zdania, że jest w nim coś człowieczego... Ryby piły zaś, które wychylały ponad wodę swe zębate nosy, tam gdzie droga prowadziła wzdłuż brzegu morskiego, myślały, że jest w nim coś ze słowika, i dziwiły się, dlaczego nie śpiewa: »Fiu fiut!«”. 
Gdy wreszcie pewien kot uznał, że jest w nim coś z ryby i próbował go zjeść, Pędrek Wyrzutek „bardzo się bardzo bardzo znienieniecierpliwił” i postanowił dowiedzieć się, kim jest: wyruszył do miasta w poszukiwaniu kogoś mądrego, tam zaś jako właściwego rozmówcę wskazano mu starego Wielbłąda wykładającego na Uniwersytecie. 
Tak rozpoczyna się wędrówka Pędrka przez kolejne epizody i kolejne rozdziały – z rozdziału do rozdziału tutaj się bowiem przechodzi. „Przygody Pędrka Wyrzutka” to jakby skrzyżowanie wolteriańskiej powiastki filozoficznej z absurdalną logiką „Alicji” Lewisa Carrolla. Opowiedziane zostały językiem równie oszczędnym i precyzyjnym, jak oszczędna i precyzyjna jest kreska znakomitych ilustracji Franciszki Themerson, żony autora. Jest to opowieść najzupełniej bezinteresowna, choć zarazem podstępnie wywrotowa. Jakby mimochodem kwestionuje nie tylko niewzruszone zasady działania opartych na przymusie instytucji społecznych, ale nawet reguły naszego języka. 
W rozdziale drugim Pędrka zatrzymuje Karabinier pilnujący granicznej polany: 
„– Ale przecież tu nie ma żadnej granicy! – powiedział Pędrek Wyrzutek. – Granice są zwykle pomiędzy dwiema różnymi rzeczami. A tu jest tylko jedna rzecz: polana tutaj i polana tam!
– Mylisz się – powiedział Karabinier. – To są dwie bardzo różne rzeczy. Tu jest tam, gdzie jesteś, a tam jest tam, gdzie chcesz być. A ja jestem granicą. I żadne ludzkie stworzenie nie przeskoczy przeze mnie, jeżeli mi nie pokaże, że ma kapelusz w porządku”.
Gdy zaś Pędrek zawróci, by kupić wymagany trójgraniasty kapelusz, w sklepie okaże się, że nie ma obowiązującej trójkątnej głowy.
„– W takim razie musi kawaler się wynieść z naszego miasta – rzekł Subiekt.
– Ale przecież to jest dokładnie to, co chciałem uczynić, kiedy Karabinier kazał mi iść z powrotem! – zdziwił się Pędrek Wyrzutek.
– To nie jest dokładnie to, co chciałeś uczynić! – rzekł Subiekt. – To jest bardzo niedokładnie to, co chciałeś. Różnica polega na tym, że przedtem ty chciałeś iść, a teraz ja chcę, żebyś poszedł. Że przedtem chciałeś, a teraz musisz. Cha! cha! cha! – śmiał mu się prosto w twarz”.
Spotkanie z Kapitanem Metaferejn (nazwisko oczywiście znaczące) i jego żoną harfistką; Teatr Wojenny, w którym dwaj Naukowcy biją się za pomocą pseudochemicznych formuł, niszcząc przy sposobności okolicę, żołnierze zaś przenoszą furtkę „z jednego miejsca na drugie, wte i wewte po całej polanie”; lekcja języka u Króla Pingwina; rozprawa przed Prezesem Rady Ministrów – wszystkie te przygody są, by tak rzec, wielowarstwowe, i dlatego odbiorcą książeczki Themersonów, podobnie jak innych arcydziełek tego gatunku, będą w równym stopniu dorośli, co i dzieci.

Stefan Themerson (1910–1988) i jego żona Franciszka z Weinlesów (1907–1988) należą do najciekawszych postaci naszej XX-wiecznej awangardy. W latach 30. zrealizowali kilka filmów eksperymentalnych, które zapewniły im pozycję klasyków kina awangardowego. Wtedy też ukazało się kilka książeczek dla dzieci pisanych przez Stefana, a ilustrowanych przez Franciszkę (m. in. „Pan Tom buduje dom”, 1938). Wyobraźnia plastyczna Franciszki Themerson wpłynęła zresztą na parę pokoleń nieświadomych tego dziecięcych czytelników, mniej za sprawą wspomnianych książeczek, bardziej dzięki jej ilustracjom do wielokrotnie wznawianych wierszy Brzechwy („Tańcowała igła z nitką” i „Kaczka Dziwaczka” – kilkanaście wydań od roku 1938).
W 1938 roku Themersonowie wyjechali do Paryża, podczas wojny przedostali się do Londynu i tam mieszkali do śmierci. W założonym w 1948 roku wydawnictwie Gaberbocchus Press opublikowali kilkadziesiąt książek wielkiej wartości i urody plastycznej, m. in. Jarry’ego, Russella, Queneau, a także oczywiście utwory samego Themersona. Autor „Pędrka” stał się po wojnie pisarzem dwujęzycznym, polsko-angielskim, niektóre rzeczy miały już tylko wersję angielską. Pisał wiersze, eseje, powieści, jest też autorem „opery semantycznej” – „Święty Franciszek i wilk z Gubbio”. 
W kraju po wojnie wydano „Wykład Profesora Mmaa” (1958, z przedmową Bertranda Russella), „Kardynała Pölätüo” (1971), „Toma Harrisa” (1975), zbiór „Generał Piesc i inne opowiadania” (1980) i dwie ostatnie powieści: „Euklides był osłem” (1989, wydanie angielskie nosi tytuł „The Mystery of the Sardine”) i „Wyspa Hobsona” (1997). Nieco utworów Themersona ukazało się w czasopismach (zwłaszcza „Twórczości”) i w tomie „Jestem czasownikiem, czyli zobaczyć świat inaczej” (Płock 1993).
Tajemnica zaś Pędrka Wyrzutka (by się wytłumaczyć z tytułu) nie dotyczy jedynie jego tożsamości. „Przygody Pędrka Wyrzutka” ukazały się najpierw w Londynie, w 1958 roku wydano je w Polsce, w Naszej Księgarni. Zaczytany na śmierć egzemplarz krajowego wydania, który mam szczęście posiadać, zawiera osiem rozdziałów i kończy się ponownym spotkaniem bohatera z Profesorem Wielbłądem, który tymczasem przestał wykładać o elektryczności i zabrał się do pisania poezji; Pędrek i Wielbłąd razem wyruszają w dalszą drogę. Obecne wznowienie zawiera dodatkowy, dziewiąty rozdział, który dodaje całości jeszcze jeden cudzysłów czy może ramę: jest tu i lustro, i scena teatralna, na której Pędrek ogląda sam siebie. Niestety w książce brak noty edytorskiej, nie wiem więc, czy chodzi o pierwotną „londyńską” wersję utworu, czy może o tekst dodany przez autora później? (Wydawnictwo Iskry, s. 100. Warszawa 2002, cena ok. 24 zł. Rysunki – co ważne – zreprodukowano bardzo ładnie!)




 





 

 

 

 

 

Nr 4 (2794), 26 stycznia 2003

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl