WŚRÓD KSIĄŻEK


Lektor





 Katolicki, czyli powszechny

William H. Shannon: MILCZĄCA LAMPA. OPOWIEŚĆ O THOMASIE MERTONIE – w 1965 roku pięćdziesięcioletni Merton zainteresował się bliżej Czuang-Tsym, słynnym chińskim mędrcem taoistycznym z przełomu IV i III wieku przed Chrystusem. Efektem była książka zatytułowana „Droga Czuang-Tsy”, przez samego Mertona uważana za jedną najlepszych w całym jego obfitym dorobku. Parafrazami Mertona zachwycił się również doktor John Wu, tłumacz Czuang-Tsy. Gdy otrzymał gotowy już tom, napisał wiersz, dedykowany „Mei Teng”, co, jak wyjaśnił Mertonowi, było „jego imieniem po chińsku” i oznaczało „milczącą lampę”. Stąd tytuł tej książki, wydanej w Ameryce przed dziesięciu laty. Autor, ksiądz z diecezji Rochester w stanie Nowy Jork, jest badaczem twórczości Mertona, wydawcą jego listów i pierwszym przewodniczącym International Thomas Merton Society. 
Shannon tłumaczy we wstępie, że na ten tytuł zdecydował się z dwóch powodów. Po pierwsze, nadanie komuś nowego imienia już w tradycji biblijnej wiąże się z odmianą życia, a taka właśnie odmiana nastąpiła w 1965 roku w życiu Mertona. W sierpniu tego roku zamieszkał w leśnej pustelni w odległości około mili od klasztoru i owa przeprowadzka symbolizowała głęboką przemianę wewnętrzną. „Droga Czuang-Tsy” stanowiła „potwierdzenie kierunku duchowej podróży Mertona, znak, że zmierza on ku duchowości, która będzie w pełni katolicka, w znaczeniu: powszechna, ponadkulturowa”. 
Po drugie – Merton poprzez swoje pisarstwo stał się rzeczywiście „lampą oświetlającą drogę tym, którym trudno byłoby znaleźć inne światło w podróży ich życia”; dla całej rzeszy ludzi był „prawdziwym – i w wielu przypadkach jedynym – duchowym przewodnikiem”. Milczenie zaś było rdzeniem jego duchowości. Tam „osiągnął (lub otrzymał) swe własne oświecenie. Tam ujrzał, jak ciemność jego tajemnicy scala się w jedno ze świetlistą tajemnicą Boga... Tam odkrył paradoks swej wewnętrznej jaźni: jest jedna, a jednocześnie uniwersalna; jest sama, lecz nie oddzielona”.

Biografia Shannona nie pretenduje do miana kompletnej czy „ostatecznej”. „Ujmuję historię Mertona w kategoriach znaczących dat, wydarzeń i doświadczeń jego życia... Chcę zobaczyć, jak (o ile w ogóle) Merton potrafił scalić wszystkie kawałki swego życia w pewien rodzaj jedności i harmonii. Innymi słowy, książka ta zajmuje się ewolucją duchowości Mertona... usiłuje przedstawić podróż wewnętrzną – tę, która nadaje sens podróży zewnętrznej. Chcę umieścić obraz w ramach”.
Autor pomiędzy rozdziały tworzące ciągłą narrację (jest ich czternaście, nie licząc epilogu) wstawił kolejne fragmenty kalendarium, a kalendarium to obejmuje nie tylko wydarzenia z życia Mertona i jego publikacje, lecz także tło historyczne i kulturalne epoki, włącznie z pierwodrukami najważniejszych dzieł XX-wiecznej literatury. Podkreśla w ten sposób jeszcze bardziej oczywisty przecież związek Mertona z jego czasami, związek, który po wstąpieniu do klasztoru wcale nie uległ przerwaniu, a nawet – od połowy lat 50. – w pewnym sensie się wzmocnił. 
Dotykamy tu zresztą paradoksu polskiej recepcji Mertona. Zyskał on u nas sławę i popularność dzięki wczesnym książkom o duchowości kontemplacyjnej, przede wszystkim zaś – dzięki „Siedmiopiętrowej górze”, autobiografii opowiadającej o drodze, która doprowadziła go do katolicyzmu i do opactwa w Gethsemani. Jednak „Siedmiopiętrowa góra” ukazała się w 1948 roku, w kilka zaledwie lat po wstąpieniu Mertona do trapistów i w rok po złożeniu przezeń ślubów wieczystych. Jej finał, ekstatyczne świadectwo ukojenia, jakie znalazł w zakonnej wspólnocie, wprowadza właściwie czytelnika w błąd. Przed autorem tej książki pozostały już wprawdzie tylko dwie dekady życia, jednak to, co w autobiografii wydawało się punktem dojścia, okazało się raczej punktem wyjścia. 
Shannon poświęca równą uwagę wszystkim etapom tej nieco krętej drogi. Zarówno młodzieńczym poszukiwaniom, jak i rozterkom Mertona-mnicha: jego „powrotowi do świata” po roku 1958, jego krucjacie przeciw wojnie, jego zaangażowaniu w ruch non violence i w walkę z dyskryminacją rasową, jego fascynacji pisarzami zza „żelaznej kurtyny” (Borys Pasternak i Czesław Miłosz) i z Ameryki Łacińskiej, jego przyjaźni z Nikaraguańczykiem Ernesto Cardenalem. 
Narastający radykalizm Mertona, zwłaszcza jego działalność antywojenna, rodziły konflikty z władzą zakonną, prowadząc nawet do zakazu publikacji. Shannon zestawia na początku rozdziału XIII dwa drastycznie różniące się cytaty. W „Siedmiopiętrowej górze”, próbując ująć w słowa swój stan ducha po przybyciu do klasztoru Gethsemani, Merton napisał: „znalazłem się w czterech ścianach mojej nowej wolności”. W jednym z listów czytamy natomiast: „Jako trapista mogę powiedzieć, że żyłem przez dwadzieścia sześć lat w sytuacji, w której nie miałem ŻADNYCH ludzkich ani obywatelskich praw. O wszystko, co dostałem, musiałem żebrać i to w haniebny sposób”. Oczywiście – komentuje biograf – „prawdopodobnie obydwa te wyznania są przesadne; jedno reprezentuje idealistyczny entuzjazm, a drugie – względnie realistyczny »niż«”. A rozczarowania czy konflikty nie odebrały mu przekonania o zasadniczej słuszności pierwotnego wyboru. 
Napięcie pomiędzy wolnością poszukiwań a regułami instytucji jednak pozostaje: daleko odeszliśmy od poczucia bezpiecznej pewności, od zachwytu nad Kościołem jako twierdzą i przystanią. „Czytanie »Siedmiopiętrowej góry« – zauważa Shannon – jest dzisiaj niczym podróż w czasie, do umysłowości Kościoła rzymskokatolickiego sprzed ponad czterdziestu lat”. Między tą książką a „Dziennikiem azjatyckim” rozciąga się przestrzeń rozleglejsza, niżby na to wskazywały daty – a przecież w obu wyczuwa się tę samą żarliwość poszukiwań, która pozwala „scalić kawałki życia” mnicha z Gethsemani. 

Dwa ostatnie rozdziały skupiają się na dwóch problemach, które najbardziej zajmowały Mertona pod koniec niespodziewanie przerwanego życia. Pierwszy dotyczy miejsca charyzmatu monastycznego we współczesności i kształtu, jaki przybrać powinno życie zakonne w nowym „postchrześcijańskim” świecie. Problemem drugim jest relacja między katolicyzmem a innymi wyznaniami chrześcijańskimi, zwłaszcza prawosławiem, i między chrześcijaństwem a judaizmem, islamem czy buddyzmem. Merton, świetny wszak znawca własnej tradycji religijnej, stał się gorącym, choć nie bezkrytycznym rzecznikiem międzyreligijnego dialogu i czerpania z dziedzictwa innych. 
Shannon zestawia dwa „doświadczenia kulminacyjne” Mertona: pierwsze, z roku 1933, jeszcze przed nawróceniem, to iluminacja przeżyta przed bizantyjskim freskiem w starym rzymskim kościółku, drugie miało miejsce w 1968 roku przed ogromnymi posągami Buddy w Polonnaruwa na Cejlonie. Spotkanie z Azją, które w Polonnaruwa znalazło kulminację, było znakiem „światowego katolicyzmu” Mertona, jak to określa Shannon. Nie chodziło o synkretyzm, ale o zrozumienie, że „Kościół, który głosi swoją katolickość, może być takim faktycznie tylko wówczas, gdy jest przygotowany do rozpoznania Bożych dzieł również poza granicami własnych struktur instytucjonalnych” i że „nie wystarczy być otwartym na inne religie, trzeba też być gotowym do słuchania, jak przemawiają one własnym głosem”. (Wydawnictwo Archidiecezji Lubelskiej „Gaudium”, Wydawnictwo Homini, Lublin-Bydgoszcz 2002, s. 446. Przekład: Andrzej Wojtasik, Piotr Ducher. To bodaj trzecia, po pracach Jima Foresta i Basila Penningtona, przetłumaczona u nas książka biograficzna o Mertonie. Do wydawców mam tylko dwie pretensje – o brak indeksu nazwisk i niezbyt staranną korektę. W przypisach konsekwentnie powraca błąd w nazwisku jednej z tłumaczek Mertona: jest nią Krystyna Poborska, nie „Podborska”. Jej dziełem jest nie tylko przekład „Znaku Jonasza”, ale też – publikowana pod panieńskim nazwiskiem Krystyna Horodyska w „Tygodniku Powszechnym” – pierwsza chyba polska prezentacja Mertona-poety.)




 





 

 

 

 

 

Nr 51-52 (2789),
22-29 grudnia 2002


do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl