WŚRÓD KSIĄŻEK
Lektor
„Sprawa życia”
Mieczysław Jastrun: DZIENNIK 1955–1981 – a jednak szuflady nie były puste i z pozostawionych w nich świadectw wyłania się coraz wyrazistszy obraz powojennej Polski. Dzienniki Marii Dąbrowskiej, Zofii Nałkowskiej, Zygmunta Mycielskiego, Stefana Kisielewskiego, Mariana Brandysa – dzieła różnej wagi, czasem dotknięte wewnętrznymi ograniczeniami – uzupełniają się i dopełniają. Na publikację czeka znany tylko z fragmentów ogromny diariusz Jerzego Zawieyskiego, a także zapiski Anny Kowalskiej. Ważne miejsce w tym coraz dłuższym szeregu zajmie „Dziennik 1955–1981” Mieczysława Jastruna (1903–1983).
Zaczyna go pisać człowiek mający za sobą ponad pół wieku życia. Pierwsza jego książka poetycka, „Spotkanie w czasie”, to rok 1929; wtedy też Jastrun uwieńczył doktoratem („Stosunek Wyspiańskiego do Słowackiego”) studia na Uniwersytecie Jagiellońskim. Przed wojną wydał jeszcze trzy zbiory, ostatni – „Strumień i milczenie” – w 1937 r. u Mortkowicza. Pracował jako nauczyciel w Kolbuszowej, Brześciu i Łodzi. Po wybuchu wojny przedostał się do zajętego przez Sowietów Lwowa, drukował w „Nowych Widnokręgach”. W 1941, po wkroczeniu Niemców, wyjechał do Warszawy; publikował w prasie konspiracyjnej, ukrywał się. Po wojnie należał do PPR, później PZPR, współredagował (do 1949 roku) „Kuźnicę”.
Autor „Dziennika” bardzo się jednak oddalił od epoki „Kuźnicy”, choć minęło zaledwie kilka lat. „Zapłaciłem ciężkimi wyrzutami i gniewem za to zauroczenie, któremu uległem – wyzna w grudniu 1956. – To, że nie zaprotestowałem publicznie, że nie znalazłem się w więzieniu – jest nie do wybaczenia! A jednak – to nie tylko ze strachu, naprawdę wierzyłem w sens przynajmniej ogólnego biegu historii. Dziś rozumiem, że wszystko, wszystko było pomyłką”.
Jesienią 1956 ukazuje się „Gorący popiół” – poetycki rozrachunek Jastruna ze stalinizmem, jedna z ważniejszych książek Października. Wydarzenia tego czasu, zwłaszcza zaś dramat stłumionego przez Sowietów powstania na Węgrzech, zajmują w „Dzienniku” wiele miejsca. „Co za ohyda – notuje Jastrun 24 października – ta zbrojna interwencja w sprawy węgierskie, przykryta płaszczem wymuszonych traktatów. System kolonialny”. 4 listopada: „Przerażające wiadomości z Węgier. (...) Zdarta do końca zasłona z dzikiego Minotaura pożerającego narody”. I cztery dni później: „Ten smród zbrodni bije pod niebo. (...) A jednak poprzez tę ciemność przebija się światełko wiedzy, pewności, że zbrodnia będzie ukarana. Runięcie państwa przemocy – które potknęło się o mały, zielony skrawek ziemi – o Węgry. Jestem przekonany, że to początek końca”.
„Czy można spokojnie oprzeć się nawet na nieco oswojonym niedźwiedziu?” – zastanawia się pisarz. Stąd radość, że ekipie Gomułki udało się jednak dojść z Moskwą do porozumienia, ale i brak złudzeń co do perspektyw tej ekipy. Jesienią 1957 roku, gdy władze zamkną „Po prostu” i odmówią zgody na wydawanie pisma „Europa”, w którego redakcji Jastrun miał się znaleźć, pisarz złoży legitymację partyjną i napisze z ulgą: „Nareszcie stało się to, co powinienem był uczynić przed laty. Dłużej nie mógłbym znieść tego rozdwojenia i fałszu. (...) Tak, czuję się odrodzony”.
„Rozliczeniowy” wątek „Dzienników” został wcześniej wydobyty w wyborze przygotowanym przez Włodzimierza Boleckiego dla londyńskiego Pulsu (wyd. 1990), a obejmującym lata 1955–1960. Teraz, kiedy możemy przeczytać całość, dostrzega się wyraźnie jej wielowarstwowość. Najpierw: daje ona świetny portret systemu, którego przyrodzonymi cechami są kłamstwo, strach, szarość i nuda. Oto celny zapis ze stycznia 1964: „Straciłem blisko 6 godzin na jałowej dyskusji o moralistyce w redakcji »Argumentów«. (...) Naprzeciw mnie siedział mocno niesympatyczny, łysy człowiek. Po wyjściu z zebrania dowiedziałem się, że był to szpicel”. A podobnych obrazków znaleźć można u Jastruna mnóstwo.
