WŚRÓD KSIĄŻEK


Lektor





Żywot pożeracza książek

Henryk Markiewicz: MÓJ ŻYCIORYS POLONISTYCZNY Z HISTORIĄ W TLE. Rozmową z Autorem uzupełniła Barbara N. Łopieńska – „Książki pożerałem z niesamowitą szybkością – wspomina Henryk Markiewicz. – Gdyby nie mój zeszyt lektur z roku 1938, który przypadkiem się zachował, sam bym dziś nie uwierzył, że w ciągu stycznia przeczytałem wówczas wszystkie komedie Fredry i Musseta, »Turonia«, »Żywe kamienie«, »Niedobrą miłość«, »Podróż do kresu nocy«, dwie powieści Rodziewiczówny, dwie Körmendiego, »Ulicę Kota Rybołówcy« J. Földes, »Romantyzm« Windakiewicza, »Wstęp do nauki literatury« Grabowskiego, no i – »Życie płciowe naszych czasów« Blocha”. A stronę wcześniej czytamy: „Wcześnie odkryłem dla siebie Boya... Pamiętam, że rzuciwszy okiem na pierwsze stronice tomu »Znaszli ten kraj?...«, wziętego właśnie z wypożyczalni Gumplowicza na Brackiej – tak się wciągnąłem w tę lekturę, że całą książkę pochłonąłem na ławce pod Collegium Novum”...
Zaiste, zdumiewająca to mieszanina, w której Berent i Céline sąsiadują z Rodziewiczówną i Jolán Földes, popularną w latach 30. węgierską powieściopisarką obyczajową, oraz jej równie wtedy popularnym krajanem Ferencem Körmendim. Równocześnie można na tej liście lektur odnaleźć zapowiedź przyszłych zainteresowań naukowych autora. Niewygasła miłość do Boya zaowocowała po wojnie pracą nad redagowaniem jego „Pism”, całkiem zaś niedawno – jego zwięzłą biografią. Henryk Markiewicz – znakomity historyk i teoretyk literatury, profesor Uniwersytetu Jagiellońskiego, członek Polskiej Akademii Umiejętności i Polskiej Akademii Nauk, redaktor naczelny „Polskiego Słownika Biograficznego” – obchodził 16 listopada osiemdziesiąte urodziny i „Mój życiorys...” ukazał się niemal dokładnie w dniu jubileuszu. 

*

„Rodzina i przyjaciele namawiają mnie do pisania pamiętnika czy autobiografii. Ale dla opowieści o sprawach innych ludzi zasoby mojej pamięci, znawstwo charakterów, wreszcie umiejętności opisowo-narracyjne są zbyt skąpe. Autobiografię zaś wtedy tylko warto pisać, jeżeli można być szczerym aż do końca – na to zaś z różnych powodów mnie nie stać. Postanowiłem więc ograniczyć się do życiorysu naukowego” – zastrzega się w pierwszych słowach Profesor, skromnie przy tym pomniejszając znaczenie swego ogromnego dorobku („W pracach moich nie ma wielkich nowych pomysłów; ich mocną stroną jest krytyczna synteza lub faktografia, a takie prace szybko się starzeją i ulegają zapomnieniu”). 
Na szczęście dla czytelnika ta powściągliwość zostaje w książce nieco przełamana. Autorską narrację Henryka Markiewicza przerywają bowiem kolejne fragmenty rozmowy, jaką z nim przeprowadziła Barbara N. Łopieńska. Dzięki takiej formule można wiele dopowiedzieć i ożywić obraz przeszłości nieoczekiwanym szczegółem. Łopieńska jest przy tym mistrzynią w zadawaniu „naiwnych” pytań, które pomagają odsłonić rozmaite cechy charakteru rozmówcy, sporządzić jego barwny i ciepły portret, pokazać na przykład – jak w tym przypadku – jego poczucie humoru...
Sam autor zresztą stronę dalej nieco koryguje pierwotne założenie: „Zajmowanie się literaturą to nie tylko moje zamiłowanie, a później zawód, to także mój »sposób na życie«. Podlegał presjom historii i łączył się z zaangażowaniem politycznym. W takiej więc mierze, w jakiej okaże się to konieczne, ten życiorys naukowy jest także życiorysem osobistym i politycznym”. I – dodajmy – świadectwem cennym i wartym lektury.

