WŚRÓD KSIĄŻEK
Lektor
„Dzieła” Lema blisko finału
Nowa edycja „Dzieł zebranych” Stanisława Lema, pod redakcją Jerzego Jarzębskiego i z jego posłowiami do każdego z utworów, rozpoczęta przed czterema laty „Katarem”, przekroczyła już dwadzieścia tomów. W ostatnich miesiącach w ramach „Dzieł” ukazała się najsłynniejsza powieść Lema, czyli „Solaris”, której powtórna po Andrieju Tarkowskim ekranizacja, tym razem hollywoodzka, autorstwa Stevena Soderbergha, będzie mieć wkrótce premierę. Wznowiono też „Filozofię przypadku” – traktat literaturoznawczy opublikowany w 1968 roku i zawierający m. in. fundamentalną polemikę z modnym wówczas strukturalizmem. Tomem dwudziestym jest
NIEZWYCIĘŻONY – utwór wydany w roku 1964 i formalnie mieszczący się, podobnie jak o trzy lata wcześniejsza „Solaris”, w ramach science fiction. W obu istotną rolę odgrywa wątek granic naszych zdolności poznawczych, niemożności nawiązania kontaktu czy nawet dotknięcia tajemnicy Innego, czy będzie to solaryjski myślący ocean, czy – w „Niezwyciężonym” – samoorganizująca się chmura mechaniczno-krystalicznych pseudoowadów. I w obu kostium sf skrywa głębszą refleksję na temat perspektyw i wewnętrznych uwikłań człowieczego gatunku.
W przypadku „Solaris” rzecz jest bardziej oczywista; w „Niezwyciężonym” ów kostium czy sztafaż zrazu dominuje, powieść ta bowiem, jak zauważa Jerzy Jarzębski, „zdecydowanie bardziej niż inne książki Lema nawiązuje do batalistycznego, a więc poniekąd najmniej ambitnego nurtu tzw. hard science fiction”. Jednak starcie z przeciwnikiem, którego na planecie Regis III napotka załoga „Niezwyciężonego” – „krążownika drugiej klasy, największej jednostki, jaką dysponowała baza w konstelacji Liry” – daje asumpt nie tylko do roztaczania monumentalnych obrazów bitewnych i rozwijania oryginalnych pomysłów przyszłych strategii militarnych oraz nowego typu broni.
Zagadka planety Regis każe wrócić do pytań o drogi i uwarunkowania ewolucji. W miarę zaś rozwoju akcji coraz większej wagi nabiera wewnętrzny dramat bohatera powieści Rohana, choć rozgrywa się on na tle precyzyjnie skonstruowanej i pełnej napięcia akcji, w scenerii malowanej zamaszystymi pociągnięciami pędzla. „W dziewiętnastym dniu od lądowania ściągnęły nad okolicę, w której pracowały ekipy górnicze, zwały chmur tak grubych i ciemnych, jakich dotąd na planecie nie widziano. Około południa rozpętała się burza przewyższająca gwałtownością wyładowań elektrycznych burze ziemskie. Niebo i skały połączyła gmatwanina bezustannie walących piorunów. Wezbrane wody, rwąc krętymi wąwozami, zaczęły zatapiać wykute chodniki”... Scenę zaś bitwy między samobieżnym
pojazdem-kolosem imieniem Cyklop a „owadzią” chmurą zaliczyć wypada do kanonu kosmicznej batalistyki.
„Dlatego – podsumowuje Jarzębski – powieść Lema była lubiana przez najróżniejszych czytelników: tych, do których przemawiał urok mechanicznych zabawek, i tych, którzy z nich wyrośli, dojrzewając do wiedzy, że człowiekowi najtrudniej uporać się z samym sobą, zmierzyć się umysłem z całością wszechświata nie po to, by unieść się pychą, ale wprost przeciwnie: by jej demona zwalczyć”.
Jako tom dwudziesty pierwszy „Dzieł” ukazał się
KONGRES FUTUROLOGICZNY – nieodparcie śmieszna i równie nieodparcie przerażająca groteska z Ijonem Tichym w roli głównej. Znajdziemy w niej najpierw brawurowy opis tytułowego kongresu, którego miejscem obrad jest gigantyczny hotel Hilton w ogarniętej zamieszkami republice Costaricany, później zaś wizję przyszłości, w której zrealizowały się naraz utopia i antyutopia. Cywilizacja luksusu, spełniająca wszelkie życzenia jednostki, okazuje się bowiem wywołanym środkami farmakologicznymi fantomem, wirtualnym płaszczem skrywającym przerażającą rzeczywistość nędzy, upadku i degeneracji.
Można ją dostrzec wchłonąwszy w nozdrza porcję „antychu, z grupy ocykanów, potężnego środka przeciwpsychemicznego”. Wspaniała sala restauracyjna zmieni się wtedy w betonowy bunkier. „Śnieżysty obrus znikł, srebrny półmisek z dymiącą kuropatwą na grzance obrócił się w fajansowy talerz, na którym leżała nieapetyczna, szarobrunatna bryja, klejąca się do cynowego widelca, bo i jego stare, szlachetne srebro zgasło. Patrzyłem zlodowaciały na paskudztwo, które przed chwilą jeszcze pałaszowałem ze smakiem, rozkoszując się chrupaniem przyrumienionej skórki ptaszęcej, łamanym kontrapunktowo grubszymi trzaśnięciami grzanki, górą wybornie podsuszonej, dołem zaś naciągającej sosikiem”. Wychyliwszy się z jedenastego piętra, Tichy widzi sunącą wąwozem ulicy rzekę lśniących samochodów najnowszej generacji. Gdy jednak podniesie do nosa buteleczkę z antyhalucynogennym specyfikiem, ujrzy widok całkiem inny: „Trzymając w uniesionych na wysokości piersi dłoniach powietrze, niczym dzieci bawiące się w szoferów, jezdnią kłusowały kolumny biznesmenów”.
„Maskony działają w ilościach miligramów – tłumaczy Tichemu profesor Trottelreiner – ale łącznie każdy człowiek pochłania ich około stu dziewięćdziesięciu kilogramów w ciągu roku, co łatwo pojąć, zważywszy że trzeba symulować urządzenia mieszkalne, jadło, napitki, grzeczność dzieci, uprzejmość urzędników, odkrycia naukowe, posiadanie Rembrandtów i scyzoryków, podróże zamorskie, kosmiczne loty i milion podobnych rzeczy. Gdyby nie tajemnica lekarska, byłoby wiadomo, że co drugi mieszkaniec Nowego Jorku jest łaciaty, ma grzbiet porośnięty zielonkawą szczeciną, kolce na uszach, platfus i rozedmę płuc z rozszerzeniem serca od nieustannego galopowania. Wszystko to trzeba osłaniać i właśnie temu służą neosupermaskony”.
Straszna wizja okaże się na szczęście tylko pobocznym skutkiem środków użytych przez władze Costaricany do zwalczenia anarchistycznej rebelii. Jednak chichot rozbrzmiewający na kartach „Kongresu” podszyty jest prawdziwą grozą. Opowiadanie Lema powstało u schyłku lat 60. i tyleż podkpiwa sobie z zyskującej coraz większy rozgłos i nadmiernie zadufanej w sobie futurologii, ile ekstrapoluje w przyszłość pewne rysujące się wówczas trendy cywilizacyjne. Permisywizm, cywilizacja użycia, skłonność do przemocy – zmonstrualnione, w świecie oglądanym oczami Tichego (nie dziwiącego się wszak niczemu podróżnika-obieżyświata) splatają się w potworny i groteskowy zarazem węzeł. „Instynkt niszczenia chodzi tam pod rękę z nieopanowaną skłonnością do drażnienia ośrodków rozkoszy, a prymitywizm ideologii z wyrafinowaniem środków, jakimi dla utrzymania porządku dysponują rządzący” – podsumowuje Jarzębski.
Upiorne wizje sterowanej chemicznie przyszłości stanowią w znacznej mierze konsekwencję obrania takiego właśnie kierunku rozwoju. I choć, jak pisze dalej krytyk, trudno te wizje traktować jako proroctwo w sensie dosłownym, można w nich dostrzec ostrzeżenie – zwłaszcza dzisiaj, gdy coraz większe rzesze ludzi zanurzają się w rzeczywistość wirtualną, tyle że wykreowaną na ekranie komputera. „A zatem możliwy jest nie tyle scenariusz proponowany w »Kongresie futurologicznym«, ile coś trochę innego: w przyszłym świecie pogarszającym się warunkom życia ludzi, spowodowanym bądź przez zniszczenie środowiska, bądź przez wyczerpanie źródeł surowców i odcięcie się bogatych od biednych, może towarzyszyć polityka »zasłaniania« tych niedogodności przez masową ucieczkę w sztuczne, fantomowe rzeczywistości. Przy tym może to mieć charakter albo spontaniczny, »ucieczkowy« właśnie, albo premedytowany i organizowany przez polityków, chcących zapewnić sobie spokój i uwolnienie od roszczeniowego nacisku biedniejszych społeczeństw lub ich niższych poszkodowanych warstw”. Swoją drogą zaś nie lekceważyłbym możliwości tkwiących w farmakologicznych manipulacjach naszym umysłem i naszą psychiką... („Niezwyciężony”: Kraków 2002, Wydawnictwo Literackie, s. 200. „Kongres futurologiczny”: Kraków 2002, Wydawnictwo Literackie, s. 132. Okładki i układ typograficzny: jak zawsze Tomasz Lec. Następnym tomem „Dzieł zebranych” będzie „Głos Pana”.)
|