Kolejne etapy jego politycznych zaangażowań – jak podpis pod „listem 34” (rok 1964) czy udział w akcji na rzecz skazanych działaczy organizacji „Ruch” (1971-72) – pozostawiły także ślad w „Dzienniku”, wyjąwszy wydarzenia Marca 1968 (zapiski z tego czasu zostały przez autora zniszczone). Odnajdziemy tu też szczególny klimat lat przedsierpniowych, epoki KOR-u i narastającego buntu pisarzy wobec władzy, który wyraża się nie tylko sygnowaniem rozmaitych protestów, ale też na przykład uczestnictwem w Tygodniach Kultury Chrześcijańskiej. Jastrun, wyraźnie poruszony, notuje wrażenia z odbytej przy tej okazji rozmowy z Prymasem Wyszyńskim. Ekstatycznie niemal brzmi notatka z 16 października 1978 po wiadomości o wyborze papieża Wojtyły, a jeden z ostatnich fragmentów coraz bardziej rwącego się „Dziennika” dotyczy Sierpnia 1980 („w połowie sierpnia w Gdańsku zaczął się nowy Czas”).
Nim jednak doszło do otwartego buntu, twórców, także tych wobec władzy coraz bardziej krytycznych, łączyły z nią wciąż nici rozmaitych zależności. „Dziennik” pokazuje powikłane relacje zarówno między pisarzami a władzą, jak i wewnątrz pisarskiego środowiska. „Miejscem akcji »Dziennika« – przypomina we wstępie Tomasz Jastrun – jest zwykle warszawski dom na dolnym Mokotowie, ulica Iwicka 8a. Ten dom jako instytucja przeniesiony został w 1949 roku z Łodzi... W zburzonym kraju pisarzom łatwo dawano mieszkania, ale nie był to bezinteresowny akt. Wkrótce jednak szczodrzy właściciele Polski Ludowej mieli się przekonać, że wielu z dawnych podopiecznych zdradzi ich i rozpocznie małą i dużą wojnę o wolność słowa”.
Przy Iwickiej mieszkali m. in. Artur Sandauer, Adolf Rudnicki, Paweł Hertz, Juliusz Żuławski, Seweryn Pollak, Bohdan Czeszko; wszyscy oni przewijają się na tych kartach. Obok nich: Dąbrowska, Słonimski, Iwaszkiewicz, Broniewski, Przyboś, Ważyk, Rogoziński, Miłosz, Międzyrzecki, Julia Hartwig, Różewicz, Herbert, Szymborska, Urszula Kozioł, Kijowski i wielu jeszcze innych. Czytamy kronikę spotkań i rozstań, przyjaźni prawdziwych i takich, które przerodziły się niemal w nienawiść. Napotykamy sądy ostre, dyktowane chwilowym nastrojem, później zmieniane, cieniowane... I nadwrażliwość na sądy cudze, spotęgowaną poczuciem niezrozumienia i osamotnienia.
Bowiem „Dziennik” to także materiał do studium psychologii twórczości. Kogoś, kto pamięta autora „Mitu śródziemnomorskiego” jako pisarza uznanego, niemal klasyka, zdumieć musi tak silna w „Dzienniku” nuta niepewności, zwątpienia, czasem przeradzająca się wręcz w przekonanie o życiowej klęsce i narastającej obcości świata. 11 sierpnia 1976 Jastrun pyta dramatycznie: „Czy będę mógł jeszcze pisać, myśleć tak jak przed laty, czy odrodzę się znów w tym świecie zdruzgotania wszystkiego, co uważałem za cenne, gdy w gruncie rzeczy w tej nowej epoce triumfuje przebrany w różne maski i »idee« prostak, nienawidzący moralności, sztuki, poezji, tego wszystkiego, czym żyłem, błądząc często, tak, ale jednak w rzeczywistym świecie, gdy ten rozpadł się, gdy ten – nie istnieje”.
Powracają depresje, „niże psychiczne” – a przecież poezja pozostaje sprawą najważniejszą. Na kilka lat przed śmiercią, przeżywając ponowny przypływ poetyckiej weny, Jastrun napisze: „Jest w tym jakieś szaleństwo, w tej chęci świecenia poezją. Łatwiej na tej drodze stracić oczy. Właściwie mógłbym, tak mi się czasem wydaje, kontentować się cudzą poezją. Czy naprawdę? Otóż właśnie: potrzeba wypowiedzenia się, to nie jest sprawa wiersza, sztuki, lecz sprawa życia”.
Pozostawiłem na boku wiele wątków: czuły i ciepły portret najbliższych, godną osobnego studium historię konfliktów z Przybosiem i Sandauerem, prywatne rozliczenie z „kwestią żydowską”. Wypada przywołać jeszcze jeden zapis, tytułem sprostowania. 12 marca 1960 Jastrun notuje „Spotkanie z ludźmi z »Tygodnika Powszechnego« w Klubie na Nowym Świecie”, autor przypisów zaś objaśnia: „Prawdopodobnie Klub Międzynarodowej Prasy i Książki”. Otóż spotkanie krakowskiej redakcji z warszawskimi pisarzami, odnotowane także przez Zygmunta Mycielskiego, odbyło się w mieszkaniu Anieli Urbanowiczowej. Skąd więc ów „Klub”? – może Jastrun skojarzył, nie bez racji, mieszkanie p. Urbanowiczowej z Klubem Inteligencji Katolickiej. (Wydawnictwo Literackie, s. 894. Redakcja, opracowanie tekstu i nota wydawcy: Maria Rydlowa. Przypisy: Maciej Urbanowski. Indeks osób: Tomasz Kunz. Okładka: Tomasz Lec.)
|