*

Presja historii bardzo skomplikowała biografię młodego pożeracza książek, chłopca wedle własnych jego słów „nieśmiałego, niezaradnego i niezgrabnego”, dla którego zmorą była gimnastyka i tylko w świecie literatury znajdował oparcie. Po wybuchu wojny uciekł do Lwowa, gdzie wkrótce dotarł także z wojska jego ojciec. W czerwcu 1940 wywieziono ich do posiołka w obwodzie swierdłowskim, jesienią 1941, po traktacie Sikorski-Majski, znaleźli się w Uzbekistanie. Nie przyjęto ich do armii polskiej, ojciec zmarł wkrótce na serce, młody Markiewicz, skrajnie wycieńczony, był także bliski śmierci. Matka i młodszy brat, którzy zostali w Krakowie, zginęli w nieznanych do dziś okolicznościach.
Wymarzone studia polonistyczne odsunęły się w niewiadomą przyszłość. Ale i przed wojną perspektywa znalezienia się wśród studentów nie była dla ucznia liceum im. Nowodworskiego, mimo wybitnych zdolności poświadczonych pierwszymi publikacjami, czymś oczywistym. Na przeszkodzie stało żydowskie pochodzenie, choć dom rodzinny był spolonizowany, a stosunek ojca, dobrze sytuowanego krakowskiego kupca, do religii raczej sceptyczny. „Z przerażeniem przeczytałem w prasie, że w roku 1938 (czy 1939?) na polonistykę krakowską nie przyjęto żadnego kandydata wyznania mojżeszowego”...
Powraca wątek dylematów i dramatów polskiej inteligencji o żydowskich korzeniach, podjęty niedawno przez Joannę Olczak-Ronikier na kartach „W ogrodzie pamięci”. „Przyjęcie katolicyzmu ułatwiłoby mi sytuację, nie wchodziło ono jednak w rachubę, traktowano je w naszym domu jako przejaw moralnie nagannego karierowiczostwa” – tłumaczy autor. Nieco dalej zaś deklaruje: „Nie mógłbym za Marianem Hemarem powtórzyć, że jestem »Polakiem z wyboru«; jestem Polakiem z determinacji kulturowej. Żeby nie było niedomówień: czuję się Polakiem pochodzenia żydowskiego. Moje związki z tradycją żydowską są słabe, ale czuję się tak, ponieważ wiem, że w ten sposób jestem postrzegany”.

*

Bardzo otwarcie pisze Henryk Markiewicz o swoich wyborach politycznych, przynależności do partii komunistycznej i fascynacji marksizmem. Na pytanie Łopieńskiej o „największe szaleństwo naukowe” odpowiada: „Jedno było tylko takie szaleństwo – marksizm. Najbardziej ryzykowne hipotezy teoretyczne wysuwałem z pozycji marksistowskich. Kiedy nabrałem do marksizmu dystansu, stałem się rozsądny”. Wcześniej spokojnie odtwarza drogę myślową, która zaprowadziła go do takich, a nie innych decyzji, wskazuje ich źródła intelektualne i emocjonalne. Równocześnie stara się spojrzeć na siebie z tamtych lat oczami ludzi z drugiej strony barykady. I wytłumaczyć, czemu nie złożył legitymacji partyjnej nawet wtedy, gdy został członkiem „Solidarności” i wsparł swoim nazwiskiem bezdebitowe wydawnictwo ABC, wchodząc wraz z Janem Błońskim i Kornelem Filipowiczem do jego rady programowej.
Nie bez satysfakcji zauważa, że starsi profesorowie – niemarksiści darzyli go mimo wszystko pewną przychylnością („Może dostrzegli we mnie mniejszą agresywność niż u innych marksistów i traktowali jako »mniejsze zło«, może podobały im się moje filologiczne ustalenia, a także większa niż u innych rzeczowość i mniejsza chełpliwość w wykładzie tez marksistowskich”). I przytacza opowieść o tym, jak Stanisław Pigoń, dowiedziawszy się, że Markiewicz, choć z poręki Kazimierza Wyki pełni już funkcje asystenta, odwleka wciąż egzamin magisterski, zastosował podstęp. „Zaaranżował, w porozumieniu z Wyką, rozmowę ze mną, niby to o repetytoriach organizowanych wówczas dla studentów, którą zakończył słowami: »No to wiemy już, jak będą te repetytoria wyglądały. Miło mi też pogratulować panu złożonego egzaminu magisterskiego. Którą ze swoich prac wybiera pan jako magisterską?«”… 

*

Chłopiec, który kiedyś, siedząc na Plantach, pochłonął jednym haustem książkę Boya, jest dziś posiadaczem biblioteki liczącej około 40 tysięcy tomów. Przechadzka po niej obojga rozmówców to jeden z ładniejszych fragmentów książki. „Widzę, że dopuszcza pan profesor, żeby książki leżały na płask” – zauważa Łopieńska. „Nienawidzę tego, ale to konieczność”. „Widzę też trzy drabiny”. „Mam ich pięć, w każdym pomieszczeniu jedną”. „Jak często pan profesor się po nich wspina?” „Codziennie”. A zapytany wcześniej: „Co pan lubi z życia poza swoją pracą?”, Markiewicz odpowiada: „Lubię zabawę swoją pracą… Lubię kameralne spotkania z przyjaciółmi i uczniami, którzy stali się przyjaciółmi. O zbieraniu książek nie powiem, że je lubię, bo to namiętność”.

(Wydawnictwo Literackie, Kraków 2002, s. 242. W aneksie opracowanym przez Beatę Dorosz znalazło się kalendarium obejmujące lata 1955-2002, w autobiografii potraktowane bardzo zwięźle, oraz bibliografia prac Henryka Markiewicza, oczywiście w wyborze, pełna ich lista zawiera bowiem grubo ponad tysiąc pozycji. Jest także indeks osób.) 



O jubileuszu prof. Henryka Markiewicza pisał w tekście „Jasność to uprzejmość uczonego” Tomasz Fiałkowski („TP” nr 47/2002).


 





 

 

 

 

 

Nr 48 (2786), 1 grudnia 2002

do góry

 

© 2000 Tygodnik Powszechny
Szczegółowe informacje o Redakcji; e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl